PAMIĘTNIKI I WSPOMNIENIA

 

            X

 

 

APOLLO LAURIFER, VIRTUTI & ERUDITIONI, VENERABILIUM DOMINORUM,

SEBASTIANI DOBRASZOWSKI, ALEXANDRI ZYCHOWSKI, JACOBI LANG...

            Dzieło zbiorowe autorstwa studentów Akademii Zamojskiej napisane z okazji uroczystego nadania tytułu magistra ich trzem kolegom. Wśród autorów występują m. in.:

Paweł Borzęcki. Uczeń Akademii Zamojskiej w 1644 roku.

Mikołaj Borzęcki. Uczeń Akademii Zamojskiej w 1644 roku.

Marcin Borzęcki. Uczeń Akademii Zamojskiej w 1644 roku.

Źródła: Apollo Laurifer, Virtuti & Eruditioni, Venerabilium Dominorum, Sebastiani Dobraszowski, Alexandri Zychowski, Jacobi Lang. Zamość : 1644. Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, sygn. 1135 I.

 

 

MUSOPAEAN GRATULATORIUM, IN AUSPICATISSIMUM

AB EXTERNIS NATIONIBUS ILLUSTRISSIMI DOMINI,

D. IOANNISS IN ZAMOSCIE ZAMOYSKI...

Salue Sarmaticae, falue spes maxima gentis,
Essigiem retinens Martis Avi atquè Patris.
Cuius ad ingressium Parthus tremit atqu
è Gelonus
Turca timet, Moschus terga fugacia dat.
Laetisicum cape Sospes Aue, quem Martia proles
Edidit in terris huc dabit atque polis

Paulus Borzecki

Paweł Borzęcki. Uczeń Akademii Zamojskiej w 1646 roku.

Źródła: Musopaean Gratulatorium in Auspicatissimum ab Externis Nationibus Illustrissimi Domini D. Ioanniss in Zamoscie Zamoyski... Zamość : 1646. Biblioteka Ossolineum we Wrocławiu, sygn. XVII-165-III [Mf 37179].

 

 

PAMIĘTNIK JANA CHRYZOSTOMA NA GOSŁAWICACH PASKA

DEPUTATA POWIATU LELOWSKIEGO NA KOŁO RYCERSKIE,

A PIERWEJ TOWARZYSZA PANCERNEGO Z CZASÓW PANOWANIA

JANA KAZIMIERZA, MICHAŁA KORYBUTA WIŚNIOWIECKIEGO

I JANA SOBIESKIEGO

(1656-1688)

            Roku Pańskiego [25 czerwca] 1660, pod Połonką (nieopodal Nowogródka) wojska hetmana Czarnieckiego siła moskali pobiły tak sromotnie że Chowański ich hetman najwyższy, jeno z 4000 konnych ujść zdołał. Natenczas w Mińsku, na traktatach z Moskwą, byli nasi komisarze. Hetman Czarniecki posłał zaraz 12 chorągiew dobrych, żeby ich sprowadzić. Komendę dano Pawłowi Borzęckiemu.
Po owym tedy tak srogim sturbowaniu, z koni, nie zsiadając, poszliśmy nocą do miasta. Gdy przyszliśmy pod Mińsk, mówi komendant [Paweł] Borzęcki:
            „Mości panowie, trzeba by nam tu języka, żebyśmy przecie wiedzieli, co się w mieście dzieje. Proszę, kto ochotny, skoczyćby na przedmieście i wziąć lada chłopa.
Nikt nie wyjechał. Kiedy komendant widzi, że nie masz ochoty, mówi:
            „Proszę przynajmniej z piętnaście koni dla towarzystwa mego, kto łaskaw, a bądźcie gotowi kiedy nas tam poczną bić.
Z jego chorągwie wyjechało dwóch, dalej nic. Ja, pamiętając jego łaskę pod Kozieradami w mojem nieszczęściu, wyjechałem, a obaczywszy i mnie, wyjechało z pod naszej chorągwie 20 koni.

            Przyjechaliśmy na przedmieście do jednej chałupy, pusta, do drugiej ogień jest co znać że jeść gotowano, ale ludzi nie masz. Już wychodząc z owej chaty w chlewie trzy białogłowy naszliśmy. Jeden nasz towarzysz Charlewski umiał mowę moskiewską. Pyta babę o wojsko i komisarzów. Baba mówi że przyjechało cztery chorągwie ich wojska ale rychło uszli i natenczas w mieście wojska nie masz. Posłał tedy komendant [Paweł] Borzęcki, żeby chorągwie przyszły, każe babie prowadzić do gospody komisarskiej. Baba z ochotą wielką pokazuje gdzie komisarze stoją. Stanęły chorągwie na rynku. Komisarze w strach jak im znać dała warta, że pełne miasto wojska. Każe komendant pytać Charlewskiemu po moskiewsku kto tu stoi, pytać o komisarzy moskiewskich: tem większy strach. Już piechota, co stała przy wozach na rynku, ustąpiła do sieni, a wtem zsiadło nas kilkanaście z regimentarzem. Wyszedł sługa, mówi Charlewski po moskiewsku:
            „Niech wstają komisarze, bo tego trzeba, a niech wszyscy będą w kupie.
Poszedł sługa do izby a już się tam światło świeciło. Poszliśmy tedy ku koniom tymczasem, niżeli się tam poschodzili, a wtem idzie starszy sługa i mówi:
            „Ichmość proszą;
Wchodzimy tedy, a oni też ku drzwiom od stołu trochę postępują potrwożeni. Zaraz wojewoda mazowiecki Stanisław Sarbiewski(1) poznał [Pawła] Borzęckiego, porucznika, zięcia swego i krzyknie:
            „Bóg sprawiedliwy, bóg łaskawy, nasi, nasi !.
Potem [Paweł] Borzęcki kilka słów pięknie, od wodza Czarnieckiego przekazując, który o szczęśliwem zwycięstwie oznajmuje. Odpowiedział Jerzy Chlebowski, starosta żmudzki, jako pierwszy komisarz, pięknie, ale z płaczem, z wielkiej radości skończyć nie mógł. Kiedy to skoczą do nas wszyscy, obłapiając, ściskając, Bogu dziękując, za takie dobrodziejstwa! Pytają o przebiegu bitwy. [Paweł] Borzęcki im prawi, aż towarzysz nasz zawoła:
            „Nie powiadaj im Waćpan, aż nam dadzą jeść.
Kiedy to skoczą słudzy, kuchmistrzowie wszystkich komisarzów kuchnie zakładać, ważyć, tymczasem wódek, miodów i win. Pozsiadali wszyscy z koni. Tak tedy w owem nieodgarnionem weselu my im powiadali o bitwie i zwycięstwie, oni też nam, jako traktowali z Moskwą, jako się dorozumieli tego, kiedy komisarze moskiewscy uciekli, jako się bali, żeby ich z sobą nie zabrali, jako się nas polękali. A potem uczynił się dzień; pożegnawszy się, wyszliśmy z miasta i zaraz blisko w łąkach stanęliśmy koniom wygodzić i nakarmić. Komisarze też gotowali się w drogę i wyjechali za nami. Poszliśmy stamtąd pod Lachowice, gdzie zastaliśmy wojsko nasze w obozie.

            Roku pańskiego [lipiec] 1661 niepłatne wojska hetmańskie rozgoryczone na dwór poczęły zbierać się do związku. Wojsko koronne pod dowództwem Czarnieckiego nie chciało się łączyć, ale namówione, poszedłszy z pod Kobrynia stanęło wraz z inszymi chorągwie. Zwołano tedy radę starszyzny. Ta uradziła, że z hetmańskich marszałek a z koronnych substytut obrany będzie. Stanął tedy marszałek Świderski, człowiek prosty i szczery, to w nim wojsko upatrywało, substytutem zaś [Paweł] Borzęcki, porucznik chorągwie pancernej Franciszka Myszkowskiego, margrabie pińczowskiego, człowiek uczony, fantazyi górnej. Konsyliarzów połowa z hetmańskiego, połowa z koronnego.
Nazajutrz na radzie kazano porucznikom deklarować na wierność starszyźnie. Najpierwsza tedy deklaracja była tej chorągwie, gdzie porucznikował substytut [Paweł] Borzęcki. Potem były insze chorągwie, ale nie wszystkie, w tym i moja. Później naznaczono siedzibę marszałkowi z substytutem na zamku Kieleckiem.
Stanąwszy w Kielcach na pierwszej radzie tę materyą wniesiono, żeby przysięgali ci, co jeszcze jurnamentu nie odprawili na wierność starszyźnie, nie wyjawienie sekretów i żeby nie odstępować związku aż do generalnej amnestyi. Ja zaś, będąc między młotem a kowadłem mając równo z inszymi zasługi i bywszy godzien wespół z nimi zapłaty domagać, chciałem być w związku, bo mi tam jakiś urząd pisarza, już naznaczyli, ale przysięgą w żaden sposób nie chciałem się wiązać. Kilka razy wymigiwałem się jakom mógł, aż dopiero za czwartym zebraniem rady, kiedy już porucznicy podawali regestra jurnamentu odprawionego swoich kompanij, nacisną się na mnie poważnie, żebym nie odwłócząc, przysiągł. Biorę tedy głos i już mowę poczynam, aż mi substytut [Paweł] Borzęcki przerywa, deklarując to wojsku, że to już na siebie bierze, jako mię ma nakłonić mową, że to uczynię i przysięgnę na rotę. Gdy radę zakończono [Paweł] Borzęcki napierając na mnie wszelkimi sposobami przedkładał pożytek stąd całej dywizji, kiedy w rękach koronnych pióro będzie, oraz całej Rzeczypospolitej, kiedy my, cośmy poszli do związku raczej z przymusu niż zaproszenia będziemy mieli prym w radach wystawiając korzyść i poprawę losu z tego urzędu, mówiąc że i ten urząd może więcej uczynić intraty, niżeli całej jednej chorągwi, przedkładając i to, że kiedy i nas więcej będzie wchodziło do kierownictwa w radach, którzy dobrze życzymy ojczyźnie i chcemy iść w bój przy tym marnym chlebie, to też prędzej intencyą naszą przywiedziemy do skutku, a jeżeli dokażemy że pod naszą dyrekcyą pójdzie wojsko na bój imię nasze chwałą okryjemy.
Aleć mnie te obietnice żadnego nie czyniły gustu. Rozgniewał się tedy [Paweł] Borzęcki i z takiemi wypadł słowy:
        Nie chcesz na moją życzliwą uczynić intencyą: obaczysz, żeć jutro więcej siła wyperswadują na radzie. A ja też tam natenczas nie będę, ponieważ tak moję przyjaźń lekceważysz.
Nazajutrz substytut na radę nie przyszedł i jam się też tam nie kwapił, ale że po mię przysłano musiałem. Zaczęła się tedy materya o jurnamentach, żeby koniecznie wykonane były, kto ich jeszcze dotąd nie uczynił. Przysięgało wprzód kilka różnych kompanij: a wtem idzie substytut. Lubo się był chorobą złożył, żal mu było przecie mnie, że bym w jakie złe nie wpadł terminy, bo mię bardzo kochał. A jużci mnie każą przysięgać. Tknęło mię prawdę wyjawić. Mówię tak:
Panowie funkcję pisarza na mnie włożyć chcecie, w tym ja gotów dogodzić woli W. M. M. Panów i służyć według sił swoich pod warunkiem żebym nie przysięgał, bo mię ani ten ani żaden urząd i największa jego intrata do tego nie przywiedzie, abym przysięgę daną towarzyszom swoim, Królowi i Polszce złamał. Jeżeli zaś bez przysięgi nie mogę być godzien zaufania Waszmościów, to już do rad wchodzić nie chcę, o sekretach wiedzieć nie pragnę, ale związku nie odstąpię bo tego i bez poprzysiężenia może zażyć, kto go dobrze zasłużył.
Potem wielki hałas za i przeciw. Stanęło na tym że decyzję jutro rada podejmie.
Tego dnia poszedłem żegnać marszałka. Spytał dokąd jadę. Ja mu odpowiem że do swojej chorągwie aby tu ją przyprowadzić. Substytut [Paweł] Borzęcki, lubo mój wielki przyjaciel już się ze mną od żalu i gniewu żegnać i widzieć nie chciał. Luźnych tylko pobrawszy i więcej nic nie powiadając, do domu pojechałem od związku odstępując.

Przypisy:

1.           Stanisław Sarbiewski z małżeństwa z Zofią Napiórkowską miał trzy córki: Anastazję Barbarę, Katarzynę Teresę i Elżbietę. Anastazja Barbara została wydana za Franciszka Myszkowskiego, kasztelana bracławskiego. Katarzyna Teresa wstąpiła do klasztoru Sióstr Brygidek w Lublinie. O Elżbiecie wiadomo iż na pewno była zakonnicą.

Źródła: PASEK J. C. : Pamiętnik Jana Chryzostoma na Gosławicach Paska deputata powiatu Lelowskiego na koło rycerskie, a pierwej towarzysza pancernego, z czasów panowania Jana Kazimierza, Michała Korybuta Wiśniowieckiego i Jana Sobieskiego 1656-1688. Lwów-Warszawa-Kraków : Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, 1857.

 

 

KOŚCIÓŁ SW. JANA CHRZCICIELA

Pobierane podatki z majątku kościelnego w ramach tzw. „podymnego” przedstawiały w 1653 r[oku] dochód z 32 domów, co stanowiło sumę 48 zł podatku. Natomiast po wojnie moskiewsko-polskiej jest on dziewięciokrotnie mniejszy bo dokumenty z roku 1673 podają naliczanie „podymnego” od 4 domów. Kościół jednak nie ucierpiał chyba na tym zbyt mocno, bo w materiałach wizytacji jaka odbyła się tutaj ok[oło] 1674 r[oku], a przeprowadzona była za b[isku]p[a] Słupskiego, czytamy: Wołkołata [obecnie wieś Vidovauk w rejonie dokszyckim, Obwód Witebski, Białoruś] - kościół drew(niany) wielki, kolator dziedziców, [ksiądz] proboszcz [1651-1674] Marcin Borzęcki.

Źródła: FIBEK J. : Kościół św. Jana Chrzciciela.

 

 

PAMIĘTNIKI ŁOSIA TOWARZYSZA CHORĄGWI PANCERNEJ

WŁAD. MARGRABI MYSZKOWSKIEGO WOJEWODY KRAKOWSKIEGO...

Roku 1656 w dniu 9 maja pod Kockiem mila od Gniezna stanęło Szwedów 8000 wojska doborowego, od których nasi przyszedłszy i zastawszy ich między błotami, nie mogąc przeciwko ich armacie nic uczynić z wielką konfuzyją odeszli, nie małą z dział w koniach i ludziach poniósłszy szkodę. Tam Panu Pawłowi Borzęckiemu zęby wystrzelano: 14 towarzystwa spod jednej chorągwi postrzelonych.

Zima 1662 roku lekką była że na Wiśle lodu najmniejszej drobiny. Wojsko nieopłacone konfederację lubo Związek święcony zawiązało [lipiec 1661 roku] i siedzibę w pałacu kieleckim znalazło. Marszałkiem był Samuel Świderski, pijak okrutny, porucznik chorągwi JMp. Konstantego Wiśniowieckiego, pomocnikiem albo substytutem pan Paweł Borzęcki świeć Panie nad jego duszą! mąż w męstwie i rozumie nie porównany, gdyby na tego wszystek rząd związku przyszedł pewnie nielada jako byłby uspokojony, a najwięcej w tem go cala ojczyzna żałować mogła, że gdyby go nie otruto [listopad 1662 roku], pewnie by do przebicia i sfałszowania monety nie przyszło, a zatem i Polska nie była by ogołocona z środków do prowadzenia wojny, szlachta też co teraz podwójnie płaci każdą rzecz, nieprzyszła by do takiego zniszczenia.

Źródła: ŁOŚ J. : Pamiętniki Łosia towarzysza chorągwi pancernej Wład. margrabi Myszkowskiego wojewody Krakowskiego... Kraków : Drukarnia D. E. Friedleina, 1858.

 

 

PAMIĘTNIK DZIEJE POLSKI ZAWIERAJĄCY

(1648-1679)

Rok 1661

Tym czasem w obozie jako to w wojsku już próżnującym z pod Fastowa pod Lubar wyszedłszy, różne gadki wszczęły się i miej potrzebne jednego z drugim dysputy, z których do tego przyszło, że Wilczkowskiego regimentarza naprzód sobie lekceważyć poczęli, który, by był jako niektórzy radzili, wojsko po konsystencjach tu i ówdzie po Wołyniu lokowawszy rozerwał, mogłoby to do tych pokątnych tumultów nieprzychodzić. Aleć on gdy skończenia sejmu czekając, wojsko w obozie próżnując trzyma, tym czasem wszczęły się nieco pewne w wojsku nowiny, że Chmielnicki Jurko znowu hetmana z Szemczenkiem umohoryczywszy, sposobem batochowskim na wojsko ma uderzyć, za temi tedy rumorami ruszył się Wilczkowski aż pod Zasław, gdzie gdy posłowie pośledniej od wojska wyprawieni przyjeżdżają, a nic pewnego, ani o hibernie, ani o zasługach nie przynoszą, wnet się na największe bunty we wszystkiem wojsku zaniosło, tak dalece, że Wilczkowskiemu posłuszeństwo wypowiedziawszy, a Samuela Świderskiego porucznika chorągwi Stadnickiego rotmistrza, obrawszy i onemu 12 konsyliarzów z wojska całego przydawszy i przysięgą się związku zobopólnego obowiązawszy, Wilczkowskiemu od wojska odjechać każą, albo też z sobą za prywatnego żołnierza zostawać perswadują. Lecz on przedtem jeszcze regimenty piechotne pod Dubno wyprawiwszy, przodem i sam za niemi cicho udał się. Wojsko zaś tak polskie jako i cudzoziemskie pod dyrekcją Świderskiego pierwej pod Ptyczą, a potem pod Lwów podstąpiło i tam kilka tysięcy na wiarę wojska wszystkiego u Lwowian wytargowawszy, Świderskiemu w posiłku pod Szczercem obozem stanęło. I tam dopiero artykuły i prawo sobie nowe knując, a uniwersały do wszystkich wojskowych, jeźli by się do nich nie kupiło, pod utraceniem zasług rozsyłając, ledwie nie ćwierć roku tam pod Szczercem darmo czas trawili. Oczem jednak przez posłów swoich do Warszawy oznajmili, że ponieważ w zasługach swoich żadnego od Rzeczypospolitej ukontentowania nie mają, tedy sami o sobie myśleć muszą. Za tem tedy poselstwem dopiero na sejmie warszawskim materyję elekcji nowego pana czyli porzuciwszy, czyli na dalej odłożywszy, koło zasług wojskowych trochę zachodzili się i 50 poborów z łanu, więc i insze od pługów, wołów, rogów, od świni podatki uchwaliwszy, sejm ledwie nie w pół roku skończyli, a do wojska posłów wyprawili, napominając, aby buntów zaniechawszy, zasług swych odebrania, na które Rzeczypospolita podatki tak wielkie obmyśliła pewnymi byli. Ale nie rychłe i nie pewne rzeczy żadnego nieodniosły skutku, bo wojsko codzień w większe siły z przybywającego towarzystwa zamożne, tych posłów napomnienia mniej słuchali, ale przysięgami zobopólnemi między sobą powiązane, u tychże posłów z senatu wysłanych nie obietnic, ale skutecznego ukontentowania upominali się i satysfakcją onych tylko do niedziel sześć oczekiwać deklarowali. Przysłali i hetmani posłów swoich do tego związku zwołując, ale im uczciwie odpowiedziano, że ponieważ ichmość nie byli gorącymi oddania zasług wojsku na sejmie promotorami, lubo byli na wojnach krwi naszej szafarzami, niechże nie mają za złe, że sami teraz o sobie myśleć musimy i sami sobie musimy być opiekunami; zgoła im dalej tem bardziej różnemi sposobami w swojej imprezie wojskowi gruntowali się. Tentowano niektórych chorągwi, pułkowników i rotmistrzów nie tylko słowami, ale i złotemi i srebrnemi perswazjami, ale i to nie pomogło, bo każdy jeden drugiego pod przysięgą pilnować i co by wiedział szkodliwego wojsku opowiedzieć powinien. Musiał coś takowego na samym początku związku Bronowski substitut, alias do rady Świderskiemu dodany, począł był zamyśliwać i na one złote czyli srebrne perswazje nakłaniać się, ale postrzeżony w tem surowie sądzony i od wszystkiego odsądzony i ledwie nie na gardło skazany, za intencją niektórych uwolniony, po staremu z wojska wywołany został, nawet pułki wszystkie i chorągwie z dawnego regestru pomieszane, aby z niemi rotmistrae i pułkownicy, których od wojska abdankowano, żadnej korespondencji nie miały.
Piechota jednak cudzoziemska, oprócz związku na Wołyniu została, a dywizja Czarnieckiego z Litwy na Podlasie przebrawszy się, a dowiedziawszy się otem, takiż sobie związek uczyniła, Pawła Borzęckiego za marszałka obrała i także pod Lwów przebierała się. Wojsko potem Litewskie tymże trybem Żeromskiego za marszałka, a Kotowskiego za substytuta obrawszy, postąpiło sobie i związek takiż jako i polskie uczyniło...
            Kiedy niedziel kilkanaście pod Szczercem stojąc Świderski doczekać się słusznej deklaracji od króla i ukontentowania wojsku nie może, w wrześniu miesiącu z wojskiem, którego 20 było tysięcy, ku Wiśle do Polski ruszył się, a między Jaworem a Magierowem z dywizją Czarnieckiego pod komendą Borzęckiego będącą pod Lwów idącą zdybawszy się, Borzęckiemu przez posłów perswaduje, aby z wojskiem zobopólnie tenże związek trzymać chcieli i lubo się z przodku Borzęcki opierał i swoją jakoby partją o zasługi swoje traktować sobie samemu życzył, przekonany jednak perswazjami i ledwie nie zniewolony, ale nie ukaraniem starostw Czarnieckiego na zaciąganie chleba i hiberny ukontentowany, jednoż z Świderskim rozumieć począł, i substytutem Świderskiego mianowany, wojsko swoje z wojskiem drugim złączywszy ku Wiśle trzema partjami w niwczem dóbr szlacheckich nie naruszając ruszyli się, którą przebywszy pod Zawichostem tamże wojsko wszystko obozem stanęło.
Wojsko nieco smacznych dystrubutorów z pośród siebie obrawszy, dobra wszystkie królewskie i duchowne równym podziałem między się podzieliwszy, nikomu nie folgując, (których przedtem ledwie połowę prywatnym ludziom i tym i owym dostawało się) pewną z łanu na każdy koń kwotę naznaczyło, ledwie nie na złotych 200. Sam marszałek Świderski z Borzęckim substytutem w Kielcach w zamku biskupa krakowskiego rezydencją założył, i konsyliażów 12 przy nim, a to dla snadniejszej zkimby należało korespondencji. Tak tedy wojsko na konsystencjach po Polsce rozłożone przez całą zimę stało, próżnując; do którego bywały tak od króla jako i od królowej legacje, a snać i obietnice Świderskiemu, aby tego związku odstąpił. Aleć to nic nie pomogło, bo już zgoła jemu i chorągwiom wszystkim w dobrach przestronnych i obfitych zasmakowała rezydencja była, a lubo tę ciężką ustawę z łanu związkowym ludziom ubodzy wydawali, nie tak im jednak jako przeszłoroczne ustawiczne werbunki i po kilka razy na rok na wydanie chlebów dane asygnacje i codzienne przechody żołnierskie dokuczały, oprócz że przecię ludzi prócz ustawy żołnierskiej, podatki z sejmu uchwalone bardzo trapiły, bo tego w skarbie koronnym nie znać było. Snać tedy jakoby trochę uciszona zdała się być Rzeczypospolita, lubo na to panowie i duchowni zgrzytali zębami, atoli obfitość wszelkiej żywności wszędzie była. Ten tylko postępek wojskowy króla i wszystkich adherentów dworskich z niektórymi senatorami wielce alternował, a tak na przyszły rok sejm znowu na uspokojenie związku w miesiącu marcu naznaczono. Tymże sposobem, jako koronne wojsko postąpiło sobie i wojsko litewskie, artykuły pewne osobliwie dóbr szlacheckich spisawszy, konsystencje po dobrach królewskich i duchownych między siebie podzieliło, to tylko nad to, że oni nie tylko królewskim ekonomiom, ale i nawet i hetmanów swoich starostwom nie folgowali, które przecię w polskim związku tak ekonomie jako i starostwa hetmańskie w obronie były, lubo zaś w przyszłym roku i te przykładem litewskim pod hibernę podpaść musiały. Tak skończony ten rok lubo obfity, w wszelką żywność i pokój, ale niemniej w dyffidencje, suspicje, przysięgi gęste, swary i passkwile zdał siebie przyszłemu rząd.

Rok 1662

Na początku roku koło generalne w Kielcach uczyniwszy, z środka siebie sześciu ludzi poważnych na sejm wyprawili i przysięgą wszelką obowiązali, aby punkta sobie złączone serio bez żadnych interesów prywatnych promowali. Tych punktów była mała liczba (rzec prawdę, nad powinności i wokacją wojskową), drugich do samego wojskowego ukontentowania należących konnotacja, które gdy na sejmie już zaczętym od posłów wojskowych podane i czytane były, wielce się niektórych zalternowały animusze, twierdząc że to żołnierzom nie należy takowe w Rzeczypospolitej proponować, nie zasług, albo raczej niełaski polskiej godniejsze i prawie zniesienia z gruntu godniejsze. Stanęło jednak na tem, że punkta podane od posłów wojskowych względem całości wojskowej approbowano i na zapłatę wojsku nie tylko 50 poborów, ale i pogłówne generalne od każdej głowy pewną naznaczono kwotę i samej nie folgując królowej. Aleć i te uchwały ledwie przez 12 niedziel sejmując przyszły i to aż się kilku pułkom związkowych ruszyć blisko Warszawy około na postrach stanąć od wojska rozkazano. Tamże na sejmie tym komisja generalna zapłaty wojsku we Lwowie w miesiącu maju naznaczona, dawszy moc konisarzom, aby tam i mennicę jakoby rozumieli wymyślili. Ta komisja generalna do zapłaty wojsku we Lwowie naznaczona, skoro się zaczęła zaraz tamże prędko król i królowa ze wszystkim dworem zjechali.
            Powróciwszy posłowie wojskowi z sejmu mało co ukontentowali wojsko obietnicami, i do posłuszeństwa hetmańskiego przywieść nie mogli, trzymając się przysłowia ruskiego: obietnica głupiemu radość. A tak raz Świderski marszałek uniwersały z Kielc rozesłał, i wojsku wszystkiemu pod Solcem nad Wisłą w obozie stawić rozkazał, i tam sam z konsyliarzami nasamprzód stanąwszy i radę uczyniwszy, deputatów z pod każdej chorągwi pod dyrekcją Pawła Borzęckiego substytuta do Lwowa na tęż komisją wyprawił, przysięgą surową wszystkich obowiązawszy, aby żaden bez drugiego pieniędzy zasłużonych pojedynkiem, ale tylko oraz wszyscy, niebrali, ztą deklaracją królowi i komisji, że się z pod Solca nigdzie na usługę Rzeczypospolitej ruszyć nie mogą, aż w zasługach swoich ukontentowani nie będą. Ci tedy deputaci z Borzęckim do Lwowa zjechawszy, a po powitaniu królewskim legacją swoją odprawiwszy, najprzód do likwidacji regestrów przystąpili, a 3.000.000 wypłacenia Rzeczypospolitej nie podobne narachowawszy, ledwie na 300.000 zwiezionych do Lwowa pieniędzy.
Temu mniejby się dziwować bo wielkie wojsko koronne od dworu królewskiego poniosło krzywdy i perkusje. Już Tatarami grożono, już rozmaite chorągwie i starszyznę largacjami korumpowano, już czeladź wojskową, aby panów swoich zabijali, albo ich przynajmniej odstępowali namówiano i darowano; zgoła wszystkich sposobów godnych i niegodnych dla rozerwania tego związku od dworu zażywano. Na ostatek deputatów we Lwowie kontemptowano, tak że tam i dyrektorowi ich Borzęckiemu, żołnierzowi dzielnemu i w wielu expedycjach doświadczonemu poledz przyszło. Zaczem takiem postępkiem wojsko polskie zajątrzone i deputatom swoim ze Lwowa do obozu pod Solec zjechać przykazano. Nawet posłów Rzeczypospolitej do audiencji nie przypuściło, złą bardzo radą, z której konsystencje na chorągwie znowu na zimę podzieliwszy już bez wszelkiego respektu na nic się rozeszło, a chcąc się jeszcze surowiej pokazać, nie tylko miasteczka i wsie na hibernę między się rozebrali, ale też dwory, gumna, karczmy i wszystkie prowenta dóbr królewskich i duchownych, osobliwych na to rewizorów przydawszy, posekwestrowali; na ostatek żupy sobie bocheńskie i wielickie, ekonomie królewskie, cła, myta lądowe i wodne poodbierali, i wszędzie zostawiwszy natychmiast superintendentów sobie nie wojsku życzliwych, starych dzierżawców i administratorów wyrugowali; to im jednak zleciwszy, aby z tych wszystkich prowentów pieniądze przychodzące, pod przysięgą do kupy zbierali i jakby było koła generalnego wojska wola owemi szafowali. Tu dopiero troszkę tknęło w sadło tak biskupów, opatów, proboszczów bogatych (bo plebanom i zakonnikom nic nie odbierano), wielkorządców, starostów, podskarbich, dzierżawców, a po trosze i króla samego ekonomij, kiedy zgoła wszystko im jak w swe ręce wojsko wzięło; dopieroż częste legacje i nie tak jak pierwej gorąco do wojska być poczęły, nawet i koło zapłaty wojskowej ochotniejsze staranie. Nic jednak nie pomogły obietnice, ale zostając w uporze wojsko tylko się zasług upominali, a swoje robili.

Źródła: JEMIOŁOWSKI M. : Pamiętnik dzieje Polski zawierający 1648-1679. Warszawa. : Wydawnictwo DiG, 2000.

 

 

HISTORYA STOŁECZNEGO KRÓLESTW GALICYI I LODOMERYI

MIASTA LWOWA...

            Sam nawet Król ażeby do ten prędszego zwożenia poborów dał zachęcenie, d. 17 Września [1662] przybył do Lwowa, podczas gdy Królowa zachorowawszy w drodze, przez ośm dni w Żółkwi zabawić zmuszona była. Przyjęty był Król, i powitany od Magistratu lwowskiego, z wielkim uszanowaniem i okrzykiem radośnym, chociaż większa część tey okazałości uroczystey, stanowił wspaniały orszak Komissarzów, i liczny poczet związkowych, którzy na przeciwko niemu wyszli. Już bowiem Paweł Borzęcki Namiestnik związku, z 500 Deputowanemi od Pułków, ukazał się był w Lwowie, a mnóstwo starych Officerów zbiegło się dla odebrania zasłużonego żołdu.
Tymczasem, gdy się ciągnęły wzajemne spory na Komissyi, Paweł Borzęcki, Namiestnik Związku, któremu wtedy od woyska, zlecone zostało przodkowanie pomiędzy Deputowanemi od Pułków, we Lwowie rozstał się ze światem, choruiąc na lekką frebrę, chociaż na wielu mieyscach głoszono, jakoby miał zostać otrutym.

Źródła: CHODYNICKI I. : Historya stołecznego królestw Galicyi i Lodomeryi miasta Lwowa... Lwów : nakł. Karola Bogusława Pfaffa, 1829.

 

 

PAMIĘTNIKI MARCINA MATUSZEWICZA

KASZTELANA BRZESKIEGO-LITEWSKIEGO 1714-1765

Nastąpił zatem rok 1750. Względem sejmiku umyślił sobie książę podkanclerzy W. Ks. Lit., ażeby obodwoch swoich utrzymać deputatów. Proponowałem mu tedy Czyża, (poleconego zięciowi jego Sapiezie wojewodzie podlaskiemu) i Jgnacego Wyganowskiego, za którego oddanie sam ręczyłem. Chcąc zaś łatwiej ten sejmik do porządnego przyprowadzić skutku tak umyśliłem: Buchowieckiego, pisarza ziemskiego brzesko-litewskiego, dotąd oddanego przyjaciela księcia hetmana wielkiego W. Ks. Lit. do sprawy naszej przywieść. Proponowałem tedy księciu podkanclerzemu aby mówił Buchowieckiemu, że na niego całe dzieło sejmiku zdaje i że ja będę od niego zależeć, a to dla dwóch racji: pierwsza aby go tym honorem pierwszeństwa zachęcić do tym lepszego dla sprawy księcia podkanclerzego oddania i aby ustała ze mną, jako niżej położonym, niezgoda; druga przyczyna ażeby sam będąc najważniejszym aktorem, nie miał na kogo zwalić niepomyślnego sukcesu sejmikowego.

Z Wołczyna pobiegłem do Brześcia dla widzenia się z Borzęckim(1) nieodstąpionym przyjacielem Radziwiłłowskim, u którego potem byłem w Koroszczynie dla zabrania z nim tym większej zażyłości, którą i bez tego dosyć wielką miałem.
Ta bowiem moja maksyma w sejmikowaniu i obejściu się w województwie była: wszystkim szczerze i ochotnie służyć, krzywd nie pamiętać i nieprzyjaciołom, gdy się okazja zdarzyła, usłużyć, nawet i udarować. Za moje urzędowe działanie mało albo i nic nie brać, a potrzebnym jeszcze dać. Lekko przyjechać i rychło wyjechać, aby stronom kłopotu nie czynić. Rozpatrzyć sprawy i przy tym rozpatrzeniu swego dołożyć. Na sądach i innych zjazdach w Brześciu stół mieć otwarty, winem dobrym nie tylko częstować, ale też mocno poić, w czym i swego nie ochraniałem zdrowia. Na sejmikach zaś nigdy do skrajności nie przychodzić, głos każdego barzo obserwować, prosić oponentów, pretensje ich do starających się o funkcję swymi często pieniędzmi godzić. Słowa punktualnie dotrzymać. Jeżeli sejmik doszedł, wspólnie się cieszyć. Jeżeli nie doszedł, tedy i z tymi , co go zepsowali, jako to bywało z przyjacielami Radziwiłłowskimi, w zupełnej rozjeżdżać się zażyłości, którzy bywało do mnie przychodzili. Piłem z nimi, weseliłem się w prawdziwej szczerości, tłumacząc ich potrzeby, że to musieli dla swoich przyczyn uczynić. Co wszystko prawdziwą mi miłość w województwie jednało. Miałem jednak i nieprzyjaciół siła, szczególnie wspomnianego Buchowieckiego, nie z mojej winy, ale z zazdrości.

            Nastąpił potem sejmik deputacki. Gdyśmy się zatem w wigilię zebrali na sejmik, najprzód się publicznie oświadczyłem, że żadnego kroku nie uczynię bez wiadomości i dyspozycji Buchowieckiego. Były podane od księcia hetmana Radziwiłła, od Sapiehy kanclerza i od Sapiehy wojewody brzeskiego sprzeciwy. Najprzód tedy rano barzo pojechałem do Borzęckiego, prosząc go, aby sejmiku nie psował, a pozwolił na Wyganowskiego i na Czyża. Odpowiedział mi Borzęcki, że rad by to dla przyjaźni mojej uczynić, ale się obawia, ażeby dzierżawy czopowego brzeskiego, kilka tysięcy jemu czynionej, z łaski księcia hetmana nadanej, nie utracił. Ja mu tedy taki podałem sposób, ażeby gdy inne będą uspokojone sprzeciwy, on na sam koniec ze swoim zatrzymał się sprzeciwem, gdy go zaś będziemy prosić, aby ustąpił, tedy aby się głośno, a nie na szepty, radził Buchowieckiego, jeżeli on pozwala i bierze na siebie usprawiedliwienie jego przed księciem hetmanem; a gdy Buchowiecki pozwoli i weźmie to na siebie, tedy aby tegoż momentu ustąpił, a marszałek sejmikowy Sosnkowski, ponieważ laski pretendował, zaraz zasiądzie, deputatów poda i deputaci w krótkich słowach podziękują.
Przyjął zatem Borzęcki ten projekt. Zasadzili się wszyscy, że Borzęcki nie pozwoli, który się też z tym dokazował. Tymczasem tak się stało, jakom projektował, że Buchowiecki zapewnił Borzęckiego, że książę hetman nie będzie tego miał za złe, gdyż Buchowiecki, bywszy w Wołczynie i asekurowawszy się najpierw u księcia podkanclerzego, pobiegł potem dniem i nocą do Nieświeża do księcia hetmana i wziął na siebie to, że nie dopuści nieprzyjaciół Radziwiłłowskich do funkcji deputackiej. A tak po zapewnieniu Borzęckiego, w jednym prawie pacieżu sejmik bez żadnego doszedł sprzeciwu. Stanęli deputatami Wyganowski i Czyż, z czego barzo był kontent książę podkanclerzy, a Borzęckiemu mówiłem, ażeby zaraz z Brześcia wysłał umyślnego do księcia hetmana z uprzedzeniem relacji, że Buchowiecki, jako był przed samym sejmikiem w Nieświeżu zapewnił go, że na obranych Wyganowskiego i Czyża deputatów książę hetman pozwolił, i brał to na siebie, że książę hetman nie będzie tego miał za złe. Gdy tedy taki Borzęckiego list przyszedł do księcia hetmana, Borzęcki był usprawiedliwiony i za niewinnego uznany, a Buchowiecki za szalbierza i zdrajcę.
Sejmik deputacki był w ostatni poniedziałek zapustny (9 lutego) 1750 roku.

Nastał rok 1759, w którym do Terespola zjechała się szlachta na sejm trybunalski. W tymże czasie Borzęcki, strażnik brzeski, w Terespolu u Dominikanów leżący umarł, który przez wiele lat od księcia Radziwiłła, hetmana wielkiego W. Ks. Lit. trzymał czopowe szelężne województwa brzeskiego, najmniej dwa tysiące złotych dzierżawcy dochodu przynoszące. Pisałem tedy zaraz do księcia hetmana, prosząc o nadanie na też czopowe, które mi książę hetman łaskawie i z ochotą przyznał. A że z góry znaczne sumy brał u tegoż Borzęckiego na pomienione czopowe, tedy pisał do mnie, abym z żoną jego rozliczenie uczynił i co jej winno, z zaległymi prowizjami wypłacił. Przyjechała tedy do mnie Borzęcka z regestrami nieboszczyka męża swego i z obligami księcia hetmana. Znalazło się tedy, że więcej trzydziestu tysięcy oprócz prowizji jej należało.
Posłałem to rozliczenie księciu hetmanowi, który kazał co do szeląga wszystko wypłacić, a że tenże nieboszczyk Borzęcki, u innych wierzycieli sam pożyczając, dawał księciu hetmanowi z góry na te czopowe, więc zbiegli się do mnie wierzyciele, którym ile tylko mogłem, wypłacałem. Z tych trzydziestu tysięcy od księcia hetmana należących ledwo ze trzy tysiące do rąk Borzęckiej wdowie oddałem na potrzeby jej, na drugi rok uprosiwszy wierzycieli poczekania. Tandem wszystkie pieniądze wypłaciłem, a resztę za assygnacjami, osobliwie na fabrykę pałacu warszawskiego.(2)

Przypisy:

1. Antoni Borzęcki, strażnik brzeski, litewski; krewny sędziego grodzkiego brzeskiego Stanisława Kropińskiego (jego matka pochodziła z Kropińskich); dzierżawca majątku Koroszczyn (własność książąt Szujskich) i urzędu poborcy czopowego szelężnego (urząd ten był dziedziczną własnością Radziwiłłów; zaufany stronnik księcia hetmana wielkiego W. Ks. Lit. Michała Radziwiłła zwanego „Rybenko”, w 1750 roku na sejmiku deputackim brzesko-litewskim za namową Matuszewicza sprzeniewierzył się woli swojego możnego protektora i doprowadził do wybrania deputatami stronników księcia podkanclerzego W. Ks. Lit. Michała Ferdynanda Czartoryskiego. Cała sprawa zakończyła się jednak fiaskiem gdyż stronnicy Radziwiłła oprotestowali sejmik i wybory unieważniono.
W 1754 roku wyruszył z Matuszewiczem do Warszawy na sejm ordynaryjny, jednak z powodu opóźnienia w podróży przybył tam gdy sejm już się zrywał. W 1755 roku Matuszewicz wyjednał mu od księcia Radziwiłła wykupienie z rąk podolskiej rodziny Lewkowiczów prawa do dzierżawy folwarku Czernawczyckiego. W 1758 roku ciężko chory przebywał w Konstantynowie, a w lutym 1759 roku u Dominikanów w Terespolu gdzie wkrótce zmarł.

2. Matuszewicz niewiele mówi o rodzinie Antoniego Borzęckiego. Z jego pamiętników można wnioskować, że Antoni pozostawił przynajmniej dwóch małoletnich synów. Starszego z nich zabrał Matuszewicz w 1761 roku do Warszawy z myślą znalezienia mu posady u któregoś z możnych Panów. Niestety żadna ku temu okazja się nie zdarzyła i młody Borzęcki musiał powrócić do domu.
Nieco później Matuszewicz wspomina że w 1741 roku jakiś Borzęcki pełnił funkcję podskarbiego na dworze księcia wojewody wileńskiego Karola Stanisława Radziwiłła zwanego „Panie Kochanku”. Nie podaje jednak żadnych szczegółów w związku z czym nie wiadomo o kogo tu chodzi.
Matuszewicz wspomniał również że w końcu 1783 roku [Anna z Ankwiczów] Borzęcka skarżyła się że za długi syna wobec niejakiego Rudnickiego bezprawnie zajęto jej dobra dożywotnie [Konstantynów].

Źródła: MATUSZEWICZ M. : Pamiętniki Marcina Matuszewicza, kasztelana brzeskiego-litewskiego 1714-1765. Tom II. Warszawa : Księgarnia Gebethnera i Wolfa, 1876.

 

 

PAMIĘTNIKI MICHAŁA ZALESKIEGO WOJSKIEGO

WIELKIEGO KSIĘSTWA LITEWSKIEGO,

POSŁA NA SEJM CZTEROLETNI

1776

Tegoż wieczora doniesiono mi ze wsi, że kilkaset ludzi ekonomicznych z mojem dziedzictwem graniczących, przysłanych z kosami łąki moje skosiło. Niejeden przykład widziałem gwałtownych tego rodzaju napaści, wiedziałem i o tem że moje dziedzictwo radby był Tyzenhauz  złączyć z owym przywilejem który na odzyskane awulsa wyjednał, żywość wiekowi właściwa uczyniła we mnie wzruszenie gwałtowne. Postanawiając jechać na wieś żebym mojej własności bronił, ułożyłem pierwej uprzedzić trybunał.
Gdy do stancji powróciłem, znalazłem bilet którym mnie Tyzenhauz prosi na obiad. Myśl mi przyszła być u niego, żeby mu w pośród ciżby tych którzy mu z różnych powiatów raporta o gwałtownych sejmikach przynieśli, jego postępek wymówić i moję determinację opowiedzieć. Tak uczyniłem. Po obiedzie w tłumie między kielichami, krótko wszystkich witając, przeciskałem się do gospodarza, a zkoro z nim się zszedłem, prosto od wymówienia rzeczy zacząłem. Zapomnienie obu nas ogarnęło; wydzieraliśmy słowa jeden drugiemu. Ton nasz znać że w nikim ciekawości nie wzbudził, bośmy postrzegli, że w sali bardzo przestronnej my dwaj tylko zostali i pan Borzęcki1 obywatel grodzieński, który w podobnym gatunku o najazd na wieś w sukcesyi na niego spadającą, żalić się przyjechał. Umknął się ze mną Tyzenhauz do gabinetu sali przyległej, nie chcąc podobno mieć świadkiem żywych rozmów naszych obywatela, który miał materyę mojej podobną.

1. Prawdopodobnie chodzi o Michała Borzęckiego, dziedzica Milkowszczyzny, którego dobra graniczyły z majątkami zarządzanymi przez Antoniego Tyzenhauza.

Źródła: ZALESKI M. : Pamiętniki Michała Zaleskiego, wojskiego Wielkiego Księstwa Litewskiego, posła na Sejm Czteroletni. Poznań : Księgarnia Konstantego Żupańskiego, 1879.

 

 

PAMIĘTNIKI CZASÓW MOICH

Właśnie gdym przy końcu sierpnia 1777 roku zakończył moje nauki i powrócił do domu, rodzice moi odebrali zaproszenie od księstwa Czartoryskich, generalstwa ziem podolskich, mieszkających naówczas w Wołczynie, o cztery mile od Klenik. Zaprzężono więc sześć tłustych koni do gdańskiej karety, całej ćwiekami żółtymi obitej. Jóżeśmy na miejscu zastali zbierających się gości, król bowiem obiecał odwiedzić Wołczyn.
            Dwór książęcy acz nie mógł się równać z dawnymi panów polskich dworami, dość jednak był liczny. Marszałkiem onego był Piotr Borzęcki, ospowaty, przystojny, zdatny do prowadzenia dworu pańskiego; nosił się po polsku, bogato, z gustem.
            Chłopcami czyli pokojowcami, acz z dobrej szlachty: Sadowski, Bielawski; ci byli pod szczególnym dozorem marszałka i za przewinienia brali plagi, ale na kobiercu bowiem podkładanie kobierca przy odbieraniu kary chłosty stanowiło od dawien dawna przywilej służby o szlachetnym rodowodzie.

Źródła: NIEMCEWICZ J. U. : Pamiętniki czasów moich... Lipsk : F. A. Brockhaus, 1868.

 

 

PAMIĘTNIKI I MEMORIAŁY POLITYCZNE 1776-1809

Rok 1783

 Nastąpił wyjazd do dóbr podolskich; z wielkim dworem się odbył. Szło kilkanaście bryk, oprócz tego mój ojciec miał wtedy dwór bardzo liczny, złożony szczególniej z synów obywatelskich, z młodzieży, a nawet z dworzan zjechałych z Litwy. Najpierw wszyscy zebrali się do Puław, aby stamtąd razem udać się na tę wyprawę. Jechaliśmy po sześć i pięć najdalej mil na dzień. Po śniadaniu wyjeżdżano na popas, gdzie był obiad i gdzie kuchnia i piwnica szły naprzód. Wiele było koni podwodowych i nieraz się przestrzeń odbywało konno.
Stanowniczy jechał zawsze naprzód, żeby kwatery zapisywać. Był to jeden z urzędników pierwszych dworu; byli nimi na przemian pan Jerzy Soroka i pan Siecień obaj Litwini zawiędli choć jeszcze młodzi. Było kilkunastu pokojowych, czyli paziów młodych po polsku ubranych, koniuszym był pan Paczkowski, a marszałkiem także ważną figurą we dworze, pan Piotr Borzęcki, który przed wyjazdem dworu z Warszawy jako wstępną ostrożność uznał potrzebę młodym pokojowym na kobiercu kilka plag udzielić. Mój ojciec wychodząc postrzegł na twarzach młodych ludzi jakieś znaki wielkiego smutku i łzy; zapytał ich, co się stało. Ach pan marszałek w taki sposób nas ukarał - odpowiedzieli. Zapytał się ojciec pana Borzęckiego co oni zrobili. Odpowiedział mu marszałek: nic, ale dobrze to tak przysposobić się wcześnie na drogę.

Źródła: CZARTORYSKI A. J, : Pamiętniki i memoriały polityczne 1776-1809. Warszawa : Instytut Wydawniczy PAX, 1986.

 

 

DYJARYJUSZ PODRUŻY JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI NA SEJM GRODZIEŃSKI

16. Septembris, we czwartek, [1784]

            Za Malewem przez półtory mili aż do Nieświrza z obu stron droga okryta była wieśniakami, którzy dążyli potem za powozami królewskimi z wolna idącymi, nieustannie Vivat król! wykrykując.O pięć ćwierci mili przed miastem tały przy gościńcu konie powodne, jezdne książęce z dwoma koniuszymi Borzeckim i Kamńskim dla dworu N[ajjaśniejszego] P[ana]. Koń bardzo piękny, pod suto aftowanym dywanikiem, dla samego monarchy, jeśliby  życzył sobie konno jechać. Wszagrze N[ajjaśniejszy] Pan podziękowawszy J[aśnie] Panu Borzęckiemu, koniuszemu za tę Księcia J[ego] m[oś]ci atencyą jechał dalej w landarze, wszyscy zaś dworscy królewscy przesiedli się na konie dzielne książęce. Tymczasem nie ustawały huczeć nieświskie harmaty.

Źródła: NARUSZEWICZ A. S : Dyjaryjusz podróży jego królewskiej mości na Sejm Grodzieński. Biblioteka pisarzy polskiego oświecenia T. 8. Warszawa : Akademia Humanistyczna i Instytut Badań Literackich PAN, 2008.

 

 

DO IASNIE WIELMOŻNEY IMC PANI

MARYANNY Z BORZĘCKICH POTOCKIEY

CZESNIKOWICZOWY KORONNEY.

Maryanno dla Wiekow dalszych iestes Wzorem
Albowiem jasnieiąca wysokich Cnot zbiorem
Razem innych Przykładem swą Cnotą Mężatek
Y głosisz że przeswiadczyć Każda winna Statek
Affekt, yże okrągłe bez końca Pierscionki
Niezmiennej są Miłosci znakiem Męża, Żonki
Nie tak iak inne czynią, łamią Sakramenta
A niemniey Intercyzy Slubne, Dokumenta.
Zrywaią Przyrzeczenie y Przyiazń stateczną
Bez względu na Swoy Honor y Przysięgę wieczną
O coż to są za Czasy! o! coż to za Pora!?
Rodu może błahego takowa iest Cora
Zwłaszcza kiedy Małżenskiey dziś wierności szy[]
Estymą rzetelnosci własnie się iuż brzydzą.
Niechwalebnie zawodząc Mężow Siebie hydzą - -
Ciebie słusznie Płci Żeńskiey Wzorem zwać y sławą
Ktora Wiary Mężowi uskuteczniasz Prawo
Iawną Cnotą Swą słyniesz y niezwyciężoną
Cnotliwie zawsze Męża wierną zostać Żoną
Honoru, Sławy scisle utrzymuiąc wagę
Potomny przyzna z CIEBIE Wiek temu Powagę
O gdyby rowne Cory dziś rodziły Matki!
Twym żyć chcące Modelem byłby Rozwod rzadki
O niech się tak Podzciwe Żony, Dzieci rodzą
Co stale, wierne w Związku Małżenskim niezwodzą
Konczę na tym: że Wiek zdobisz Cnotą nieskonczoną
A wszak Ty Cnotę Cnota wzieła CIĘ na Łono.”

Jan Łopacki

Maryanna Borzęcka. Żona [Mikołaja] Potockiego.

Źródła: ŁOPACKI J. : Do Iasnie Wielmożney Imc Pani Maryanny z Borzęckich Potockiey Czesnikowiczowy Koronney. B.r. (około 1790). Biblioteka Ossolineum we Wrocławiu, sygn. XVIII-7888-III [Mf 37172].

 

 

OSTATNI SEYMIK WOJEWÓDZTWA BRACŁAWSKIEGO

            Die 11 Augusti 1790.

Dnia wczorajszego, na jakie godzin parę przed zachodem słońca, a w czas silnego jeszcze upału, zasiadłszy z kilkoma łaskawie pozostałymi gośćmi w ogrodowej altanie, chłodziliśmy się zimnem winem, deliberując pomiędzy sobą nad owem niepraktykowanem w Polszcze, przedłużeniem seymu który agitując się z małemi limitami, już na 23-ci miesiąc zaciągał, pomimo, iż termin prawny nowego seymu nadchodził.
            Kiedy tak deliberowaliśmy, a każdy wedle swego widzimisię rzecz omawia - nadbiegł kozak z Pietczan od pana Marcia Grocholskiego Kasztelana, a raczej, Wojewody świeżo kreowanego (1789), z pilnym listem. Z listu żem wyczytał że p. Wojewoda dziś po południu przybył z Warszawy. Teraz zaś będąc zdrożonym, sam przybyć nie mogąc, prosił mnie do siebie, „dla pertraktowania wielu spraw ważnych, a pilnych ex publicis...”
            Stanęliśmy w Pietczanach o zachodzie słońca. Właśnie trafiliśmy na obiad, który to tam wedle nowej mody podają później u panów, niż u szlachty wieczerzę. Po obiedzie p. Wojewoda poprowadził mnie do swojej kancelaryi, na drugi koniec pałacu. Za nami posunęli dwaj bracia p. Chołoniewscy i p. Starosta Szczecinowski. Otworzyłem szeroko uszy na to wszystko, co mi ci Ichmoście o Seymie prawili; byłoż w istocie co słuchać. Sejm tedy agitujący się obecnie, działając oględnie wobec silnej oppozycyi, która skwapliwie chwytała wszelkie akcesorye do obalenia sancitów służyć mogące - z powodu, iż dwuletni Seym terminowy następował, zalimitowawszy się wydał uniwersały na zwołanie Seymików i obranie nowych posłów lub utrzymanie dawniejszych przy nowych instrukcyach - w kilku Ważnych kwestyach ad deliberandum, co gdy zostało wyexplikowane, p. Wojewoda konkludował: - owóż reszta w ręku waszmości p. Stolniku. Masz tu jegomość uniwersał nakazujący Seymik na 14 septembris. Czas jest dostateczny, ażeby wszystko należycie przygotować.

           
Nie wypadało z dwojakiej racyi odmówić tej posługi już to że się czyniło pro bono, a także pierwszemu dygnitarzowi rekwizować nie przystało - choć od jego directe zależało urzędu. A zresztą i czynność choć kłopotliwa, ale nie wymagająca szczególnej gorliwości. Ważniejszym było to, że z insynuacyi p. Wojewody, uradziliśmy, aby podzieliwszy się na partye, objechać powiaty i klientów dla naszej sprawy zwerbować, toż właśnie najtrudniejszy był orzech do zgryzienia. Na tem zakończyła się nasza konferencya która noc całą przetrwała. Rozbudziwszy nie bez trudności p. Podsędka Gutowskiego, o brzasku dziennym wyjechaliśmy od p. Wojewody.

Die 30 Augusti.

Po dziesięciu dniach podróży nie objechawszy i połowy zapisanych na naszym regestrze, uradziliśmy z Gutowskim że tym rzemiennym dyszlem przy ochocie szlachty, nie zakończymy objazdu i do zapust die zaś 4 Septembris mieliśmy się zjechać na walną konferencyę u p. Wojewody, a więc postanowiliśmy zakończyć nasze turtum na p. Borzęckim, Cześniku koronnym i kawalerze orderu S. Stanisława, tego bowiem obywatela pominąć było trudno, raz, że attencya ta Mu się należała, a potem, że był popularny i wielkiej influencyi na liczną klientelę.

Die 31 Augusti.

Chciałem prosto nie śpiesząc puścić się w dalszą drogę, ale przez nowe impedimenta zaledwie koło czwartej po południu godziny wyruszyliśmy do Przyłuki do Ip. Cześnika Koron. Droga nam przechodziła przez czarnoziem moczarowaty, przez ciągłe deszcze rozwodniony, a jak mówią, drogi nasze po najmniejszym deszczu prawie nieprzebyte.

Die l Septembris.

Nazajutrz przede dniem jeszcze pobudziłem służbę, kazawszy starannie ochędożyć konie, uprząż i bryki, aby się w zamku nijako nie stawić. Zawsze to p. Cześnik urzędnik koronny, i pan z panów, z piękną konigacyą. W sprawie seymikowej na panu Cześniku ,wiele też nam zależało, bo jeżeli Pilawa dostarczyła 40 głosów, to tam ze dwa razy więcej: najprzód, że lubo Pan ten ostatkami gonił, ale żyjąc honeste, miał mir u okolicznej szlachty, a powtóre ratując się przed exdywizyą, dobra swoje obszerne rozprzedał symulacyjnie swoim oficyalistom i adherentom, a ztąd siła posesyonatów posiadających vocem natworzył.
          
Nietrudna byłaby z Cześnikiem sprawa co do seymiku, bo z panem Tulczynieckim (tak potocznie nazywano rezydującego w Tulczynie hetmana Stanisława Szczęsnego Potockiego, konserwatywnego opozycjonistę i jednego z głównych prowodyrów zawiązania Konfederacji Targowickiej)  miał jakiś stary rankor i zawsze mu był rad kontrować. Ale to nieszczęście, że i on, jak niemal każdy z naszych panów, siedział na drewnianym koniku ambicyi, marząc ni mniej ni wiecej - tylko o koronie: jakoż przejadł z połowę majątku po śmierci Augusta III, dążąc do korony, ale nikt z tą kandydaturą ozwać się na elekcyi nie śmiał. Przeto Cześnik nie tracił fantazyi i nadziei i oczekiwał tylko wakującego tronu, aby nań wstąpić; tymczasem sprowadzał sobie rozmaitych żydów uczonych, wróżki i kabalarzy, którzy mu to królowanie. przepowiadali; wiadomo, że Leyba z Machnówki na tych proroctwach zarobił od niego grubą fortunę. Było to takich więcej Panów, jak np, Podstoli Lubomirski, który tak sobie nabił głowę koroną, iż tej nie osiągnąwszy tamtą utracił, bo zwariował, ależ to przynajmniej był personat i wielkiej parenteli, poczciwy zaś Pan Cześnik „ni z pierza, ni z mięsa” - dobry pan, myśliwy zawołany, a przytem utracyusz. Ergo tedy, można było być pewnym, iż na seymiku w opozycyi Potockiemu stanie we wszystkiem, to już dla nas wielka wygrana. Atoli, co do uchylenia Elekcyi i dziedzictwa Tronu, na to położy swoje veto.
           
Deliberowaliśrny nad tem z Gutowskirn późno w noc, jakby się tu wziąć do tego drażliwego punktu, a stanęło na tem, żem to dowcipowi i przezorności Podsędka zostawił, bowiem w żadnym razie obcesowo do tego przystępować nie wypadało, chcąc coś wskórać.
            Że to była niedziela, więc przybrawszy się przystojnie, udaliśmy się do kościoła, aby z Bogiem nową tę impresę rozpocząć, zkąd po Nabożeństwie mieliśmy się stawić na zamku. Kiedy wysłuchaliśmy cichej Mszy i już sygnowano na Summę, nagle szmer powstał. w kościele, mimowoli obejrzałem się po za siebie - co to się stało? Dworzanie p. Cześnika koron., który przybywał do kościoła, rum mu czynili. Pochód to był instar procesyi: przed p. Cześmkiem dwaj dworzanie nieśli brewiarze bogato w złoto i srebro oprawne, za nim postępowało kilku innych dworzan, wszyscy suto przybrani. Sam Cześnik, któregom dawno nie widział, był wtedy dorodnym mężczyzną, lat 50 i kilku, pięknej i poważnej postawy, lubo niewielkiego wzrostu, głowę miał podgoloną po polsku, oblicze przyjemnie uśmiechnięte. Odziany był w ferezyę karmazynową axamitną ze złotemi passmanteryami, na białym lamowym żupanie, miał na sobie wstęgę orderu św. Stanisława. Kiedy oddawał adorncyę przed Sanctissimum, dworzanin podrzucił mu pod kolana amarantową, poduszkę ze złotą frędzlą. Poklęczawszy chwilę, Cześnik przeszedł do osobnej ławki po prawej stronie Wielkiego Ołtarza, pięknie rzeźbionej na białem drzewie, z pozłacanemi ornamentami, po środku był reprezentowany Półkozic, klejnot Borzęckich. Zaledwie zsiadłszy w fundatorskiej ławce, p. Cześnik szepnął coś rękodajnemu, który stał tuż przy nim, i ten zbliżywszy się do mnie i Podsędka, a oddawszy nam pokłon, z respektem, każdemu z osobna powiadał, że Jw. senator (Jako żywo, jeszczem nie słyszał , aby jaki Cześnik, choćby i koronny, był senatorem. Wszelako jak mówią: „na czyim wozie jedziesz tego pieśni śpiewaj”. Niech sobie będzie „senator”) prosi nas do swojej ławki (Aleksander Borzęcki zasiadał w senacie w 1766 roku i z racji tego miał dożywotnie prawo do tytułu senatora. Pan sędzia z racji swojego dość młodego wieku mógł jednak o tym nie wiedzieć).
Ceniłem sobie wielce tę attencyę pana Cześnika, albowiem chociaż była między nami dobra znajomość, bośmy się dość spotykali po świecie, wszakże zażyłości między nami nie było. Po nabożeństwie, kiedy wychodziliśmy z kościoła, p. Cześnik dał nam krok przed sobą, a gdyśmy się temu oponowali, zmusił nas do przyjęcia tego zaszczytu. U drzwi kościoła powitawszy nas kordyalnie, powiadał :
            - Darujecie waszmościowie, że pojmanych na moim gruncie sekwestruję waćpanów i zabieram do mojej chałupy.
Na co ja odpowiem z rewerencyą:
            - Wielka to łaska Jw. Senatora, ale gwałt ów jest zbyteczny, gdyż przybyliśmy z Jp. Podsędkiem dla złożenia Wmoć panu należnej submisyi.
            Na p. Cześnika oczekiwała paradna poszóstna kolasa, w sześć pięknych białych koni, dobranych do maści, kształtu i charakteru w dziwny sposób. Orszak Jego składało co najmniej ze dwudziestu dworzan i licznej niższej służby, a wszyscy na pięknych rasowych koniach - dość powiedzieć, że stado Borzęckich, które oddawna u nas prim trzymało pomiędzy najlepszemi(1). Wszystko dworno i strojno, zdradzało owe pretensye (acz ukryte) p. Cześnika. do korony. Jedno co się opacznem zdawało, że takiej prozopopei dla Nabożeństwa używał, kościół bowiem był tuż na przeciwko bramy zamkowej - tak, iż gdyby wszystkich jezdnych, koń przed koń, rzędem ustawić, a do tego dodać poszóstną ko1asę jeden koniec najdowałby się przy krużganku zamkowym, drugi zaś daleko po za kościołem: dla tego więc, iż nie było możności wprost wykręcić całym orszakiem, wracaliśmy przez środek miasta i jeszcze jedną wieś, a. pochód ten trwał z godzinę. Wszędzie po drodze, pospólstwo wiwatując do ziemi się kłaniało Panu, on zaś pompatycznie dotykał sobolego kołpaku... A może: „przez imaginaryę jechał sobie na koronacyę.
            Kiedy gwoli dumie pańskiej opisawszy bez potrzeby to koło, tą samą drogą poprzed kościół wracaliśmy do zamku, trębacze na basztach uderzyli w trąby, na głównej wieży podniesiono chorągiew, a dawano salwy z broni ręcznej i moździerzy.
            Nie bywając: dotąd u p. Cześnika, nie widziałem zblizka jego zamku, który niezawodnie sięgał dawnych czasów, czego dowodziła sama jego struktura: był na podmurowaniu, z grubych kloców drzewa misternie złożonych, pozór miał staroświeckiej trwałej budowy. Zajmował znaczną przestrzeń, daleko większą niźli całe miasto. Dwoma bokami przypierał do obszernego stawu, reszta była obwarowana wałami i palisadą, a nakoniec brama kuta i most zwodzony. Wszystkie służby, stajnie, psiarnie, spichrze, lamusy etc., - a dużo tego było, murowane w nowszym stylu, z ornamentyką. Mieszkanie pańskie w samem centrum tuż naprzeciw bramy i mostu, miało dokoła prawie obszerny krużganek o murowanych kolumnach, otoczony pięknym włoskim wirydarzykiem. Szerokie schody marmurowe podczas lata zdobiono w gierlandy i festony, a ustawiano na. nich przeróżne planty zamorskie w dużych cebrach kowanych żelazem - wdzięczny zaiste był to widok.
            Na przybycie pańskie stopnie krużganku zajęła rozmaita służba z marszałkiem dworu na czele, który był przy karabeli w mundurze wojewódzkim. Najwyżej zaś przy wielkich drzwiach stanęła p. Cześnikowa, otoczona fraucymerem.
            Pani zamku (Anna z Ankwiczów) prezencyą swoją cale nie odpowiadała wspaniałości tego gmachu, acz bardzo strojnie odziana w drogich materyach i precyozach, wszakże była to wątła, chorowita kobiecina o żółtawej cerze i chudości niepomiernej. Za toż jej fraucymer składał się z dorodnych panien (o co, jak : powiadają, szczególniej dbał p. Cześnik kor.), a było ich tam kilkanaście, jedna piękniejsza nad drugą.
            Submitowawszy się należycie p. Cześnikowej, weszliśmy do wnętrza zamku. Wnętrze to urządzone już w nowym stylu, wcale się nie stosowało do surowej powagi zewnętrznej architektury. Przepych tam był iście królewski: odrazu imponowała sień wielka, a wysoka przez dwa piętra, o kilku dużych oknach z weneckiemi szybami. Podłoga była w piękny deseń z różnobarwnego marmuru. Ściany całkiem były okryte zbrojami z dawnych czasów, niektóre z nich bardzo rzadkie i drogie, a bogatym starożytnym orężem i przeróżnemi myśliwskiemi przyborami, oraz trofeami ze skór niedźwiedzich, wilczych, łosich itd., głowy tych zwierząt przymocowane były do ścian. Tu także znajdowało się ptactwo łowieckie: sokoły, krogulce, białozory, jastrzębie, niektóre z nich zasłużeńsze spoczywały na bogatych wyzłacanych berłach. Walor przedmiotów, zawartych w tej sieni, stanowiłby dla innego szlachcica dobrą fortunkę.
            Szczególniejszego był godzien zastanowienia, umieszczony na frontowej ścianie nawprost drzwi wchodowych klejnot Borzęckich Półkozic, który był wyrobiony jakby z żywych materyałów, według podań Heraldyków: na dużej herbowej tarczy sięgającej od sufitu do podłogi, czerwonego koloru, najdowała się szara głowa ośla, jakby żywa i zdawała się spoglądać żywemi oczami, misternie zimitowanymi z drugich kamieni. Dokoła tarczy była obfita armatura, zawierająca wszystkie narzędzia wojenne, a nawet i działa, naturalnej wielkości. Na mitrze zaś Xiążęcej (która niewiem quo titulo, hełm zwykły zastępowała?) wyskakująca połowa kozy, z przednimi nogami wzniesionemi do góry i rogami dużemi na grzbiet opadającemi, była jakby żywa, naśladowana do złudzenia. Dokoła złotemi literami wypisano godło herbowne:
            „Viri ad potationem et largitatem proclivi...”.
(co się tłómaczy: „Mężowie do wypitki i szczodroty pochopni”. Godło mogące się dobrze stosować do obecnego gospodarza, który pił i poił drugich na zabój. O szczodrocie zaś niema co więcej powiadać nad to, że z milionowej fortuny, wziętej po ojcu p. Podstolim kor., p. Cześnik prawie nic nie zostawił)(2).
            Inne komnaty niemniej wspaniałe: ściany powleczone adamaszkiem, a w niektórych drogiemi makatami tureckiemi. W jadalnej sali zastaliśmy już śniadanie gotowe. Zastawa stołu bardzo bogata. Potrawy wykwintne. Gdyby tak porównać z p. Wojewodą, który jest pan w dobrej sytuacyi, a o stan majątkowy zapobiegliwy, nie wytrzymałby komparacyi. Owóż. to u nas mówią o niejednym magnacie, że ostatkami goni - chyba wierzyć tej prawdzie, iż „pańskie ostatki lepsze, niż chudopacholskie dostatki”. Do stołu zasiadło osób ze czterdzieści, a prawie samych domowników, bo z gości, prócz nas trzech, było tam jeszcze kilku okolicznej szlachty, reszta zaś fraucymer, dworzanie, oficyaliści, gracyaliści itd. Kielichy gęsto krążyły od pierwszego dania, bo jużto sam p. Cześnik był amator, a mój Gutowski za kołnierz nie wylewał i dodał pijatyce animuszu, Śniadanie połączyło się z obiadem i nie wstaliśmy od stołu aż zadzwoniono na nieszpór, wtedy gospodarz wstając od stołu, rzekł:
            - Wybaczcie ichmościowie, ale „co Boskiego Bogu”, a kto nabożny, proszę na Nieszpor.
            Gospodarz opasał karabellę, my to samo uczyniliśmy. Panny włożyły kapelusze i szale. wyszliśmy na krużganek, a tam już jakby wojsko całe na nas oczekiwało: kolebki i kolasy - bo i panny także, które dla kompanii pani Cześnikowej, niewyjeżdżającej z racyi zdrowia z domu, słuchały z nią Mszy w kaplicy zamkowej - teraz nam towarzyszyły. Dworzanie już byli na siodłach, a masztalerze trzymali kilka koni osiodłanych:
            - A może kto z waszmościów zechce użyć konnej jazdy? zapytał p. Cześnik.
Wszystkie konie były piękne - dość powiedzieć, że pochodziły ze stada Borzęckich, ale szczególnie jeden biały żrebczyk turecki, chociaż niewielki, ale dziwnie kształtny, a odznaczał się fantazyą, aż dwóch koniuchów trzymało go za uzdę, grzebał ziemię, a z nozdrzy skrami sypał jakby z pod krzesiwa. Gutowski zmierzał prosto do tego ogierka, co widząc p. Cześnik, powiedział:
            - Bez urazy waszmości, bo nie wątpię żeś dobry jeździec, ale to koń waryat niebezpieczny, uprzedzam waćpana.
            - A gdzieby to mnie p. Senatorze na takim koniku jeździć, chcę się tylko za łaskawem pozwoleniem bliżej mu przy patrzeć.
            Odpowiedział Gutowski z miną gapiowatą i powoli zbliżał się do konia, który jakby przeczuwając, że to o niego chodziło, dawał szprynce i szczupaki, to jak słup stawał dęba, że z ledwością stajenni mogli go utrzymać. Wszakże Gutowski schwytawszy jeden moment, już był na siodle, koń go uniósł odrazu ku bramie, zdawało mi się, że go rozbije: panienki zakrzyczały, ja się przeżegnałem, myśląc, że już po Gutowskim; nie minęło wszakże jedno „Oycze nasz”, gdy on wraca z pod bramy, a koń pod nim idzie stępa, wprawdzie z fantazyą, ale powolny jak dziecko. Co widząc p. Cześnik zdziwiony niemało, zwrócił się do starszego masztalerza, którym był węgrzyn, niejaki Musztaros, i powiadał:
            - A co stary, takiemu jeźdźcowi to nam z tobą chyba strzemię trzymać.
            A dalej, jakby jeszcze niedowierzając zręczności Gutowskiego, rzecz mu :
            - A czyby go jegomość osadził na miejscu w pełnym kłusie, bo jest za twardy w pysku ?
            Jeździec odjechał stępa aż ku bramie, ztamtąd puścił się kłusa, a trzeba oddać sprawiedliwość, że koń pięknie kłusował - i prosto na Cześnika, ażem struchlał, że konia wstrzymać nie zdoła i chowaj Boże będzie jaki smutny wypadek. A kobiety wrzasnęły ze strachu, lecz dobiegłszy prawie o krok od Cześnika, osadził rumaka na zadzie, aż mu trochę pyska nadkrwawił. A Cześnik w jednej chwili ściągnął go z konia, obejmował, ściskał, a zakończył:
            - Tom kiep, jeżeli kto na Mustafę (tak się ten konik zwał) siądzie oprócz waćpana jego właściciela, o coć proszę jako o łaskę dla mnie i zaszczyt dla konia, który wart takiego jeźdźca jak waszmoć.
Skonfundował się Gutowski, boć to darowizna była za słona - a więc odparł krotofilnie:
            - Tak to w łaskawych oczach p. Senatora, że mnie chce na dobrego jeźdźca promować, a mnie to trafiło się, „jak ślepej kurze ziarnko”, i pewnie drugi raz się nie uda.
            - Żartuj waść zdrów, a jeżeli submituję się jegomości z prośbą o przyjęcie tego daru skromnego, czynię tak nie z fantazyi, ale dla dopełnienia uczynionego votum, którego mam oto wiarogodnego świadka, - a zwracając się do starego masztalerza, p, Cześnik spytał:
            - Powiedz-że Musztaros sumiennie, jakoś jest sprawiedliwy Węgrzyn, com ja to nieraz powiadał o Mustafie?
            - Iż gdyby kto dosiadł lepiej od jw. pana i odemnie, toby mu go pan darował razem z rzędem - odpowiedział stary Węgier łamaną polszczyzną.
            - Już tedy widzisz waść p. Podsędku, że tu o honor szlachecki chodzi, żebym nie zrobił z gęby cholewy i ufam w twą łaskę, iż mi nie odmówisz tego zaszczytu i satysfakcyi, abym najlepszego z mojej stajni rumaka znał być w dobrem ręku.
            - Skoro już taka wola jegomości, nie śmiem kontrować i dzięki stokrotne składam, atoli co do tego bogatego rzędu, to już wybaczcie p. Senatorze, ale ten drugi grzyb w barszczu zbyteczny.
            - A gdybym to ja prosił waćpana o tę łaskę, jako zadatek naszych kordyalnych na przyszłość sentymentów z tem zapewnieniem. iż na każde żądanie jegomości stawię się zawsze gotowym.
            - Nie poważę się sprzeciwiać p. Senatorowi, a prawdziwemu na ten raz mojemu dobrodziejowi, czego szacowne dowody w onych hojnych darach posiadam: co zaś do drugiego, a niemniej cennego przyrzeczenia, iż jegomość raczy być powolnym na każde moje wezwanie, to pozwolę sobie na wąs namotać i kto wie, może się rychło o nie upomnę ?
            To mówiąc, mrugnął na. mnie niepostrzeżenie, a łatwo się domyślałem, co to on z tego „drugiego” zrobi. Potem Gutowski, wskoczywszy na konia, spiął go dęba, potem zmusił go, aby skłonił łeb przed p. Cześnikiem, mówiąc:
            - Ano nieboraku, pożegnaj się z twoim dobrym panem, na biedę ci przyszło, rzucać pański smaczny obrok dla chudej szlacheckiej paszy.
Co widząc stary masztalerz, ozwie się do p. Cześnika z węgierska:
            - Dobre sem jehomost zrobili, bo jużby ja nie siedał na tego koń po temu panu.
Dostał wprawdzie stary węgrzyn od Gutowskiego 50 czerw. złotych oduzdnego, ale i koń z rzędem najskromniej ceniony wart dziesięćkroć więcej.
            Udaliśmy się do kościoła znów jak rano objazdową drogą. Gutowski, zapewne rad, iż mu się taka gratka trafiła, harcował bardzo pięknie na swoim koniku; a trzymał się najczęściej przy tej kolasie, gdzie sierlziała Imcipanna Róża Małujanka - byłaż to re et nomine „Róża”, bo świeża i wabna dziewczyna, a wcale niekrzywo spoglądała na p. Podsędka.
            Po Nieszporach wracaliśmy na zamek inną, jeszcze dłuższą drogą, tak, iż już dobrze po zachodzie słońca wróciliśmy. Wszystkim było wesoło; p. Cześnik cieszył się jazdą Gutowskiego, ten zaś nowym nabytkiem, a może i oczkami panny Róży. Skro przybyliśmy na zamek, p. Cheśnik się ozwie:
            - A teraz Ichmościów mam zaszczyt zaprosić na bal.
            Nie zrozumiałem co ów „bal” znaczył. Owoż zaprowadzono nas do dużej, a bardzo wspaniałej sali, 0 połowę ,większej nad inne pokoje zamkowe, która miała ściany z mozayki niebieskiej niby barwy fimamentu, a na tem były rzucane tu i ówdzie gwiazdy, tak, iż to jakoby noc reprezentować miało; tylkoż owe ciemności były rozproszone rzęsistem światłem jarzącem, tak żebyś szpilki mógł zbierać na podłodze. Na wywyższeniu najdował się chór dla kapeli, którą choć nieliczną, bo z 16 muzykantów złożoną, utrzymywał p. Cześnik. Kapela ta była dobrze wyćwiczona, bo zarówno gładko exekwowali symfonie kościelne, a do tańca także skocznie przygrywali.
            Na salę stawili się, prócz kilku szlachty z okolicy, dworzanie i fraucymer, a także oficyaliści z żonami i córkami - wszystkie strojne, a wiele tam pięknych było buziaczków. Rozpoczęły się pląsy, a mój Gutowski i tu prim trzyma, a gdy się produkowali z panną Różą w jakimś francuzkim tańcu (którego nazwy już nie pomnę), wszyscy obstupuerunt z podziwienia i dalej ze ich komplimentownć, a p. Cześnik już nie miał miary w powziętym dlań affekcie, bo jakby się w nim rozmiłował:
            - A to widzę waść do tańca i różańca,
            Zaraz tedy kazał podać przedniejszego wina i piliśmy za zdrowie Gutowskiego.
            Przyjętym domowym zwyczajem, Ów bal kończył się o godzinie 11-ej i wszyscy przechodzili do stołowej izby na wieczerzę. Białogłowy podjadłszy sobie, odchodziły na spoczynek, a my przy kielichu trwaliśmy za północ. Usiłowałem, aby przy tej okazyi coś ex publicis nadmienić, co było celem naszego przybycia ale gospodarz zawołany koniarz i myśliwy, tylko o łowach i koniach rad dyskurował i cała rozmowa około tego się obracała.
            Kiedyśmy się udali na spoczynek z Gutowskim, który jak na złość ostygł w ferworze politycznym, tak go zajął nowy łatwy nabytek konia, a może i oczęta panny Róży, o których ciągle prawił, iż począłem go strofować i przypominać to właśnie, co nam na myśli być teraz powinno, odpowiadał:
            - Nie obawiaj się mój Stolniku, jakem żyw, tak ci powiadam, że Cześnika z całą klientelą mieć będziesz na seymiku, a bądź pewny, że będą głosowali za kim zechcę, choćby za sułtanem tureckim.
           
Po tych słowach obrócił się do ściany i zachrapał. Myślę już sobie, jak tu się z tej matni wydostać, bo jakoś się na długo zaniosło, trafił frant na franta, Gutowski na Cześnika, oni się tak prędko nie rozstaną, a seymik za dwa tygodnie. A tu jeszcze i panna Róża, która widocznie wpadła w oko memu kompanowi, więc na długo się zanosi. Postanowiłem tedy po pewnej deliberacyi, aby jutrzejszy dzień pozostając, tak czy owak zakończyć z p. Cześnikiem, a pojutrze puścić się ku domowi. Zajęty temi myślami, późno w noc nie spałem i ledwo zasnąłem, zbudziło mię silne uderzenie w kilka na raz trąbek myśliwskich. Zerwę się na równe nogi i wyjrzę przez okno, a tu cały dziedziniec zamkowy pełen psów, myśliwych i koni. Gutowski już kończąc się ubierać wychodził i do mnie rzeknie:
           
- Spodziewam się Stonliku, że nie dasz na się czekać, Bóg nam dał polowańko!
          
Nie było co robić – „na czyim wozie jedziesz, tego pieśni śpiewaj”. Volens tedy nolens, przyodziewałem się co rychlej, klnąc (Boże odpuść) od stu dyabłów wszelkie myśliwstwa i wyszedłem na .krużganek, gdzie mnie p. Cześnik już w całym rynsztunku łowieckim spotkał z exkuzą:
           
- Wybacz waćpan mości Stolniku, żem cię poturbował i sen miły przerwał, ale kto to mógł przewidzieć, że do moich lasów Turbowskich całe stado dzikich świń tejże nocy nadciągnie, o czem dopiero po północy zameldowali leśnicy, nie miałem tedy czasu waszmościów uprzedzić, suponuję zaś, iż łowami radzi się zabawicie.
           
Jużem nadrobił miną i udał ukontentowanego. Spojrzę na orszak myśliwski, a zaiste było na co patrzeć: było tego przeszło sto koni, a chłop w chłopa, lud piękny i żwawy, psy rozmaitych gatunków, jakie są na świecie, ptasznicy z orłami i sokołami, broń piękna. Zdawało się, iż największy koneser nie miałby czemu naganić. Byłoż to w istocie łowiectwo pierwsze w kraju. Na ten widok wspaniały za sen przerwany pozbyłem rankoru. Dalej - oczom swoim nie dowierzałem - ujrzawszy cztery panienki z fraucymeru pani Cześnikowej na koniach, na czele ich panna Róża bardzo się gustownie prezentowała, a z fantazyą prowadziła dość bystrego rumaka. Imaginowałem sobie, iż tak wyglądać musiały one starożytne amazonki, o których głosi Historya. Pierwszy raz oglądałem ową jazdę białogłowską. na którą sarkają ludzie poważni, iż zagnieździwszy się w stolicy, stała się powodem rozmaitych zgorszeń nawet kaznodzieje z ambon potępiają tę rozrywkę. Nie powiem tedy, co mam o tem trzymać ze strony moralnej, .ale na oko dość mi się to spodobało: suknie z długim ogonem dość udatne. Nie wiem tylko, czy ów sposób siedzenia bokiem na owem rogatem siodle może być dogodnym. Nie wiem co o tem myślał Gutowski, ale to widziałem, że na swoim koniku ciągle harcował przy pięknej Amazonce p. Róży.
           
Knieja była niedaleko od zamku. Przybywszy na miejsce, już zastaliśmy w gotowości całą obławę, pewnie z dwóch-set ludzi złożoną i siecie już były ustawione. Jakoś jednak polowanie się nie powiodło, stado się całe wymknęło, z powodu zapewne wadliwego obrzucenia kniei. Jednego tylko odyńca zabił Gutowski, jakoś widocznie los mu sprzyja. Za to innej zwierzyny nabito siła. Łowy trwały nie długo, ku wieczorowi wróciliśmy na zamek. Czekał na nas obiad, jak zwykle u p. Cześnika paradny.
           
Przy obiedzie wyprawiono krotofilę z Gutowskim, który deklarował, że chociaż był myśliwym, jednak pierwszego dzika w życiu zabił. Na wety tedy podano głowę dzika ustrojoną w wieńce i kwiaty i postawiono przed Gutowskim, a p. Cześnik się ozwie:
           
- Mości Podsędku, jako to pochodzi ex tua donna, zatem do Waćpana należy i czekamy tedy, co komu udzielić raczysz.
           
Gutowski zaledwie nóż utkwił w głowę, aż tu sypną się z niej wióry i sieczka, a w tymże momencie cztery rogi myśliwskie zagrzmiały mu co siła nad uszami, aż. ja ze strachu skoczyłem ze stołka. Był to figiel łowiecki, który wyprawiano zabijającym po raz pierwszy dzika, tak samo jak za wilka podawano ,jubilansowi kotlety wilcze. Ale przyznaję się, że o tym obyczaju co do dzika wcale nie wiedziałem. Ztąd więc pochop do rozmaitych żartów i kielicha, tak, żem i ja sobie podochocił.
           
Wieczorem bal swoim porządkiem, bo takowe odbywały się codziennie krom dni postnych: prawda, że przy licznych dworzanach i fraucymerze niebrakło ochoty. Panienki się tedy przebrawszy w lekkie sukienki, stanęły w pogotowiu. A Gutowkiemul w to graj - poszli w pląsy. Zaledwie po Skończonych tanach, zasiedliśmy do wieczerzy, gdy ,wtem nadbiegł leśniczy z innej kniei z nowiną, że ono stadko dzików, które nam się wymknęło, zabłądziło do innych lasów. Cześnik, o ile był markotny z nieudanego polowania, uradował się tą wieścią - i prawił:
           
- Ano, mości panowie, powiedziano jest: „iż co się przewlecze, to nie uciecze...” taki wybijemy to świństwo z kretesem, Pozwólcież tedy, iż teraz powstrzymamy się od kielicha - co wszakże, da Bóg jutra doczekać, powetujemy sobie - a przekąsiwszy naprędce, udamy się do wczasu, albowiem o świcie wyruszym.
           
Chciałem natychmiast pożegnać p. Cześnika i do dnia wyruszyć w drogę, a1e gdzie tam, zajął się całkiem przyszłemi łowami, wydawał rozkazy, kazał wywiesić sygnały. Owe sygnały zależały na tem, iż na najwyższej wieży zamkowej zapalano latarnie, ilość zaś takowych i porządek ułożenia, oznaczał knieje i miejsce zebrania, aby ci, którzy bliżej niego byli, mogli z psami i myślistwem prosto się tam stawić. Każdy leśniczy miał podobną ,wieżę przy swojej rezydencyi, a za dostrzeżeniem sygnału, powinien go był powtórzyć. W ten sposób szerzyła się wieść o łowach na mil kilka, albo i kilkanaście, a cała ta. okolica była zasiedlona. zapalonemi Nemrodami, którzy okazyi łowów, szczególnie takich jak Cześnika, nie opuszczali. To się zwało „pospolitem ruszeniem” u tego imaginacyjnego króla.
           
Odrazu wytrzeźwiałem ze złości: albowiem ukartowałem sobie, że znajdę momencik jakiś do pomówienia o naszej sprawie, pożegnam gospodarza i do dnia wyruszymy w dalszą drogę: notabene że i o dom byłem niespokojny, bo już dziś właśnie czwarty tydzień się poczynał, kiedy wyruszywszy na kilka godzin do Jp. Wojewody, do domu prawie nie zajrzałem. Nie uchwyciłem sposobnego momentu, aby chociaż coś rozsądnego wtrącić: gdzie tu z takimi szaławiłami traktować poważnie o sprawach publicznych?
           
Skoro znaleźliśmy się z Gutowskim w naszej izbie, zacząłem kląć (Boże odpuść!) od dyabłów, a rzeknę w złości do Podsędka.
           
- Rób tu sobie waszmość coć się podoba, tańcuj z panną Różą cbociażby i drabanta; niech ci Cześnik daruje całe stado; wystrzelaj mu wszystkie świnie, ale ja jadę do domu, bom nie żaden jest chłystek, aby mając sprawę publiczną powierzoną sobie, na mej głowie - zalewał ją i bawił się z podwikami!
           
A memu pachołkowi rozkazowałem:
           
- Słuchaj Marcinku, spisz-że mi się gracko, dawaj mi podróżną kapotę, rzeczy upakuj w mig, a tymczasem niech Szymek zaprzęże i żeby larum w domu nie czynić, niech po cichutku z domu wyjedzie i stanie za bramą, Panu Podsędkowi zaś jak się podoba.
           
Atoli mój Marcinek, pomimo surowego rozkazu, stoi na miejscu i drapie się w głowę.
           
- Czego u kata stoisz trutniu jak ten słup! Ja ci ten łeb podrapię, jeżeli świerzbi. Cóż to, nie słyszałeś rozkazu? zawołam sierdziście.
           
- Ej, jegomość, nic z tego nie będzie - odpowie mi indyferentnie.
           
- Jakto nie będzie, kiedy kazałem!
           
Dopiero Marcinek wyjaśnił całą manipulacyę, jaka się praktykowała we dworze p. Cześnika ze służbą gościnną: była obok zamku cała oddzielna zagroda - jakby oddzielny zameczek - z mocną bramą i mostem zwodzonym, dla koni i czeladzi gościnnych; jak jedne tak i druga dostawały tam wszelkie wygody: ludzie jadło obfite i trunek w miarę; konie obrok, w razie choroby mieli dozór miejscowi konowałowie. Czyli trzeba było konie przekuć albo wóz naprawić, wszystko to na miejscu się uskuteczniało. Żaden ze sług nie śmiał się wydobyć z pod tej klauzury, nie mając w rzeczy ku temu słusznego pretextu, bo wszystkiego dostawał podostatek, a jeżeliby który się o to pokusił, bez ceremonji czekała go chłosta. Nadto bez wyraźnego rozkazu pańskiego, żaden zaprząg nie mógł wyruszyć. Przeorem jakoby tego dziwacznego klasztoru, był on stary Węgrzyn Musztaros, a surowy był, iż niczem się zmolestowć nie dał.
           
Zaprawdę, że gościnność iż ją świętą nazwę, jest naszą cnotą narodową, a jeżeli już w tych czasach stygnąć poczyna, smutne to jest praejudicium naszego upadku. Atoli owa gościnność bisumańska, gdzie człeka biorą jakby w jasyr u Turczyna, nie bacząc na jego potrzeby i sprawy, jakie go znaglać mogą, jest co najmniej niewczesną. Prawda i to, że u p. Cześnika owa gościnność tatarska była pożądaną dla wielu darmozjadów i próżniaków. którzy jej całemi latami, a czasem do śmierci zażywali. Małom nie pękł ze złości, kazałem Marcinkowi pakować rzeczy, postanowiwszy przy pierwszym odgłosie trąbki pożegnać owego despotę gospodarza i nie dać się dalej utrzymać. Nie miałem na kim spędzić mojego rankoru, bo biedny Gutowski sfukany przezemnie aż mi się go żal zrobiło - okrył się z głową i spał, czy może udawał. W istocie jest to przy gorącym animuszu, człek łagodnej natury, a mój wypróbowany przyjaciel.
           
W oczekiwaniu onej trąbki myśliwskiej, odmawiałem pacierze, przechadzając się po wirydażu. Niebawem zagrano pobudkę. Pospieszyłem na ganek z mocnem przedsięwzięciem pożegnania gospodarza. Wszyscy jak dnia poprzedniego byli już zebrani, a in vim zapewne sygnału, daleko więcej szlachty się zjechało. Gutowski mój jak trusia siedział na swoim koniku obok pięknej panny Róży, która na bułanym mierzynku ślicznie wyglądała, a prowadziła konia jak jeździec skończony. Wyznaję, iż pomimo pośpiechu jaki nakazać sobie musiałem dla spraw publicznych, żal mi się zrobiło opuszczać taką miłą kompanii i łowy świetne, wszakże wziąwszy raz na ambit, przystępowałem do pożegnania. gospodarza. Dopiero się poczynały prośby i molestacye, wszyscy goście z gospodarzem i wszystkie panienki do nóg mi się kłaniały, a gdy mię ten opór, jak to zwykle bywa, w postanowieniu umacniał, rzekł gospodarz:
           
- Kiedyś mości Stolniku taki nieugięty, to jedź że z Bogiem: ale się położę na moście, abyś przezemnie przejechał.
           
- I myśmy!... zawołała szlachta.
           
- I ja z moim Mustufą! - dodał Gutowski.
           
A niektórzy już się tam na moście układali. Udobruchany pozostałem chętnie, a wyznam ze wstydem, że gdybym dotrwał, żalby mi było opuszczać kompanii i łowów. Następowały z kolei podziękowania, uściski etc. Knieja, do której teraz jechaliśmy była daleko obszerniejsza, ztąd i liczniejsza obława i sieciami na jakich parę mil obrzucona. W kniei czekała na nas miła niespodzianka: na stanowisku zastaliśmy Jp. Kasztelana Borejkę, z całem myślistwem. Oczywiście, że owe sygnały p. Cześnika „na pospolite łowieckie ruszenie” miały swój walor, gdyż dziś na sygnał p. Boreyko stawił się o dobre trzy mile, prawdopodobnie wyruszyć musiał o północy, bo wszystko było jak z igły, ludzie, konie, i psy niepomęczeni. Myślistwo p. Boreyki, co do liczebności równać się nie mogło z Cześnikowym, ale dobór tam był ludzi zawołanych łowców: dość powiedzieć, że starszym łowczym był u niego Jakóbowski (szlachcic), wyćwiczony w dobrej szkole łowieckiej Nieboszczyka króla Imci. Ale też i nagradzał p. Kasztelan, bo Jakubowskiemu prócz znacznego .jurgieldu i sutych gratyfikacyi, wioskę niemałą darował. Psy szczególnie p. Boreyki słynęły na cały kraj: posiadał osobliwsze psy finlandzkie gończe których parę niegdyś z Finlandyi sprowadził z niemałym kosztem, bo 1,000 czerw. złotych zapłacił. Miot Boreykowski słynął na cały kraj, atoli łatwiej było o gwiazdę z firmamentu, niźli o psa z tego miotu; dość powiedzieć, że p. Cześnik pomimo przeróżnych podstępów i zabiegów, dostać tego nie mógł. Była pomiędzy tymi panami łowiecka emulacya i może pan Cześnik nie rad był temu przybyciu, ale dyssymulował. Pan Kasztelan choć na obszary niedorównywał p. Cześnikowi, ale że pan był skrzętny i rządny, a więc daleko bogatszy.
           
Co tu mówić o łowach, jakich nie widziałem w życiu i zaprawdę, kto nie polował z Ipp. Cześnikiem i Kasztelanem, ten nic podobnego nie obaczy. Puszczono psy zaraz o świcie, a już rychło z południa całą kilkomilową knieję splondrowaliśmy z kretesem, pobitej zwierzyny nie przeliczałem, ale było jej na pięć dużych wozów. Ja dość lichy strzelec zabiłem dwa wilki i kozła, prawda, że in gratiam mojego pozostania, dano mi przedniejsze stanowisko. Myślistwo p. Boreyki zaraz po polowaniu skończonem, wycofało się z kniei, a na polance sformowało sobie jakby oddzielny obozik, gdzie już w kotłach warzono strawę dla ludzi i psów, a nie udali się na wypoczynek do zamku, tak to on zawsze rabiał z obawy, aby jego doskonałych psów nie użyto podstępem do odchowania. Sam zaś p. Kasztelan udał się z nami na zamek.
           
Przybycie p. Boreyki zbawienny wpływ wywarło na naszą sprawę: albowiem lubo p. Kasztelan nie był zawołanym statystą, atoli zelant z niego był gorliwy i o dobro publiczne dbały, które zdrowo pojmował swoim gospodarskim rozumem. Bytność na zamku tego poważnego personata, zmieniła postawę hulaszczą kompanii, kielichy przy śniadaniu nie tak często krążyły i dyskurs ex publicis się zawiązał.
           
Kiedy zagajono rzecz o sprawach seymowych, starając się być wymownym - opowiedziałem wszystko, jak to ut supra w konwersacyi z Ip. Wojewodą wyrażono. Lecz skoro przyszła z porządku kolej na uchylenie elekcyi i sukcesyę tronu, powstało ogromne clamantes o zamach na prerogatywy i wolność szlachecką, a jakby na seymie zewsząd się posypało „veto”, aż mię ogłuszyli. Rozmyślałem, jakie to ja im argumenta postawię, gdy wtem kiedy się nieco uciszyli, zabierze głos Ip. Gutowski i prawi:
           
- Słusznie to waszmościowie czynicie, bo powiem wam, że Elekcya. nowa jest niedaleka.
           
Wypatrzyłem oczy na niego, chcąc spenetrować czy oszalał, czy może tak się spił, iż nie wie, co plecie? Lecz widzę, iż przytomny jest, a niepostrzeżenie dał mi znak oczyma zaspokajający. Pomyślałem tedy, że już o nowej i krotofili przemyśla. Na owo niespodziane dictum Podsędka, kilka głosów nieśmiało się ozwie:
           
- Aża1i chowaj Boże, Król nasz Imci?...
           
- Chwała Bogn zdrów jest, ale przed ukończeniem Seymu zamyśla abdykować, jest to niby dotąd tajemnica status, ale już wiadoma z Petersburga.
           
- Vivat! nasz nowy elekt Ip. Cześnik koronny!
           
Zawołało razem kilkanaście głosów, wznosząc do góry kielichy. Cześnik był widocznie skonfundowany, jak niby panna przy deklaracyi, zdawał się nie zważać, nie dziękował jawnie, ale też nie protestował
Aż znów Gutowki zabrał głos:
           
- Pan Wojewoda Potocki z Tulczyna, także o toż konkuruje, dla tego właśnie Seym opuścił, aby swobodnie jednać osobie partyę w kraju i pono, że Petersburg go popiera i forytuje.
           
- A jeżeli tak, to niezawodnie zostanie Królem, jak waćpan Stolnik Litewski, bo Petersburg u nas teraz co chce, to robi, wtrącił poważnie pan Kasztelan Boreyko.
Wszczął się hałas - jedni wołali:
           
- Precz z Potockim!
Drudzy zasie:
           
- Prosimy p. Cześnika koronnego!
           
A p. Cześnik kłania się i wszystko tak się dzieje, jakby się już znajdowali na polu elekcyjnem. Toż dopiero co się zwie „przez imaginacyę jechać na koronacyę...” Gutowski tylko patrzy z pod oka z utajonym śmiechem, a jednych i drugich podjudza. Ja zaś znając jego przedni dowcip, czekam, jaka to konkluzya z tego wyniknie! Szlachta tymczasem wzięła się do kielichów, już tam któryś wniósł zdrowie Nowego Króla. A gdy się już dobrze wyburzyli, Gutowski znów prawi niby z wielkim rozmysłem:
           
- Nikt bardziej nademnie nie pragnie osadzić na tronie naszego wielce szanownego senatora. p. Cześnika koron., bo w Jego mądrości przewiduję szczęście i przyszłą błogość Rzeczypospolitej. Atoli trzeba nam się obliczyć z siłami, aby przyszłego naszego Elekta na konfuzyę nie narazić. Pamiętajcie miłościwi pp. bracia, że Wojewoda Ruski, już nad tem całe lata pracuje, a posiada majątki w każdem prawie województwie i ziemi i jeżeli na seymie utrzyma Elekcyę, gotów królem zostać i po całej sprawie...
           
- A no jeżeli Tron ma być dziedzicznym, to już też i p. Cześnik Królem elekcyjnym nie zostanie?
           
Zaobserwował któryś szlachcic i myślałem, że już splącze Gutowskiego na wszystkie nogi, ale nie łatwo było zbić go z tropu, albowiem nie mieszkając replikował:
           
- Takież to tam będzie i dziedzictwo na Elektora Saskiego, który nie ma męzkiego potomka. Infantki zaś bez woli Seymu postanowić, nie może; a cóż jak stany na żadnego się nie zgodzą, ot, i po dziedzictwie tronu, a tymczasem będziemy pracowali, żeby partyę Cześnika. wzmudz, a wojewody osłabić. Ergo co do mnie, pisałbym się tymczasem za uchyleniem Elekcyi, bo jak dwa a dwa cztery, w dzisiejszych okolicznościach p. Potocki królem zostanie...
           
- Prędzej pisałbym się na tron sukcesyjny dla Szmula, niźli na Elekcyę tego Tulczyńczyka! Wybuchnął p. Cześnik z impetem.
           
- A jeszcze kiedy co do czego przyjdzie, możnaby naszgo Iw. senatora ożenić z Infantką, przecież czerstwy jest choć w latach - wyrwał się któryś ze statystów kniejowych.
           
- Przecież żonaty! zakrzyczeli inni na szlachcica.
           
- No tak, ale pani Cześnikowa...
           
- Dla dobra kraju zezwoli na rozwód - przerwał mu bystro Gutowski, ażeby się z głupstwem nie wyrwał i biednej kobieciny przed czasem nie umorzył.
           
-.Mówiący mówi dobrze! zawołano zewsząd - a nim co do czego przyjdzie, wotujmy za uchyleniem Elekcyi, żeby Tulczyńczyków odsadzić od Tronu, jak kota od sadła, a potem obaczemy.
           
-.Dziedzictwo Tronu i basta - wrzasnęli kupą.
           
- Vivat Podsędek Gutowski, ten kiep, kto nie będzie na seymiku i nie da mu laudum na posła.
           
- Mości panowie bracia. - zawoła pan Cześnik - jadę na seymik do Winnicy, a proszę wszystkich do siebie w gościnę, jakby tu w Przyłuce. Kto mię kocha, ten pojedzie i pójdzie za mądrym głosem Ip. Podsędka, boć to jest statysta nielada i zelant gorliwy!
           
Długoby to było powiadać co jeszcze wyplatała szlachta przy kielichu; stanęło na tem, iż wszyscy pod parolem szlacheckim zobowiązali się stanąć na seymiku, a z nami trzymać. Zaiste i parol był zbyteczny, bo owi darmozjady pociągnęliby za Cześnikiem, który poił i karmił, do piekieł.
           
Zawsze ten obrót rzeczy zawdzięczałem dowcipowi przedniemu tego miłego Gutowskiego : bo w istocie. któżby się inny mógł zdobyć, aby tak zażyć z mańki i w pole wyprowadzić szlachtę, jak nie on. Gdybym był młodszym i ambitniejszym, było czego pozazdrościć Gutowskiemu; albowiem z wieku i urzędu, ja to niby stałem na czele tych knowań seymikowych, a wyznaję tu, iż bez Jego dowcipu nicbym nie sprawił. In gratiam dobrego sukcesu, jam sobie podochocił ze szlachtą. Kielichy ciągle krążyły, aż kiedy dano znać, te panie do sali na taniec się gromadzą Z tej satysfakcyi, iż „bonus .finis laudabile totum!” i ja stary puściłem się w tany. Możem owym tańcem instar Króla Dawida przed Arką Pańską, dawał Chwałę Najwyższemu, że tak piękne nadzieje dla Ojczyzny świtały!
           
Zabawa przeciągnęła się do dnia białego; kiedy się rozchodzono, żegnałem p. Cześnika, zamierzając natychmiast puścić się w drogę. Supplikował mię i sam gospodarz i goście się do niego przyłączyli, jam bez wykrętów wymawiał się ważnością spraw publicznych, które na mojej głowie spoczywały, gdy wtem Gutowski odpowie za mnie:
           
- Ja za pana Stolnika akceptuję i nie wątpię, że ten jeden dzionek zechce Państwu i mnie poświęcić.
           
- A cóż ja waszmości mam do odmówienia, osobliwie kiedy idzie o to, aby się nacieszyć tak miłą kompanią.
           
- Wypowiem głośno, myśląc sobie, azaliż ten człek i ze mną chce krotofilę wyprawić? Lecz nagle jakoś tak spoważniał, żem odrazu pomyślał, iż coś w tem być musi i odrazu akceptowałem. Jeszcze tam poszły dziękczynne kielichy za pozostanie, poczem udaliśmy się do naszej izby. Skoro znaleźliśmy się sami, jakoś sposępniał, Gutowski nos na kwintę spuścił i rzecze mi prawie nieśmiało, co się z jego zwykłą fantazyą i animuszem nie zgadzało:
           
- Mości Stolniku, zaszczycałeś przyjaźnią mojego Nieboszczyka Ojca, z wieku mógłbyś mi prawie być ojcem, a zawsześ łaskaw był na mnie, mogę się więc spodziać, że nie odmówisz mi przyjacielskiej posługi.
           
- Azaliż wątpisz mój chłopcze, o moich dla ciebie. intencyach?
           
Rzeknę mu z affektem. Pomyślałem zaś sobie, iż się powadził z jakim szlachcicem i chce, abym mu sekundował. On mi zaś wypowiada rzecz długą, abym się od niego deklarował o Ipannę Różę Małujankę. Zaobserwowałem mu na to:
           
- Mój chłopcze, czemuż to tak obcesowo, zaledwie pannę znasz od trzech dni, a pamiętaj co powiadają, iż „co nagle to po dyable”.
           
- Jeżeli o przysłowia chodzi mości Stolniku, to także mówią: „że tylko ser odkładany dobry”; a jam się tak rozmiłował w tej dziewce, że bez niej życie mi niemiłe. W tej sperandzie, że mi nie odmówicie swatowstwa, zaprosiłem już także Ip. Kasztelana Boreykę, który łaskawie się skłonił do mojej suppliki.
           
- Dziękuję ci, żeś na mnie liczył jak na cztery tuzy, bo ja za tobą w ogień i w wodę, ale jeżeli złapiemy rekuzę, to co?
           
- Ej, chyba tak źle nie będzie, bom się z panną porozumiał; ona jest córką chrzestną i jakąś daleką krewną samej Pani, a Oboje Cześnikostwo miłują ją jak własne dziecko. Zresztą v Bogu nadzieja - kto nie waży ten nie ma.
           
Porozumiałem się z p. Kasztelanem Boreyką, który jeszcze w nocy pchnął do domu kozaka po mundur wojewódzki, bo jako z polowania przybyły, miał na sobie tylko kurtę myśliwską. Powiodła nam się deklaracya z p. Kasztelanem wyśmienicie, obeszło się nawet bez mów i oracyi, p. Cześnik bowiem jako to był człek szczery, a prostoduszny ex abrupto wypowiedział, i, widząc wzajemną, inklinacyę młodych, bardzo sobie tego życzył. I w rzeczy, czemuż życzyć nie miał? Gutowski choć na dorobku, ale człek nie ubogi, miłej powierzchowności, rozumny i stateczny, a i panienka bardzo wdzięczna i dobrze chowana. Przy tej okazyi jako swatowie dowiedzieliśmy się, że panna posiada zapis od p. Cześnikowej 80,000 zlot., ewinkowanych w asystencyi męża na jej dobrach posagowych wołyńskich - ewikcya. pewna, a niezawodnie przywianek dobry dadzą, bo ją miłują jak własną córkę. Szczęść im Boże!
           
Taka. okazya. nie mogła się odbyć u p. Cześnika na sucho; to też popłynęły sekty i małmazye, wystąpiły szczególne puchary i rostruhany. Nakoniec już około południa. po śniadaniu, zaszły nasze wozy. Gutowskiemu zaś podano jego „Mustafę” jeszcze w bogatszy rzęd przybranego. Wszakże p. Cześnik zwracał uwagę:
           
- A możebym ci konia odesłał p. Podsędku?
           
- Do czego to odsyłać, gdyby ustał w drodze, to go jeszcze na. własnych barkach udźwignę.
           
To wyrzekłszy, skoczył na konia i dokazował z nim dziwnych skoków, iż się szlachta nacieszyć nie mogła. Nie umiem powiedzieć, jak to on się wziął do tego, bo co do mnie tak mi zaprószyło we łbie, iż nie bez trudności na brykę się wdrapałem. Już nie wiem, jak to się stało, bo zasnąwszy w Przyłuce, obudziłem się w Winnicy przed furtą 00. Kapucynów. Wszakże Gutowski trzeźwym być musiał, bo koń jego suchy, nie spocony stanął zdrów na miejscu po trzech milowej drodze. Tak się tedy skończyły nasze objazdy przedsejmikowe, które z łaski Boga nam się poszczęściły, szczególniej Gutowkiemu, na one trinum perfectum, bo uzyskał miłą Bogdankę w osobie Panny Róży, liczną klientelę do naszej sprawy i pięknego konia z bogatym rzędem.

6 Septembris.

Zaledwiem się rozgościł u moich kochanych 00. Kapucynów, z ociężałą od trunku głową, zjawił się Ip. Olszanowski komisarz p. Wojewody, który po dwa razy dziennie dowiadywał się o mnie - i w imieniu swojego pana. prosił, abym dla ważnej sprawy do niego pospieszył. Poszedłem tedy pod studnię Kapucyńską, a rozebrany kazałem chłopakowi wylać na siebie kilka konwi wody, a orzeźwiawszy w okamgnieniu, jakby ręką odjął, udałem się do Pietniczan.
           
Z ukontentowaniem dowiedziałem się od p. Wojewody, że turnum p. Szczeniowskiego, jako pp. Braci Chołoniewskich równie się dobrze powiodły. Był tylko niepokój o mnie, żem się na oznaczony dzień nie stawił, ale gdy opowiedziałem p. Wojewodzie nasze przygody i krotofile Gutowskiego, brał się za boki od śmiechu. Rzucił też myśl, czyliby w istocie według insynuacyi szlachty Przyłuckiej, Gutowskiego na posła nie forytować? Ja zaś objektowałem na to, iż chociaż to człek mądry i stateczny, a szczególniej dowcipny, jednakże nie dość jeszcze wytrawny i poważny, aby poselską kondycyę na dłuższą metę doprowadził należycie. A zresztą powiadałem, że kiedy panna. w głowie, to już będzie korciło. do niej i sprawy może zaniechać. Mieliśmy i bez niego posłów napiętych. Na. co Wojewoda się zgodził. Pomimo mego niewywczasu, o tem i owem przetrutynowaliśmy za północ, a że deszcz się puścił rzęsisty, zanocowałem w Pietniczanach.

Die 10 Septembris

            Pod wieczór przybył p. Cześnik Kor. z liczną partyą i ogromnem taborem, samych koni przeszło sto, jakby w kompanii kawaleryi. Z trudnością zdołałem Jemu wyperswadować, ażeby zbywającą część tej jazdy wyprawił do domu, pozostawiając niezbędny inwentarz dla ekwipażów i konnej jazdy; chociaż skłonił się do mojej rady, jednak pozostało jeszcze koni ze 30. Co do służby, która w żaden sposób nie mogła się mieścić w zajętej stancyi, lokowałem ją w Collegium OO Kapucynów, gdzie szczęściem kazałem wyporządzić kilka dużych izb i do dyspozycyi dworu p. Cześnika mogłem dać.

            Die 14 Septembris a.d. 1790

            Tego dnia p Wojewoda po tryumfalnym wjeździe do Winnicy mowę wygłosił do licznie zgromadzonej w kościele szlachty, seymik Województwa Bracławskiego otwierając.

Przypisy:

1.   Stadnina Borzęckich słynęła w całej Rzeczpospolitej. Hodowano w niej konie czystej krwi arabskiej. Ogiery nabywano bezpośrednio w krajach arabskich. Stamtąd przez Odessę były one sprowadzane do majątku Borzęckich. W połowie XIX wieku stadninę Borzęckich kupił Leopold Abramowicz właściciel stadniny w Wołodarce.

2.   Jest to oczywiste przeinaczenie. Według Długosza godło herbowe Półkoziców brzmi:
           
„Ex Polonica gente ducens ortum, cuius viri vafri, in vomeres et simulationem et venatiomem proclivi”
co się tłumaczy:
           
„[Ród] wywodzący się z plemienia polskiego, jego mężowie przebiegli skłonni do pługów i zmyślania i łowów”

Źródła: JAXA-BYKOWSKI P. : Ostatni seymik województwa bracławskiego. Petersburg : Druk Kraju, 1885.

 

 

WŁAŚCICIELE MIŃSKA W ŚWIETLE DOKUMENTÓW

            Właścicielem części Mińska był Stanisław Warszycki, miecznik koronny, żonaty z Marjanną Jordanówną. Jedyna ich córka Emercjanna wyszła za Ludwika Konstantego Pocieja, kasztelana wileńskiego, a później hetmana w. litewskiego. Jako wiano dostała dobra Dzierzązna, Jesionka i połowę Warszyc. Natomiast właścicielem Mińska został brat jej ojca Jerzy Warszycki, kasztelan a później wojewoda Łęczycki. Sprzedał on dobra mińskie Ludwikowi Pociejowi, mężowi swojej bratanicy…Potwierdzenie posiadania Mińska przez Pocieja stanowi zapis w Metryce Koronnej z 8 III 1720 podający, że Ludwik Pociej, kasztelan wileński i hetman wielki litewski po otrzymaniu z rąk Felicjana Grabskiego, chorążego i sędziego grodzkiego łęczyckiego, 16000 zł. p. za dobra Dzierzązna, Jesionka i połowę Warszyc, będących dziedzictwem Emercjanny Warszyckiej, córki zmarłego Stanisława Warszyckiego i Marianny z Jordanów, zapisuje jej podobną sumę 16000 zł. p. na swoich dobrach w ziemi czerskiej i wsi Jaworznia w ziemi wieluńskiej.
Córka Ludwika i Emercjanny Pociejów
Ewa [Ludwika Marianna] wyszła za Franciszka Borzęckiego, starostę żydaczowskiego, podstolego litewskiego. Należy domniemywać, że jako jedyne dziecko dostała we wianie dobra mińskie. O pretensjach do Mińska wnuka Franciszka Borzęckiego, Piotra dowiemy się w dalszym ciągu tej historii.
            Druga część Mińska należała w tym czasie do Wojciecha Opalińskiego. Po jego śmierci (24 III 1775), majątek przejęła jego żona Teresa z Potockich z pierwszego małżeństwa żona Jerzego Warszyckiego, wojewody łęczyckiego, brata znanego nam Stanisława miecznika koronnego. Dziwny to splot wydarzeń: pierwszy mąż Teresy Potockiej był ostatnim z rodu Warszyckich, a drugi Wojciech ostatni z rodu Opalińskich, a spadki po obu rodzinach stanowiły podstawę do walki o dobra mińskie. Teresa z Potockich Opalińska zmarła 30 X 1778 r. Z uwagi na brak potomka, po pozostałej po Opalińskich fortunie, wystąpiło z prawem spadkowym szereg rodzin.

            Sprawa sukcesji o Mińsk i dobra okoliczne też nie jest całkiem jasna w świetle dostępnych źródeł. W dużym stopniu wyjaśniają te sprawy spadkowe dokumenty, a zwłaszcza korespondencja Potockich zawarta w archiwum roskim (Roś w pow. wołkowyskim, własność Potockich). O sukcesję mińską występowała rodzina ostatniej właścicielki Mińska Teresy z Potockich lv. Warszyckiej, 2v. Opalińskiej, tj. żona jej kuzyna Józefa Potockiego, kasztelana lwowskiego, Pelagia z Potockich wraz z synami Janem, starostą kaniowskim i Piotrem, starostą szczyrzyckim, ostatnim posłem polskim do Porty Ottomańskiej. W tej sprawie działał również kuzyn Pelagii Potockiej Piotr Potocki, kasztelan lubelski. Do tej grupy należał Ludwik Dąbski, wojewoda kujawski, książę Adam Czartoryski, gen. ziem podolskich i inni.
Z drugiej strony występowali tzw. „konsukcesorowie" wśród których najważniejszą osobą był Piotr Borzęcki, wnuk znanego nam już
Franciszka Borzęckiego i Ludwiki z Pociejów, a syn Aleksandra Borzęckiego i Anny Ankwicz. Poza tym należeli tu Prot Potocki, starościc guzowski, Hieronim Wielopolski, koniuszy kor., Jędrzej Moszczeński, wojewoda inowrocławski, Stefan Dembowski, kasztelan czechowski i inni.
W niżej przytoczonej korespondencji często powtarza się stary termin prawniczy kondescencja. Oznaczał on sąd kondenscencyjny tj. zjazdowy, który był zwoływany wówczas gdy zwykły sąd nie był w stanie rozstrzygnąć szczególnie zawikłanego sporu. Osoby wyznaczone przez sąd zjeżdżały się na miejsce sporu. Wyrok tego sądu miał znaczenie wyświetlające, potrzebne dla prawomocności orzekanej przez właściwy sąd sprawy.

            Przed Śmiercią Teresy z Potockich Opalińskiej possesorem dóbr mińskich, czyli dzierżawcą, był Jan Potocki, starosta kaniowski. Jego list pisany do brata Piotra, starosty szczerzeckiego, w dniu śmierci Teresy Opalińskiej (30 X 1778 r.) przedstawia pierwsze spory o Mińsk. W pierwszych dniach marca 1779 r. odbyła się w Mińsku kondescencja. W wyniku dekretu sądu trzeba było jednak opuszczać Mińsk. Pelagia [Potocka matka Piotra] pisała do syna 16 IV 1781 z Mińska:

            „My tu z rugowani być spodziewamy się w prędce przez Pana Borzęckiego. [A.G.A.D., Archiwum Roskie, XLII/1, k. 140]

            Pelagia pisała 25 IV 1781 z Mińska:

            „U nas w Mińsku wielka rewolucja z okazji otrzymanego w Piotrkowie dekretu przez JW Pana Borzęckiego, każdej środy i soboty o otrzymanym ordynansie czekamy wiadomości, tymczasem wywożą różne sprzęta gospodarskie jako to zboża, bydła i inne na fundamencie dekretu tegoż, z którego dziedzicem ma być Pan Borzęcki, a tenże przysądził ś. p. Pani Wojewodzinie sto tysięcy zapisu i wszystkie generalne inwentarze i ruchomości, może się teraz Tyśmienica [majątek Potockich] zapomódz w oborę, gdyż sztuk jałownika przeszło 30 a krów 40 z okładem Pratulina [majątek Potockich] wysłana tylko że na to potrzeba Starosty Kaniowskiego zezwolenia. Xiężna Imć Miecznikowa [Maria z Lubomirskich Radziwiłłowa] owce i kozy przyjęła, zboże i gorzałki po różnych miejscach porozsypywane gdyż zostawiwszy Panu Borzędzkiemu to by odpowiedzieć trzeba Xięciu Generałowi [Adam Czartoryski] lub innym sukcesorom kiedy by nad spodziewanie powiodło się im wygrać.” [A.G.A.D., Archiwum Roskie, XLII/1, k. 145]

            Urzędnik Potockich Ignacy Hryniewiecki pisał do Pelagii 2 VI 1781:

            „JW Konsukcesorowie zmówili się na konferencję względem dania odporu w Departamencie JWP Borzęckiego pomocy wojskowej do dalszego objęcia Mińska żądającym.[A.G.A.D., Archiwum Roskie, XLII/2, k. 8]

            Mińsk objął Piotr Borzęcki, ale sprawa toczyła się dalej. Włączył się do niej kuzyn Pelagii Piotr Potocki, kasztelan lubelski. W liście pisanym z Babimostu 14 VII 1785 do Pelagii, dał najwyraźniejsze naświetlenie tej skomplikowanej sprawy sukcesji po Warszyckich i Opalińskich. Trybunał Piotrowski rozstrzygnął, że Mińsk otrzyma Piotr Borzęcki, jako spuściznę po Warszyckich, a Potoccy otrzymają „substancję Opalińskich”.

            „Co do interesu Familii z sukcesorami Opalińskich wczoraj powróciwszy z Grodziska z kondescencji uwiadamiam co się dzieje: JW. Dąbski Wojewoda Brzeski Kujawski mający dług największy do kilku kroć sto tysięcy mocno chodzi za interesem lecz sukcesorowie, których liczba jest znaczna i mocni, lubo z Dekretu Trybunalskiego Piotrowskiego aprobowane ma sumy jedna po wojewodzie, druga na kondescencje odesłania do rozpoznania. Jednakże sukcesorowie lubo w dekrecie jest dołożono niezwarzając na niestawienie się strony sądzić nakazano, sukcesorowie oficjalisty niezastali wydawszy termina do Trybunału Piotrowskiego przypadającego JW Wojewodzie oraz Xięciu Generałowi, którzy mający przysądzone pięć kroć sto tysięcy, dekretem oficjalista sprowadzony do JW Wojewody przyznał sumy należące temuż brał się do wylikwidowania intrat w dobrach niedopuszczony supressje i tak znowu do Trybunału interes poszedł. Oświadczyłem kilku sukcesorom znajdujących się na kondescencji pretensje Potockich na substancji Opalińskich, odpowiedzieli mi, że JW Wojewodzina Opalińska miała długu czterykroć sto tysięcy lecz po zmarłym Warszyckim pierwszym mężu gdy szła za Opalińskiego zapisała mu trzykroć sto tysięcy, niezostaje tylko sto tysięcy Potockim do oddania, lecz sukcesorowie Opalińskich mają do tejże pretensje o dezolacje lasów w kluczach Opalińskim i Grodziskim, potym że Potoccy już zaczęli proces w Ziemstwie Warszawskim. Ta była sukcesorów rezolucja ja czytałem dekreta Trybunalskie dwa wypadłe w Piotrkowie, te dwa razy sukcesorowie Opalińskich wydali Potockich, znać że się wcale nasi nie pilnują. Jak namieniłem JW Pani Dobrodzice jeżeli się podoba moja usługa mojej familii ja chętnie biorę siebie intercis a jak umówiłem się z Wojewodą Dąbskim, którego zdawna przyjaźnią się zaszczycam wraz trzymam się i dokonam interesu. Lecz teraz czas chodzić koło interesu bo już ostatni dekret, któren wypadnie z Trybunału Piotrowskiego będzie decydował, ostatnie kondenscencje i ulokowanie kredytów i tak jak słyszałem, że w sprawie z Podstolim Borzęckim Dekret Piotrowski Trybunalski przyznał Mińsko na dziedzictwo Warszyckim, a Potockich odesłał do substancji Opalińskich. Zaczem do Ziemstwa Poznańskiego pozwać trzeba sukcesorów a stamtąd odeślą na kondescencje i tak między innymi kredytorami trzeba się starać pomieścić i odpowiedzieć na pretensje, które mają sukcesorowie w dezolacji lasów. Sądy Ziemskie Poznańskie przypadają wSeptembrze, drugie po Nowym Roku lecz czas i na drugie pozwać gdyż kondescencja na wiosnę dopiero w przyszłym roku bydź ma. Życzę porzucić prosekucji w Ziemstwie Warszawskim a trzymać się substancji Opalińskich, zwłaszcza teraz gdy się podaje pora, bo potym ciężej będzie z tak wiele sukcesorami mieć do czynienia i nowe kondescencje sprowadzą ten interes na lat kilka zaciągnęłyby się. Wyrażam JWWC Pani Dobrodzika, że musze rozmówić się z Starościcem Guzowskim [Prot Potocki] a na rezscie jak jej się będzie zdawało. Racz napisać do swoich synów i córki by przysłali plenipotencje na Jej ręce na moją osobę. Ja pisałem do JW Wojewody Wilgowa (?), która wraz i do sióstr napisze i brata i Czeswakiewicza to przyślą plenipotencje. A tak żebym miał od niektórych plenipotencje wziąłbym się do interesu. Zapis posagu kazać wyjąć na Mińsku. Drugi zapis co uczyniła Opalińska mężowi jeżeli jest prawda jak sukcesorowie. Dekret Trybunalski wypadł z JW Borzęckim jeżeli jest oblatowany w Grodzie kazać wyjąć a nie to w Piotrkowie kazałbym wyjąć będąc za informowanym w którym roku. Lecz co za prosekucja zaczęta w Ziemstwie uwiadomić trzeba, kwit z inwentarza wyjąc także trzeba. A mając te papiery mógłbym zacząć z sukcesorami. Ponieważ, że jedni niedbają drudzy tracą i interes w zapomnienie odejdzie. Po odebranym liście niewidziałem się z JW Starostą zostawiłem go w Poznaniu. Obiecał mi się w dom, wezme informacje. Potoccy co mają do substancji Warszyckich niech się pilnują na tych substancjach, a co do Opalińskich substancji tu się trzeba pilnować.[A.G.A.D., Archiwum Roskie, XLII/15, k. 17-19]

            W ostatnim roku korespondencji na ten temat…Piotr odpisał matce 4 VIII 1788 z Lublina:

            „Na kondescencją przypadającą w Mińsku uczynię plenipotentem JWPana Lewickiego Sekretarza Xiężny. Jest tu Pan Podstoli Borzęcki, który zgłaszał się dawniej do mnie o papiery jakoby brakujące, odebrawszy odemnie explikadę przestaje na niej, owszem powiada teraz, iż znajdują się wszystkie i próżno mnie kłócono o nie.” [A.G.A.D., Archiwum Roskie. L/l, k. 803-804]

            Pelagia napisała do Ignacego Przebendowskiego, marszałka Rady Nieustającej 12 VIII 1788 z Warszawy:

            „Że mi synowie chcą się uiścić w tym o co są rekwirowani masz JW Pan Dobrodziej dowód tego jasny kiedy Szczerzecki [syn jej Piotr] dawno dopraszał się o odebranie papierów, jakie tylko mógł wynaleść i dla wspólnych interesów one w początkach tej sukcesji szczególnie miał u siebie i teraz też oddaje i na kondescesją Mińską one przysłane. Te to być muszą, które w Siemianówce były, dopóki on ze Starostwa Szczerzeckiego z woli Cesarskiej nie oddalił się. Racz JW Pan Dóbr. uchylić opinie zagubienia papierów ile kiedy rewers fascykułami tylko one wyraża, nie wzmiankując treści dokumentów, łatwo się tedy obwoluty po ręku plenipotentów znajdujące pozarzucać i poginąć mogły; a przez to dasz dowód łaski swojej na której wiele Syn mój pokłada, szukając spokojności. Co się zaś tyczy ex Raniewskiego, ten JWP Dobr. i wspólnie z innym konsukcesorem z posesji Mińska wyekspikować się powinien, lecz i tym samym nie zawiadywał, tylko wraz z ś.p. JWP Wielopolskim Koniuszym Kor. i Moszczeńskim Wojewodą Inowrocławskim, co i samemu JWPanu Dobr. wiadomo i dokumenta świadczą. Był nawet ustanowiony komisarz od tychże Panów P. Zarzycki dla rozrządzenia i odbierania intrat. Prawda, że syn mój sam opierał się przy tej posesji dla ubezpieczenia jej dla sukcesorów z niemałym zatrudnieniem i expensą. Że zaś ten interes przeciągał się aż dotąd i aż dopiero pozwem na Mińsku położonym został uwiadomiony przeto nie mógł zupełnego do żądanej eksplikacji uczynić przygotowania. Gdyżby należało i P. Zarzyckiego do tego przyzwać, cokolwiek jednak tą plenipotencię w Mińsku się znajdujący uczynią JWPanu Dobr. remonstracją. A chciej JWPan Dobr. wyznaczyć czas do zupełnego umiarkowania się że JW Borzęcki pretenduje kalkulacji to mię zadziwia gdyż dobra te od dłużników aż do wykupna posiadane były. Zdaje się też że sukcesorowie za zastawnych raczej uznani być powinni posesorów, niepodlegających kalkulacji.” [A.G.A.D., Archiwum Roskie, LI/88, k. 1-2]

            Sprawa choć ostatecznie przesądzona - Piotr Borzęcki został właścicielem całego Mińska i okolicznych dóbr - miała jeszcze epilog. Zażądano od Pana Potockiego, starosty kaniowskiego, wyliczenia się z jego działalności jako possesora Mińska. Sprawę tę wyjaśnia list Jana Potockiego pisany do Ignacego Przebendowskiego 20 IX 1788 z Pratolina:

            „List JWMPana Dobrodzieja de 3 tia presentis na dzień siedemnasty rąk moich doszedł. Od tej daty do 24 czas jest za szczupły żebym u dóbr moich Gallickich sprowadzić mógł papiery żądane odemnie, ile że i pozwy w Mińsku położone na kondescencję teraz agitującą się zbyt późno bo w czasie zaczęcia kondescencji dopiero były mi komunikowane, w czym Manifest w pilności zanieść byłem przymuszony. Nie będąc bowiem w posesji Mińska, nikt się tam nie sądzi obowiązanym odsyłać mi położone pozwy; a uwiadomić mię o tych JWM Pan Dobrodziej choć listownie nie raczyłeś. Regestra jakie się przy mnie znalazły umocowanemu plenipotentium przesyłam, lecz nie tylko nie zdaje mi się ażeby z nich wzór proventa [zyski] dla JWP Borzęckiego mógł być brany, ponieważ tam wchodzą niektóre artykuły z industrii i z advektów moich ukraińskich, ale i konsukcesorom nie winienem znacznej kalkulacji, tylko kiedy wzajemną z odebranych rzeczy i percept za nie mojej schedzie uczynią. Przyłączony summariusz proventów Mińskich dostatecznie objaśni jakie zastałem. Czyniąc z siebie ile zdołać w tak krótkim czasie mogę spodziewam się, że w większą wprowadzać mię invokacyję JWM Panowie nie zechcecie o co uniżenie proszę.” [A.G.A.D., Archiwum Roskie, LI/89, k. 1-3]

            Nie mieli szczęścia mieszkańcy Mińska do następnych, po Opalińskich, właścicieli. Piotr Borzęcki, typowy utracjusz, odziedziczywszy ogromne majątki, wyzbywał się ich po kolei. W 1789 r. sprzedał Łaziska Dembowskim, 1791 r., Księstwo Zbaraskie Mejsnerom, 1792 r., Konstantynów Tumie. Pozostał jedynie przy Mińsku z okolicznymi wsiami [Metryki Koronne 289, k. 409v; A Boniecki, Herbarz Polski, t. II, s. 67]. Jego poglądy polityczne można określić jako ultra konserwatywne a nawet anarchistyczne. Władysław Smoleński pisał o nim:

            „Uformowała się pod przywództwem właściciela Mińska pod Warszawą, Stanisława Borzęckiego, kompania ludzi młodych, gołych a zuchwałych, niepowściągliwych w języku, szerzących pogróżki. Za przedmiot obmów swoich brali zazwyczaj Kołłątaja, o którym głosili, że w błąd wprowadził króla, Ignacego Potockiego i marszałka Małachowskiego; zwykłą przechwałką ich była gotowość wywrócenia konstytucji. Gdy podczas limity sejmowej w lipcu zjechał do Warszawy Wojciech Suchodolski, kasztelan radomski, schadzki stały się częstsze, pogróżki i przechwałki głośniejsze. Zbierali się w mieszkaniu pani Walewskiej, u Turny, kasztelana lubaczewskiego, Ryszczewskiego, u posła bracławskiego, miecznika kor. Grocholskiego, niekiedy i u Borzęckiego w Mińsku. Zwracali się do Bułhakowa z zapewnieniem, że konstytucja upaść musi, mają bowiem na to sposoby, co minister rosyjski aprobował, chociaż zachęty do czynu nie dawał.” [W. Smoleński, Ostatni rok Sejmu Wielkiego, t.1, Kraków 1896, s. 56]

            Swoje „credo” wyłuszczał Borzęcki w listach do Szczęsnego Potockiego, np. w liście z 15 X 1791:

            „Choćby za wszczętą rewolucją mógł nastąpić podział Polski równym to dla niej widzę losem, jak gdy się utrzyma Rząd 3 Maja, żadnej nieznajdując różnicy między niewolą a niewolą, którąby Polacy gnębieni byli, albo pod własną Monarchią, albo pod Monarchią tych potencji, któreby ich między siebie podzieliły....Rewolucja choćby najkrwawsza wzdrygać nas nie powinna, naród bowiem nasz jak jest zniewieściały zepsuty i spodlony, dowodzi to nader jawnie zuchwałość zbrodni której śmiano się przeciw niemu dopuścić, i łatwość z jaką ją dopełniono. Narodu do tego stopnia zepsutego ani przywróconemu wolności, którejby cenić ani dochować nie umiał, ani prawa najrozsądniejsze, którejby nie słuchał, poprawić i losu jego zapewnić nie potrafią. Trzeba takiemu narodowi koniecznie gwałtownego wzburzenia, któreby przerwało a przeto odmieniło sposób życia obyczaji, wystąjńło najpierwszych zbrodniarzów, i zniosło to odwieczne źródło zbrodni i nieszczęść Polski, Króla, czego spokojna żadna rewolucja dokonać niemoże tylko krwawa, l życzyłbym z tych powodów jak najdłuższa. Wojna więc domowa nie nieszczęściem, ale dobrem jest dla Ojczyzny, bez którego, zdaje m i się, iż powstać zupełnie nigdy nie zdoła; i pozwól JWMPan Dobrdz. sobie powiedzieć, że jeżelibyś chciał spokojnie rzeczy odmieniać, na krótki tylko czas przywrócić wolność Ojczyźnie, i staniesz się może jeszcze ofiarą zdrajców tryumf. Moskwa przez okoliczność dopiero skończonej wojny, i przez to co się w Polsce stało, oświeconą zapewne została, że jest jej interesem nie panować w Polsce ale być z nią ściśle złączoną i widzieć ją również zewnątrz jak wewnątrz niepodległą, żadna z otaczających nas Potencji tego widoku względem Polski mieć nie może jak tylko jedna Moskwa, a przeto wsparcia u niej szukać, i z nią się łączyć powinniśmy...” [Biblioteka Czrtoryskich Kraków, rkp. 3473, k. 930-935]

            W liście z 29 I 1792 pisał do Potockiego:

            „Wielu i bardzo nawet dobrze myślących obywateli, nad tą się zastanawia uwagą, że nie wiele zyska Polska jeżeli zrzuciwszy jarzmo 3go Maja, wróci się do jarzma gwarancji Moskiewskiej, podług mnie, choćby inaczej nie było można, jak wrócić się pod podobną przemoc Moskwy jakiej doznawała Polska, wolałbym to nieszczęście, jak najhaniebniejsze ze wszystkich 3 Maja.” [Biblioteka Czrtoryskich Kraków, rkp. 3474, k. 88]

            W liście z 31 I 1792 wypowiadał się na temat zniesienia władzy królewskiej i usunięcia z Polski Stanisława Augusta:

            „Nie przez sąd i śmierć nader przez niego zasłużoną Go oddalić bo to jest nieszczęściem niepodobna i przez słabość naszego Narodu, i przez otaczające nas Monarchie. Ale przez sekretne przymuszenie Go zrzec się niby dobrowolnie tronu, pod pozorem laty i chorobami osłabionego zdrowia, potrzebującego spokojności i klima cieplejszego, wyznawszy mu pensje choćby największą do życia we Włoszech lub gdzieby mu się podobało zagranicą a ta pensja aby nie była ciężarem całkiem dla kraju, przyczyniona do tego coby następny spełniać musiał, niechby prawdziwie gorliwi obywatele złożyli się każdy podług swojej możności na większą część tej pensji dożywotniej.” [Biblioteka Czrtoryskich Kraków, rkp. 3474, k. 91]

            W jeszcze gorszym świetle przedstawiała się działalność Borzęckiego jako pana na Mińsku. Doprowadziła ona do złożenia w 1791 roku przez mieszczan mińskich następującej skargi do Stanisława Augusta.

                        „Najjaśniejszy Królu, Panie Miłościwy !
                        Najjaśniejsze Rzeczypospolitej Stany !

            Przyszedł czas od kilku wieków żądany, losem Najwyższej Opatrzności zrządzony, do którego ojcowie nasi wpośród gwałtów publicznych, wśród nierządu starego wyciągali ręce. Jedni rdzawymi kajdanami okuci pod władzą panów swoich brząkali, drudzy pod ciężarem najazdów i ustawnej przemocy od równych sobie jęczeli.
            W takowej wieków owych postaci, gdzie każdy cienia swego lękał się, kto tylko czytał dzieje tego możnego królestwa, łatwo to poznać może, iż nie można było ojcom naszym pomyśleć nawet o tym, iż z wielcy z porządku panowania w tym kraju Kazimierz, Konrad, Bolesław i Jan, książęta Mazowieccy, piątnem wysokich swych imion uczynili ich wolnymi i prócz swojej władzy niepodległymi nikomu.
            Z żalem nam teraz przychodzi czytać, Najjaśniejsze Rzeczpospolitej Stany, na tęgich pergaminach ojcom naszym służących te święte książąt i królów naszych imiona, którzy ich zaszczycili przywilejami takimi, na jakich stoją miasta prawem chełmskim stojące, nadali im magdeburyją, nadali jarmarki i zupełne ich życie, majątki i zdrowie swoich potężnym zabezpieczyli ramieniem.
            Teraz nie wiedzieć, jak nieszczęśliwym losem dostawszy się pod władzą J.W.
Borzęckiego podstolica koronnego, po ostatnich przywilejach naszych przez sławnej pamięci pomienionych książąt mazowieckich w roku 1468 i aprobacyje najjaśniejszego Zygmunta Augusta w roku 1556 rozproszeni po lasach i cudzych kątach, odrzekłszy się żon i dzieci naszych, unosząc życie własne tułać się musiemy.
            Rzucił na nas i dzieci nasze ciężar niewoli, powinności i ustaw, połamał nam prawa, obrócił nas w chłopów; wygania na pańszczyznę, poodbierał nam grunta, ucisnął nas podatkami, powymyślał daniny i z ostatniego do życia wyzuł nas sposobu.
            W takowym tedy ucisku pogrążeni zostając, zostaliśmy przymuszeni udać się do prawa. J.W.
Borzęcki, tytularny pan nasz, rozgniewany o to, zaczął nas jeszcze bardziej ciemiężyć, pozapobiegał przez przyjaciół swoich, żeby nam manifestów nie przyjmowano, i tak kiedyśmy podawali zażalenie nasze w kancelaryi akt Metryki Koronnej, nie chciano nam go przyjąć, udaliśmy się do grodu warszawskiego tutejszego, podobnież ur. Swieszowski odesłał nas do Czerska i tam ur. Baranowski odprawił nas z niczym.
            A tak błąkając się od grodu do grodu z niemałym kosztem i stratą naszą, gdzie by przywileje nasze i krzywdy przełożyć, szukać musieliśmy tak rozsądnego urzędu, który by nam to zrobił, przecież szczęściem mil kilkadziesiąt objechawszy, zajechaliśmy do Liwa i tam to nam zrobiono.
            J.W.
Borzęcki, zapalony tym większą nienawiścią i gniewem, pogroził nam więzieniem, a zesławszy ze dworu ludzi do domów naszych kazał odbijać komory, pytając się, gdzie prawa ojcom waszym służące i gdzie są te ustawy które on nam przepisał? Odgrażano nam karą i zniszczeniem ostatnim.
            Tak niezwyczajnymi uciśnieni gwałtami podaliśmy memoryał Najjaśniejszemu Panu dopraszając się, ażeby nas raczył listem żelaznym od takiej przemocy zasłonić i reskrypt do rozsądzenia się z J.W. pomienionym
Borzęckim podpisał. Nieszczęśliwi wygnańcy w tak uciśnionej klęską naszej kolei na kilka memoryałów naszych wszystko do J.W. kanclerza w. kor. odsyłani, tułając się już tu blisko ćwierć roku, tę na ostatek odebrawszy odpowiedź od J.W. kanclerza, że: choćby król podpisał, to ja nie dam pieczęci.
            Po takowych obrotach, gdy się już krzywdy nasze do tronu przebijać poczęły, J.W. Borzęcki, tym mocniej jeszcze obrażony na nas, dniem i nocą w kilka dni sprowadził z Ukrainy kilkadziesiąt koni Kozaków na nasze uciśnienie, którzy żony i córki nasze gwałcą, inne brzemienne potrącają kobiety, komory i zamki odbijają, ludzi niewinnych kaleczą i biją, zabierają fanty, zabijają dobytki i po gościńcach ścigają życie unoszących i zdrowie. Jednych do więzienia poosadzać rozkazał, innych katować i nielitościwym karać sposobem, a na drugich życie przegróżki czyni.
            Najjaśniejsze Rzeczpospolitej Stany ! Światło te, które nas naucza, że jesteśmy pod władzą tronu, pod mocą waszą i powagą najwyższą, skazuje nam drogę, którą się udać powinniśmy najsłuszniej. Nie gdzie się więc uciekać mamy, tylko do was, do was dobroczyńców naszych, do was panów i zastąpicielów naszych, którzy prawem władniecie, uskramiacie występki i potępiacie bezprawia.
            W takowej tedy postaci okropnej obyczajności, jaką J.W.
Borzęcki w obecności praw, tronu i Najjaśniejszych Sejmujących Rzeczpospolitej Stanów wyrządza, gdy nic nie mogliśmy pozyskać u j.w. kanclerza w. kor. pełzając się przed nogami waszymi, żebrzemy miłosierdzia. Raczcie nas wrócić do domów naszych, raczcie nas zachować przy życiu i zdrowiu, a bezprawne zapędy J.W. Borzęckiego utrzymać, niech święte zmarłych królów ustawy w powadze swojej poniżone nie będą.

Waszej Królewskiej Mości Pana Miłościwego
i Najjaśniejszej Rzepitej Stanów
wierni poddani i podnózkowie najniżsi Mieszczanie miasta j.k.m. Mińska”

[J. Woliński, J. Michalski, E. Rostworowski, Materiały do dziejów Sejmu Czteroletniego, Wrocław-Warszawa-Kraków 1961, t. IV, s. 257-259]

            Zachowało się również zeznanie na ten temat wójta miasta, Kazimierza Ostrowskiego, z października 1790 roku.

            „Do Urzędu i Ksiąg Grodzkich Liwskich Publicznych Starościńskich osobiście przyszedłszy sławetny Kazimierz Ostrowski Wójt Miasta Jego Królewskiej Mości Mińska swym i wszystkim mieszczą imieniem, oraz i z rozkazu czyniący zapobiegając całości praw i przywilejów od Książąt Mazowieckich temu miastu służących, gdyż już znieść współbraci swemi ucisku, przemocy i surowych wyroków Jaśnie Wielmożnego Borzęckiego Podstolego Koronnego nie może. Przeto przed obecnością Praw, Tronu, Najjaśniejszych Sejmujących Stanów i całego Narodu nie bez wylania łez nad niewolą swoją i współbraci swoich ośmielony względami Najjaśniejszego Pana podanych do tronu Jego memorjałach to zażalenie zanosi.
Kiedy miasta Królów polskich wzrastały i Bóg nadawał najwspanialszym Narodom łaskawych Królów i Panów był czas zyskiwania kiedy wejrzał jako Ojciec Niebieski na stan poziemy i naszych pradziadów wieki w porządku panowania dziedzicznych Panów naszych, Kazimierz, Konrad, Bolesław i Jan Książęta Mazowieccy, zatwierdzając powyższe przywileje Pradziada swojego Książęcia Mazowieckiego Jana w roku tysiąc czterysta sześćdziesiąt osiem w Mieście Rezydencjonalnym Zakroczym, tą to źrenicą złotej wolności na tęgich pergaminach ten wiekopomny imion swoich pamięci Ich zaszczycali wysoce. - Nadali Im jarmarki, Nadali Im Moc Wieczną, zabezpieczyli Im moc majątków Prawem Chełmskim. - Zwolnili Ich od ceł handlowych. - Postanowili cechy i władzę sądowniczą nadali. - Znajdujemy w aktach zapisanych przodków naszych zbotwiałych protokółach pod rokiem tysiąc pięćset dwudziestym drugim, pod rokiem tysiąc pięćset trzydziestym szóstym i pod rokiem tysiąc pięćset piędziesiątym drugim, w latach wyżej i niżej następnie idących, zamiany, przedaże, zapisy domów i gruntów, które przodkom naszym od kilku wieków służyły po tak wysokich przywilejach wiedzieć nie można jak nieszczęśliwem losem wpadliśmy pod prawo imienia acz bez nadwerężania przywilejów naszych Jaśnie Wielmożnej niegdy Annie z Glinek Wolskiej Kasztelanowej Sandomirskiej, lecz i ta dobrotliwa Pani za świadectwem przywileju swojego w roku tysiąc pięćsetnym piędziesiątym przedmieściu jako Miasta Mińska nazwanego Sendomierzem nadanego, też Przedmieście Sendomierz na Prawach Ojców Naszych do pomienionych Książąt Mazowieckich fundując.
Wyłącza Nas od wszystkich generalnie podatków; czynszów; daninów, powinności, ciężarów, kontrybucji zachowując nas nienaruszenie przy powadze Przywilejów Naszych. - Znowu w lat sześć po takowym przez Jaśnie Wielmożną pomienioną nigdy Annę z Glinek Wolską, gdy Księstwo Mazowieckie przyszło za czasem do Korony, Najjaśniejszy Zygmunt August w roku tysiąc pięćsetnym piędziesiątym szóstym aprobował też prawa. Odmiany dziedziców i nieszczęśliwe zamięszaniny krajowe, a pospolicie szczęście i nieszczęście na świecie w ślad za ludźmi chodzące, po tak słodkiej złotych wieków pamięci za czasem dał wyzucie Ojczyzny, a bardziej Ojców naszych goryczy. Nastawali jedni po drugich nie wiemy za jakim prawem nad nami Panowie, aż przyszło do Jaśnie Wielmożnego
Borzęckiego Podstolica Koronnego, który dopiero dał nam poznać jak daleko przez przemoc do swobód Ojców naszych odsunieni jesteśmy. Wrzucił na nas i dzieci nasze ciężar nowych powinności i ustaw. - Połamał nam prawa, obrócił nas w chłopów, wygania na pańszczyznę, poodbierał nam grunta. Ucisnął nas podatkami, powymyślał daniny, nie daje nam opahi, pędzi nas po drogach, odbiera nam płacę od innych, z jednego tylko wyrobku żyjąc, nie zażywając gruntów siedziemy, które są nam opłatne, obciążył nas szarwarkami Postanowił tłoki od pastawników, za dobytek opłatę po złotemu wyznaczył a wyzuwszy nas z ostatniego do życia sposobu prawie, co rozpacz przyprowadza w tej nędzy w tak nieszczęśliwej toni i ucisku zostając.- Przedkładaliśmy zawsze sposobem najpokorniejszych próśb naszych Jaśnie Wielmożnemu Borzęckiemu nasze krzywdy i nędze, lecz zamiast pofolgowania jakiego, doznaliśmy ostrych przygróżek.
Na ostatek jak tonący brzytwy ostatniego chwytając się sposobu. - Zdarzył nam Pan Bóg takich przyjaciół w nieszczęściu, którzy przetrząsnąwszy prawa nasze ośmielili nas udać się do Tronu. Jaśnie Wielmożny
Borzęcki dowiedziawszy się o tem pod bytność naszą jeszcze w Warszawie, posłał ze dworu do domów naszych, potrącono nam żony, kazał odbijać komory. - Pytając się gdzie prawa Ojcom naszym służące i gdzie są te ustawy, które on nam przepisał z podpisem ręki swojej i za to, że się ważyli w krzywdach swoich uskarżać przed Królem Jego Mością, pogroził im karą cielesną i odebraniem zdrowia, po tak tedy bezprawnem Jaśnie Wielmożnego Borzęckiego sobie postąpieniu, stojąc przy zaszczytach dawnych Książąt i Królów Polskich żadnemi w następnych wiekach przez Najjaśniejsze Rzeczpospolitej Stany nie obalony rezultatami, tak o złamanie pomienionych przywilejów jako o popełnione gwałtowności, uciemiężenia, uciski i krzywdy rozmaite przez samego Jaśnie Wielmożnego Borzęckiego uczynione jako i rządców Jego w czasie sprawy dowiedzione widocznie Imieniem swym i całego Miasta Mińska powtórnie i jaknajuroczyściej uskarża się, oświadczając prawne o to gdzie będzie należało czynienie.”
[A.G.A.D.  KRS W 460 g. Mińsk, k. 14-17]

            Glejt króla brzmiał następująco:

            „Stanisław August z Bożej Łaski Król Polski, Wielki Xiąie Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Kijowski, Wołyński, Podlaski, Finlandzki, Smoleński, Siewierski i Czerniechowski.

            Oznajmujemy niniejszym Listem Naszym Ochronnym czyli Gleitem wszem i wobec i każdemu z osobna, komu o tym wiedzieć należy. - Przełożone nam jest, przez Panów Rad naszych, przy boku naszym zostających, Imieniem Obywatelów Miasteczka Mińska, prawem Chełnińskim od poprzedników Naszych zaszczyconych, w Województwie Mazowieckim Ziemi Czerskiej leżącego, iż oni będąc uciemiężeni na osobach i majątkach swych, przez różne powinności, zabór gruntów, narzucanie czynszów, danin, przynaglanie ich do odrobienia pańszczyzny i inne krzywdy prawom im służącym przeciwne, od przemocy i gwałtu Urodzonego Borzęckiego Podstolica Koronnego i jego w tem Miasteczku Dyspozytorom, w dochodzeniu sprawiedliwości nie czując się bydź bezpiecznem na osobach i majątkach własnych. Suplikowano Nam zatem jest, imieniem wspomnianego miasteczka Obywateli, abyśmy Im list ochronny czyli Gleit od takowej przemocy i gwałtu dać raczyli.
            My więc do takiej prośby, ile słusznej, łaskawie skłoniwszy się wyżej rzeczonych Mieszczan Miasteczka Mińska w Protekcję Naszą Królewską bierzemy i Onym List Ochronny czyli Gleit do czynienia prawnie dajem.- Mocą którego Listu Naszego, iż Obywatele Miasteczka Mińska, jako pod Protekcję Naszą zostający, wolni będą w dochodzeniu prawnie krzywd swoich, od wszelkiej impetycji i najmniejszego gwałtu, tak na osobach jako i majątkach własnych, tak jednak aby i oni skromnie się zachowali i Listu Naszego niniejszego na złe niezażywali. - Co do wiadomości wszystkich a osobliwie Urzędom wszelkim donosząc, mieć chcemy i rozkazujemy, aby ten list Ochronny czyli Gleit Nasz do akt publicznych był przyjęty i obwołany, oraz aby go i sami nienaruszenie zachowali i o zachowaniu od innych skutecznie starali się, a to dla Łaski Waszej Królewskiej i swojej powinności pod karami na gwałcących Listy Nasze w Prawie przepisane mi.
            Na co dla lepszej Wiary Ręką Naszą podpisawszy, pieczęć koronną przycisnąć rozkazaliśmy.

Dan w Warszawie dnia XV Miesiąca Czerwca Roku Pańskiego MDCCXCI, panowania Naszego XXVII Roku.

Stanisław August Król”

[A.G.A.D.  KRS W 460 g. Mińsk, k. 10-11]

            Piotr Borzęcki zwrócił się ze skargą do sejmu na wydany przez króla Glejt. W jego imieniu wystąpił poseł sandomierski Skórkowski na sesji 20 VI 1791. „Gazeta Warszawska” zanotowała:

            „Sesja sejmowa CCCCLIV Dnia 20 Czerwca J. P. Skórski Sandomierski w zabranym głosie doniósł, iż JP Borzęcki Podstolic Koronny zanosi przez memoriał do Stanów zażalenie na mieszczan swoich dziedzicznych w miasteczku Mińsku, iż ci od posłuszeństwa dziedzicowi wyłamując się, i że im Gleit do rozprawy z dziedzicem przez N. Pana podpisany i w Pieczęci Mniejszej zapieczętowany został. Ten memoriał czytał JP Sekretarz Sejmowy. J. X Kołłątaj Podkanclerzy Kor. oświadczył iż po podanym memoriale od Mieszczan Mińskich do N. Pana o liczne im czynione uciski od Dziedzica, tudzież po złożeniu przywilejów temuż miastu nadany jeszcze Anie Uniowych od Xiążąt Dziedzicznych Mazowieckich, Gleit od N. Pana podpisany; zapieczętowany został zaczym w Assessoryi musi nastąpić kognicja tych przywilejów; tam się okaże czyli to miasto należy lub nie do Sądów Assesorskich i że już w podobnym przypadku Gleit w Pieczęci Większej Kor. na inne miasteczka dziedziczne zapieczętowany został.” [Gazeta Warszawska, suplement 1791 r. Nr. 50]

            O sesji sejmowej 21 czerwca „Gazeta Warszawska” pisała:

            „Z okoliczności uczynionego wniesienia na ostatniej Sesji względem wydanych Gleitów do miast dziedzicznych, liczne były otwierane zdania, przekładające wielkie niebezpieczeństwa dla spokojności szlacheckiej, jeżeliby takowe Gleity wydawane być miały; zaczym dopraszano się, ażeby wszystkie Gleity, które powychodziły do miast szlacheckich uchylone zostały, a nadal podobne wydawane niebyły. Podany w tej mierze projekt, jednomyślnością przyjęty został.” [Gazeta Warszawska, 1791 r. Nr. 51]

            Zakończenie tej sprawy znajdujemy w protokole rozprawy sądowej, która odbyła się w 1813 roku.

            „Pierwszy dopiero Borzęcki Dziedzic Mińska w tysiąc siedemset dziewiędziesiątym roku targnął się na ich przywileje i prawa, grunta samowolnie poodbierał, robienia piwa i wódki oraz szynku zabronił i rozliczne nadużycia dokonywał. O co ciż Obywatele podnieśli przed Sądem Czerskim proces skutkiem którego są dwie kondemnaty w temże sądzie na Borzęckim w roku tysiąc siedemset dziewiędziesiątym szóstym otrzymane. Rozbiór jednak Polski przeszkodził uskutecznienie tej sprawy. Po otwarciu rządu austryjackiego [od 1795 r. Mińsk włączony był do Galicji Zachodniej] Borzęcki do Rosji wyjechał, zostawiwszy zdłużone dobra, które na satysfakcje wierzycieli przez publiczną licytację przedane zostały.” [A.G.A.D.  KRS W 460 g. Mińsk, k. 32 v-33]

            Dobra mińskie kupił na licytacji w Dubnie 2 XI 1807 Karol hr. Jezierski, syn Jacka, kasztelana łukowskiego. Zapłacił 1 065 124 zł. p. W skład dóbr tych wchodziły miasto i folwark Miński oraz wsie i młyny okoliczne. [Archiwum Państw. Miasta Stoł. Warszawy, Oddział w Otwocku, Księga Hipot. nr. 84, Mińsk, k. 1, 31 v, 33 v]

            W pięć lat po licytacji odżyła jeszcze raz sprawa Borzęckiego. „Gazeta Warszawska” podała 26 VIII 1812 wezwanie Łukasza Bogusławskiego „jako kuratora massy niegdy Piotra Borzęckiego, Dóbr Mińska z przyległościami dziedzica” skierowane do „wszystkich Wierzycieli rzeczonego niegdy Piotra Borzęckiego albo raczej i pretensje do massy tyle razy wspomnianej Piotra Borzęckiego na dniu 1 sierpnia 1806 r. przed bywszym Sądem Szlacheckim Lubelskim formowane, poparli i usprawiedliwili”. Wymieniono 45 wierzycieli w tym kościoły, klasztory, kapituły, burmistrza Mińska, ziemian, mieszczan mińskich i warszawskich.[66 - Gazeta Warszawska Nr. 72, 1812 r. dodatek drugi s. 1395, nr. 74 s.1418]

Źródła: RUDZINSKI W. : Właściciele Mińska w świetle dokumentów. Rocznik Mińsko-Mazowiecki, 1992  T. 1, Z. 1. Mińsk Mazowiecki.

 

 

OSTATNI ROK SEJMU WIELKIEGO

            Dobrodziejstwa prawa z 18 kwietnia roku 1791, które weszło do artykułu III ustawy rządowej, służyły tylko mającym przywileje lokacyjne miastom niegdyś królewskim, obecnie przezwanym wolnymi. Nie rozciągały się one na te królewszczyzny, które wprawdzie nosiły nazwę miast, lecz przywilejów lokacyjnych nie miały. Nie przysługiwały również miastom prywatnym, zarówno duchownym, jak i świeckim, podlegającym zwierzchnictwu dziedziców. Miasta te zarówno królewskie jak i dziedziczne robiły jednak zabiegi około pozyskania dobrodziejstw prawa kwietniowego. Już w roku 1790 mieszkańcy Mińska, w ziemi czerskiej, podali do króla suplikę o glejt to jest list żelazny dla zabezpieczenia ich od zwierzchnictwa dziedziców. Twierdzili, że Mińsk, lokowany na prawie Chełmińskim, zrównany był we wszystkich prerogatywach z Liwem, na dowód czego przedstawili konfirmowany w roku 1556 przez Zygmunta Augusta przywilej Konrada, Bolesława i Jana, książąt Mazowieckich.
Suplikę mieszczan odesłał król do roztrząśnięcia podkanclerzemu koronnemu, Kołłątajowi. Że rezolucya Rady Nieustającej z 9 lutego roku 1791 wzbraniała wydawania glejtów dla miast dziedzicznych, ksiądz podkomorzy zadość uczynienia suplikantom na razie odmówił. Niebawem pokazano mu zapieczętowany 27 maja roku 1790 przez kanclerza wielkiego koronnego glejt dla miasta Susznawy, w województwie kijowskim, stanowiącego dziedzictwo Pauszy. Opierając się na tem, wydał Kołłątaj Minszczanom glejt ubezpieczający ich od sądownictwa dziedzica, robocizny i wszelkich ciężarów, do których pociągani byli wbrew przywilejowi lokacyjnemu.
Tak samo uczyniło później wiele innych miast. Dotknięci w dotychczasowych prawach swoich posesorowie dla pohamowania mieszczaństwa na różnych jęli zabiegać drogach. Właściciel Mińska, Borzęcki (1) zwrócił się wprost do Sejmu, który dotąd wobec fermentu mieszczaństwa zachowywał się biernie. Dyskusyę seymową w tej materyi wywołał dopiero sprawą Borzęckiego Skórkowski sandomierski. Na sesyi 20 czerwca roku 1791 w zażaleniu jakie wniósł w interesie swojego przyjaciela politycznego, zarzucił postąpieniu podkanclerzego koronnego nieprawość, domagał się skasowania glejtu, wydanego dla Minszczan. Potem przemawiał w tej sprawie Kołłątaj, kanclerz Małachowski, Wójczyński rawski, aż przeszedł jednomyślnością projekt Czarnołuskiego czerniechowskiego: zapieczętowane dla miast dziedzicznych glejty znoszący i wydawaniu podobnych zakazujący. Potwierdził to król uniwersałem ogłoszonym 15 lipca roku 1791.

            Uformowała się pod dowództwem właściciela Mińska pod Warszawą, Stanisława Borzęckiego, kompania ludzi młodych, gołych, a zuchwałych, niepowściągliwych w języku, szerzących pogróżki. Za przedmiot obmów swoich brali zazwyczaj Kołłątaja, o którym głosili, że w błąd wprowadził króla, Ignacego Potockiego i marszałka Małachowskiego; zwykłą przechwałką ich była gotowość wywrócenia konstytucyi. Gdy podczas limity sejmowej w lipcu roku 1791 zjechał do Warszawy Wojciech Suchodolski, kasztelan radomski, schadzki stały się częstsze, pogróżki i przechwałki głośniejsze. Zbierali się w mieszkaniu pani Walewskiej, u Turny, kasztelana lubaczowskiego, Rzyszczewskiego, u posła bracławskiego, miecznika koronnego, Grocholskiego, niekiedy u Borzęckiego w Mińsku. Zwracali się do Bułhakowa z zapewnieniem że konstytucya upaść musi, mają bowiem sposoby, co minister rosyjski aprobował, chociaż zachęty do czynu nie dawał. W pracach tych brał udział Branicki. Korzystając z nieobecności w Warszawie podczas limity sejmowej głównych stróżów nowego porządku – Ignacego Potockiego, jako ministra policyi i pisarza Rzewuskiego, jako komendanta garnizonu, powziął Branicki zamiar porwać króla z Łazienek, następnie sejm rozpędzić i ustawę rządową zwalić. Król ostrzeżony listem anonimowym, zbadanie sprawy powierzył Kołłątajowi. Ksiądz podkanclerzy wiadomości niektóre stwierdził, dostarczył też szczegółów nowych, lubo niepewnych. Jak jednak pisał do króla wszystkie zabiegi Borzęckich, Rzyszczewskich, Grocholskich, nie wyłączając Branickiego miał za głupstwo.
            Tym czasem przesiadujący za granicą Szczęsny Potocki stawał się głową opozycji. Odwiedzający go w Wiedniu przyjaciele wyjeżdżali pokrzepieni w nienawiści dla konstytucji, lecz nieświadomi ani planów, ani podjętych już środków. Na początku października Szczęsny Potocki wraz z Rzewuskim w wielkiej tajemnicy wyjechali z Wiednia do Jass na pertraktacje z Potiomkinem. Ich przyjaciele poczytywali to jednak za bajkę i wciąż słali listy pod dawnym adresem. Co rezolutniejsi, głównie ci, którzy nie mieli sposobności z generałem artylerii konferować osobiście, nasuwali im plany własne. Niektórzy nawet osobiście wędrowali nad Dunaj. Do takich należał Borzęcki, który z Karlsbadu z porucznikiem Dębińskim stanął w Wiedniu w połowie października. W Wiedniu nie mógł się niczego dowiedzieć, zostawił zatem list.

            „...Choćby za wszczętą rewolucyą mógł nastąpić podział Polski, równym to dla niej widzę losem, jak gdy się utrzyma rząd 3 maja, żadnej nieznajdując różnicy między niewolą, którąby Polacy gnębieni byli albo pod własną monarchią, albo pod monarchią tych potencyi, któreby ich między siebie podzieliły...
Rewolucya, choćby najkrwawsza, wzdrygać nas nie powinna... Trzeba takiemu narodowi koniecznie gwałtownego wzburzenia, któreby przerwało, a przeto odmieniło sposób życia obyczajów, wytępiło najpierwszych zbrodniarzów i zniosło to odwieczne źródło zbrodni i nieszczęść dla Polski, króla, czego spokojna żadna rewolucya dokazać nie może, tylko krwawa i życzyłbym z tych powodów jak najdłuższa. Wojna więc domowa nie nieszczęściem, ale dobrem jest dla ojczyzny. Pozwól sobie powiedzieć, że jeślibyś chciał spokojnie rzeczy odmienić, na krótki tylko czas przywrócisz wolność ojczyźnie i staniesz się może jeszcze ofiarą zdrajców...
Moskwa przy okoliczności dopiero skończonej wojny i przez to, co się w Polsce stało, oświeconą zapewne została, że jest jej interesem nie panować w Polsce, ale być z nią ściśle złączoną i widzieć ją równie zewnątrz, jak i wewnątrz niepodległą... Przeto wsparcia u niej szukać i z nią łączyć powinniśmy.”

Gotów był Borzęcki na wszystko; z niecierpliwością oczekiwał wiadomości o terminie rozpoczęcia kontrrewolucyi. Nie przerażała go przewidywana konfiskata majątku, skoro Szczęsny Potocki przyrzekł mu kredyt (Borzęcki do Szczęsnego Potockiego 15 października roku 1791. Rkp. Muzeum ks. Czartoryskich , nr 3473).

            Borzęcki z porucznikiem Dębińskim z Wiednia 31 stycznia 1792 roku zjechał do Lwowa, gdzie u matki zastał listy Szczęsnego Potockiego i Rzewuskiego. Razem z Suchorzewskim, który biegał po Litwie z respektem generała artyleryi na ordynans z 2 stycznia roku 1792, pozbawiający go dawnych tytułów, wyprawił z listami do Jass Dębińskiego. W listach tych pisał:

            „Wielu nawet dobrze myślących obywateli, nad tą się zastanawia uwagą, że mało zyska Polska, jeżeli zrzuciwszy jarzmo 3 maja, wróci do gwarancyi Moskiewskiej. Podług mnie, choćby inaczej nie było można, jak wrócić się do podobnej przemocy Moskwy, jakiej doznała Polska, wolałbym to nieszczęście, jak najhaniebniejsze ze wszystkich 3 maja...
Zwalić, haniebne dzieło 3 maja bez najprzykładniejszego, a nigdy nadto surowemu być nie mogącego ukarania jej sprawców; zwalić to dzieło bez ich krwi, bez wyrzucenia ich na zawsze z kraju naszego, zdaje mi się, iż to będzie na czas tylko wziąć górę nad zbrodnią, ale nie zniszczyć ją, nie zmieść ją na zawsze...

Wypadałoby, zdaniem Borzęckiego, władzę królewską znieść zupełnie, a przynajmniej usunąć Stanisława Augusta. Byłoby najlepiej przymusić go sekretnie do abdykacyi dobrowolnej w zamian za pensyę na pędzenie żywota we Włoszech. Dla oszczędzenia ciężaru skarbowi i nowemu królowi, obywatele urządzą składkę na wyposażenie Poniatowskiego. Nie ma tak ciężkiej ofiary, jakiej nie byłoby warto ponieść dla jego detronizacji.
Borzęcki błagał także Potockiego, iżby kupił Zbaraż. Donosił, że na Kontraktach dubieńskich sprzedał Mińsk i Mrzygłód. Zamierzał też jechać za Szczęsnym do Petersburga (Borzęcki do Szczęsnego Potockieo 29 i 31 stycznia roku 1792 z Dubna. Rkp. Muzeum ks. Czartoryskich nr 3474).

Przypisy:

1. Stanisław Borzęcki był prawdopodobnie synem głośnego z dziwactw cześnika koronnego, który, nabiwszy sobie głowę pretensyami do korony, w bezkrólewiu po Auguście III przejadł całą prawie fortunę. Tytułował się właścicielem: Przyłuk (w woj. Bracławskim), Mińska (pod Warszawą), Konstantynowa, Mrzygłodu i Zbaraża, obciążonych olbrzymimi długami. Miał matkę zamieszkałą we Lwowie.

Źródła: SMOLEŃSKI W. : Ostatni rok Sejmu Wielkiego. Kraków : 1896.

 

 

GENEZA I OBALENIE KONSTYTUCJI 3 MAJA

            W nocy z 15 na 16 lipca 1791 roku garnizon warszawski postawiony został nagle w stan alarmu; rozeszły się wieści, że malkontenci szykują się do napadu na łazienki. I pomimo iż żadne dramatyczne wydarzenia wtedy nie nastąpiły to między 15 a 22 lipca trwało w Warszawie znaczne poruszenie. Spodziewano się powszechnie zamachu stanu, który przypaść miał podobno - jak twierdzono - właśnie dnia 21 lipca. Co się wtedy miało rzeczywiście wydarzyć, okazało się po aresztowaniu przez władze policyjne Rzeczypospolitej niejakiego Kazimierza Oknińskiego, niespełna 40-letniego awanturnika, zdradzającego zresztą wyraźne objawy choroby umysłowej, którego malkontenci używali do rozmaitych posług i prac spiskowych, a opowiadał on podobno wszem i wobec o swoim zamyśle zabicia króla. W czasie przesłuchania dnia 9 sierpnia 1791 roku Okniński zeznał że:

            „Suchorzewski i Borzęcki - dwaj znani malkontenci, z których zresztą pierwszy od miesiąca przebywał już za granicą - mieli jakowyś układ, pochodzący od jaśnie wielmożnego Branickiego hetmana wielkiego Koronnego, o czym jaśnie wielmożny Bułchakow poseł rosyjski wiedział, aby króla jegomości w kibitkę porwać, co miało nastąpić właśnie w nocy z 15 na 16 lipca. Kibitka stała w końcu łazienek trzema końmi uprzężona, w której były i łańcuszki i krzyble żelazne. O niej wiedział imć pan Okniński, dlatego kobiecym charakterem napisał list i podrzucił na drodze, aby mógł być ujrzany, gdy król jegomość o godzinie jedenastej przechodzi się w łazienkach.

List ten był zapewne zmyśleniem oskarżonego o spisek Oknińskiego, który chciał w ten sposób stworzyć dla siebie jakieś okoliczności łagodzące, ale cała informacja o kibitce wydaje się być bardzo prawdopodobna.

            Piotr Borzęcki, jeden z najbliższych zauszników Szczęsnego Potockiego, należał do grupy malkontentów, możnowładców o poglądach konserwatywnych dążących do obalenia Konstytucji 3-maja. Nie brał jednak udziału w proklamowaniu Konfederacji Targowickiej. Poszukiwany usilnie przez Potockiego odnalazł się dopiero w czerwcu 1792 roku. Był autorem francuskiego przekładu napisanej przez Potockiego nowej Konstytucji Rzeczypospolitej. W dniu 15 marca 1793 roku tuż przed Sejmem Grodzieńskim mającym usankcjonować drugi rozbiór Polski wyjechał z Potockim do Petersburga. Z tamtąd wraz z Leduchowskim udał się na emigrację do Anglii. Zmarł około 1806 roku.

Źródła: ŁOJEK J. :  Geneza i obalenie Konstytucji 3 Maja. Lublin : Wydawnictwo Lubelskie, 1986.

 

 

KONFEDERACJA TARGOWICKA

W czasie gdy obóz postępowy przeprowadzał wielkie reformy kraju poczęli się organizować wrogowie nowego porządku. Z początku było ich tylko trzech: największy magnat na Ukrainie, Stanisław Szczęsny Potocki oraz dwaj bezrobotni hetmani koronni, Franciszek Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski. Pierwsi zdradzili Potocki i Rzewuski. Udali się oni do Petersburga z prośbą o pomoc w przywróceniu wolności szlacheckiej. Trafili dobrze gdyż w Rosji dojrzewała właśnie myśl obalenia przemocą polskich reform. Za pierwszymi zdrajcami podążył nad Newę Branicki. Carowa nie wdając się w republikańskie prograny magnatów, w dniu 27 kwietnia 1792 roku kazała im podpisać i zaprzysiąc akt konfederacyi, jechać do kwatery głównej wracających zza Dniepru wojsk rosyjskich i po ich wkroczeniu do Polski ogłosić konfederację wolnych. Nocą z 18 na 19 maja przez Dniestr przeprawiły się dwa korpusy rosyjskie pod wodzą Michała Kachowskiego. Jednocześnie na Litwę wtargnął korpus Michała Kreczetnikowa.

O zawiązaniu konfederacyi naród polski urzędowe zawiadomienie otrzymał nie od niej samej, lecz od Kachowskiego i Bułhakowa; informowała go o tem zdarzeniu odezwa generała, datowana 14 maja w Jassach, a rozrzucona po przekroczeniu Dniestru, i deklaracya, doręczona przez posła rosyjskiego ministrom Rzeczypospolitej. Była w tych publikacjach mowa o konfederacyi, której prośby skłoniły Imperatorowę do wsparcia narodu polskiego; zamilczano jednak w nich przez kogo, gdzie i kiedy zawiązaną została. Wiedziano w Warszawie o wszystkim, lecz z informacyi posła polskiego przy dworze petersburskim, Debolego, nie zaś ze źródła bezpośredniego. Dopiero po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Polski, wtedy gdy Kachowski rozrzucał swą odezwę wraz z deklaracyą, konfederacya generalna koronna uznała za właściwe przedstawić się narodowi. Dokonała tego uniwersałem datowanym 19 maja w Targowicy. Uniwersał ten powstał jeszcze przed rozjechaniem się konfederatów z Petersburga; nie miał daty, podpisany zaś był przez wszystkich uczestników aktu związkowego z dnia 14 maja. Datę 19 maja wpisał Potocki w Elizabetgradzie (gdzie zatrzymał się w drodze powrotnej do Tulczyna), po otrzymaniu wiadomości o przejściu wojsk rosyjskich przez Dniestr. W dniu 11 czerwca Potocki hucznie witany przez innych targowiczan wjechał do Tulczyna. Jeszcze tego samego dnia odprawiono uroczyste nabożeństwo w intencji pomyślności nowo zawiązanego związku.
Nie wszyscy konfederaci zebrali się w Tulczynie. Hetman Branicki pomaszerował z Kachowskim z Winnicy do Połonnego, Złotnicki kręcił się po Podolu, Adam Moszyński agitował w bracławskiem. Nadciągali za to inni orendownicy złotej wolności szlacheckiej, pomiędzy nimi upragniony przez Potockiego Piotr Borzęcki, podstoli koronny. Zamierzał on w początkach 1792 roku jechać z Potockim do Petersburga, lecz dla niewiadomych powodów plany swe zmienił. Potocki podczas swej bytności nad Newą, w Elizabetgradzie i Targowicy żadnej o nim nie miał wiadomości; daremnie go poszukiwał za pośrednictwem Złotnickiego i Kachowskiego. Nareszcie w pierwszej połowie czerwca odnaleziono Borzęckiego w Czerniowcach i powołano do Tulczyna. Tyle pożądany używany będzie przez Potockiego do korespondencyi francuskiej.
W międzyczasie do Tulczyna zaczęły napływać wieści o rodzącym się oporze przeciwko najeźdźcom. Zaniepokojona tym Generalność konfederacka na Radzie w dniu 2 lipca uchwaliła wystawienie dwóch własnych pułków:

1. pieszego pod imieniem konfederacyi wolnych szefostwa Moszczyńskiego, marszałka bracławskiego;
2. lekkiej jazdy pod imieniem województwa kijowskiego, szefostwa Piotra Borzęckiego.

Potocki wyjednał sobie również pozwolenie Imperatorowej (reskrypt z dnia 2 czerwca 1792 roku) na zakup koni w cesarstwie, a od Kachowskiego otrzymał ułatwienia w zaopatrzeniu się w broń rosyjską. Fabryki tulskie dostarczyły konfederacyi na kredyt różnego oręża w cenie około 1300 rubli.

            W końcu lipca po przystąpieniu króla do konfederacji wielu postępowych oficerów i dygnitarzy podało się wtedy do dymisji i wyemigrowało z kraju. Władzę w kraju objęła teraz Generalność. Konfederaci bali się jednak urzędować w Warszawie; woleli rozkazywać narodowi z Brześcia, później zaś z Grodna gdzie przed zimą przeniesiono rezydencję Generalności. Właściwie stworzono ten rząd po trosze z marszałków i konsyliarzy narzuconych województwom pod presją rosyjskiego wojska, na które Korona i Litwa musiały dostarczać wśród niesłychanych udręczeń olbrzymich ilości prowiantu i furażu. Z tego powodu do Generalności posypały się liczne protesty. Skarżył się między innymi Borzęcki, podczaszy lubuski w imieniu wojewodziny połockiej Sosnkowskiej z powodu nakazywanych furażów i wybierania kantonistów.
Tymczasem Potocki dla wyjścia z wielu niepewności zajął się opracowaniem nowej konstytucyi. Rzecz szkicową, przetłumaczoną na język francuski przez Borzęckiego, wysłał do Petersburga z poselstwem złożonem z jego dwóch synów, tyluż Komorowskich (braci pierwszej żony), Borzęckiego, Moszczyńskiego, Suchorzewskiego i kilku oficerów wojsk konfederackich. Dołączył doń list datowany na 6 października. Potem dla wypoczynku Potocki wybrał się do hetmanowej Aleksandry z Czartoryskich Ogińskiej. Zastał w Siedlcach tłum gości, zarówno dam, jak i mężczyzn, pomiędzy innymi prymasa i podkanclerzego Chreptowicza, mających missyę skłonienia marszałka do porozumienia się i wspólnego działania z królem. Potocki unikał rozmowy z mężczyznami, gawędził z damami, głównie z Platerową, kasztelanową trocką. Po kilkudniowym pobycie w Siedlcach pojechał do Mińska czerskiego, dóbr Borzęckiego szefa pułku lekkiej jazdy kijowskiej. Stamtąd wrócił do Brześcia dla kontynuowania prac konfederackich.

            W międzyczasie Generalność obaliła większość reform ustrojowych i zlikwidowała niektóre urzędy państwowe. W Warszawie po skasowaniu Komisyi Wojskowej i Policyi, zawieszeniu wszystkich sądów nad spokojem czuwali czterej delegowani konfederacyi generalnej koronnej. Mieli oni na swe usługi, pomijając wojska rosyjskie, garnizon warszawski pod komendą Ożarowskiego i zarząd municypialny. Pod okiem tych władz poczęło się w stolicy ujawniać wrzenie skierowane przeciw najeźdźcom. Poczęto również urządzać polowania na konfederatów. Majora kawaleryi konfederackiej Dembińskiego zelżono i zmuszono do zdjęcia znaków oficerskich. Dotkliwsza przygoda spotkała szefa Borzęckiego i Brygadyera Suchorzewskiego, którzy pod koniec października odwiedzili Warszawę i byli przez Ożarowskiego prezentowani królowi. Jacyś ludzie przebrani za kozaków, Borzęckiego, wracającego nocą z pałacu kanclerza Małachowskiego, na ulicy Wierzbowskiej ściągneli z konia i obili batogami. Nazajutrz rozrzucano następujący wiersz.

Ulica Wierzbowa w Warszawie. Pocztówka z około 1910 roku.
(Vertriebsgesellschaft deutscher Buchhändler Berlin NW. 7).

NA POCHWAŁĘ EGZEKUTORÓW PRZEZNACZONEJ BORZĘCKIEMU NAGRODY

Za zdradę Ziomków za Urzędy Wojskowe
Sto dano w jedną, Sto w drugą połowę
O ty Wierzbowa ulico szczęśliwa!
Gdzie szef swą pierwszą Rewiję odbywa
Ja Cię przenoszę Czczę nad Jasną Górę
Bo na twym bruku Zbrodnia bierze w skórę
Niechże obficiej spłynie twój dar słodki
Na wszystkie Zdrajcy, na wszystkie wyrodki
A ja ci napis wyryję na stali
święta Ulica gdzie Bat w skórę wali.

Później nieco oćwiczono Suchorzewskiego. Szukano również zwady z oficerami rosyjskimi, znieważano ich w miejscach publicznych. Kachowski za pośrednictwem barona Brühla nalegał na Generalność konfederacką o przedsięwzięcie środków ku uspokojeniu umysłów. Prosił i króla, żeby zapobiegał ze swej strony szerzeniu się szkodliwych wiadomości i podburzaniu opinii przeciwko wojsku Imperatorowej. W odpowiedzi Potocki, stwierdził że najskuteczniejszym środkiem na uspokojenie Warszawy było by osadzenie w niej Generalności konfederackiej. W złudzeniu, że mu dwór petersburski pozwoli przenieść się do stolicy, zamierzał wysłać do niej przodem Złotnickiego. Ten jednak, zrażony przygodami Borzęckiego i Suchorzewskiego, ani myślał jechać. W tej sytuacji Generalność dla urządzenia policji wysłała do Warszawy kasztelana przemyskiego.

            Rządy Generalności nie trwały długo. Wkrótce wyszły na jaw prawdziwe zamiary Rosji nowego rozbioru Polski. Po ujawnieniu nowych planów rozbiorowych, czołowi targowiczanie opuścili kraj. Szczęsny, który już w listopadzie 1792 roku wyprawił żonę do Tulczyna, sam na razie jeszcze porządkował swoje sprawy. Ambasadora rosyjskiego Sieversa zarzucił listami (19, 25, 27 i 28 lutego 1793), w których to usprawiedliwiał postępowanie konfederacyi w czasach ostatnich, to prosił o ułatwienia w sprawach osobistych i najbliższych przyjaciół politycznych. Prosił też o awans wojskowy dla Miączyńskiego, marszałka konfederacji lubelskiej, o wstęgi niebieskie dla Borzęckiego, księcia Czetwertyńskiego i dwóch braci Chołoniewskich. Ten który mienił się obrońcą równości szlacheckiej w listach do Siversa tytułował Miączyńskiego i Borzęckiego hrabiami. Nie wstydził się wypraszać orderów i to u króla, którego zbezcześcił. Nie miał sromu wyciągać po nie ręki dla podobnych sobie gnębicieli Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Na koniec na posiedzeniu Generalności w dniu 1 marca 1793 roku przedstawił list Imperatorowej wzywający go do Petersburga. Wiadomość ta wywołała wśród zebranych duże poruszenie. Gdy jednak biskup inflancki Kossakowski zauważył, że z wyjazdu Potockiego spodziewać się należy dla kraju pomyślności, upomni się bowiem u Imperatorowej o uskutecznienie przyrzeczeń ten, który od niej samej je odbierał, wyrażono zgodę na ten wyjazd i wyznaczono deputację do ułożenia instrukcji.
W dniu 9 marca odczytano instrukcję dla Potockiego. Miał on traktować z dworem petersburskim w materyi ustanowienia takiego dla Polski rządu, który by dogadzał obu państwom sprzymierzonym, a najbardziej starać się o zachowanie bezpiecznie całości Rzeczypospolitej.

            15 marca Potocki opuścił Grodno w towarzystwie synów: Szczęsnego i Stanisława oraz konsyliarzy: Piotra Borzęckiego i Ignacego Leduchowskiego. Za miasto przeprowadziła go eskorta rosyjska i narodowa. Odbywał podróż do Petersburga wtedy, gdy kapitulowała Częstochowa, gdy Prusacy zbliżali się do bram Gdańska. Uciekał przed królem, który dążył do Grodna na zwołany przez Sieversa sejm mający zalegalizować nowy trzeci już rozbiór Rzeczypospolitej. Jadąc do Petersburga czy miał nadzieję na ocalenie całości kraju, na zabezpieczenie się od hańby i wiecznego potępienia.

? Borzęcki - podczaszy lubuski w 1792 roku.

Źródła: SMOLEŃSKI W. : Konfederacja targowicka. Kraków : Księgarnia Gebethnera i spółki, 1903.

 

 

Wiersz na przypadek Borzęckiego podstolica nocny.

Jeden z odpisów wiersza
(ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie).

[Piotr] Borzęcki. Podstolic Przystąpił do konfederacji targowickiej 1792 roku. Dowódca pułku Kozaków.

Źródła: DMOCHOWSKI F. X. : Wiersz na przypadek Borzęckiego podstolica nocny. Warszawa : 1790. Biblioteka Narodowa w Warszawie, sygn. II 6716, K. 130v-131 [Mf 32549/t-1, Mf 32550/t-2].

 

 

PAMIĘTNIKI SEWERYNA BUKARA

Z RĘKOPISU PO RAZ PIERWSZY OGŁOSZONE

W końcu 1792 roku gdy już pod zasłoną wojska rosyjskiego, rozsypali się po kraju stronnicy targowicy, Piotr Borzęcki szef regimentarzu pieszego(1), nowo przez konfederację utworzonego, znajdując się w Warszawie, miał przypadek nieprzyjemny: na ulicy Wierzbowskiej przechodzącego pochwycono i dwieście razów w tył wyliczono. Nazajutrz w mieście posłyszeć można było taki wierszyk:

Za zdradę ziomków i rangi wojskowe
Dano: sto w jedną, sto w drugą połowę
O! Ty Wierzbowska ulico szczęśliwa,
Gdzie szef swą pierwszą rewiję odbywa:
Ja cię przenoszę, czczę nad Jasną Górę
Bo na twym bruku zbrodnia bierze w skórę
Niechże obficiej spłynie twój dar słodki
Na wszystkie zdrajce, na wszystkie odrodki
A ja ci ten napis wyryję na stali:
święta ulica, gdzie bat w skórę wali
(2)

Równie nieprzyjemne wypadki spotkały kilku jeszcze targowiczan a to, którzy zbyt pochopnie podjęli decyzję przyjazdu do Warszawy (patrz także: Nowak..., przyp. red.).

Przypisy:

1.            Pułk Lekki Kijowski utworzono rozkazem konfederacji targowickiej z dnia 1 sierpnia 1792 roku łącząc dwa pułki kozackie. Szefem nowej jednostki mianowano Piotra Borzęckiego dotychczasowego szefa jednego z łączonych pułków. Jej stan osobowy wynosił 1122 ludzi. Na miejsce jej postoju wyznaczono miejscowość Nowochwastów. W 1793 roku rozkazem Imperatorowej Katarzyny II pułk ten został wcielony do armii rosyjskiej.

2.           Smoleński (Publicyści anonimowi, str. 19) przypisuje autorstwo tego wiersza Dmochowskiemu. Krążył on w kilku wersjach. Rękopis jednej z nich jest przechowywany w Bibliotece Narodowej w Warszawie, nr kat.: II 6716 (mf 32549/t-1, mf 32550/t-2), karta rękopiśmienna 130v-131.

Źródła: BUKAR S. : Pamiętniki Seweryna Bukara z rękopisu po raz pierwszy ogłoszone.  Drezno : Biblioteka pamiętników i podróży po dawnej Polsce, 1871, T. 5.

 

 

SATYRA POLITYCZNA KONFEDERACJI TARGOWICKIEJ

I SEJMU GRODZIEŃSKIEGO

            W początkach sierpnia 1792 r. zajął Pragę Kossakowski na czele dywizji wojsk rosyjskich. W połowie sierpnia nadciągnął już rdzenny generał rosyjski Kachowski, który okupował Warszawę. Pod osłoną wojsk rosyjskich Targowica rozciągnęła baczną kuratelę nad prawomyślnością publiczności polskiej, głównie oczywiście warszawskiej. Gdy się zważy, że czynniejsze i śmielsze elementy polityczne wyemigrowały z kraju już w końcu lipca, bezpośrednio po akcesie królewskim do konfederacji, zdawałoby się, że niewielką będzie miała Targowica pracę nad utrzymaniem w ryzach umysłów podbitych Polaków. Że tak jednak nie było, dowodzi cały arsenał środków policyjnych, do których zmuszona była uciec się Generalność konfederacka, aby zdusić jakieś samodzielniejsze odruchy polityczne opinji publicznej, przede wszystkim warszawskiej, którą uważano za ośrodek monarchizmu i jakobinizmu. Marszałkowie Koronny i nadworny ze sztabem assesorów rozciągnęli skrupulatną opiekę nad wszelkimi źródłami dostępu do publiczności jakichśkolwiek nieprawomyślności.
Jak to zawsze bywa w takich wypadkach, żadne represyjne środki natury policyjnej rezultatu nie dały. Mnożyły się objawy zdrowych odruchów nienawiści uciemiężonego narodu nie tyle co do najeźdźcy, ile do ukrywających się za jego plecami konfederatów targowickich. Głośnem się stało publiczne zelżenie i pobicie majora kawalerii narodowej Dembińskiego, który się niecnie wysługiwał Targowicy, głośniejszem jeszcze - czynne znieważenie filarów Targowicy: szefa Borzęckiego, brygadjera Suchorzewskiego i konsyliarza Manuzziego.
Zaczęło się od Borzęckiego. Ten podstoli koronny, znany totumfacki Potockiego, a świeżej daty z łaski Targowicy szef pułku lekkiej jazdy kijowskiej (patrz także: Bukar), pierwszy doczekał się po przybyciu do Warszawy skórobicia. Na temat jego przygody czyta się następującą wzmiankę w jednym z rękopisów współczesnych:

            „Dnia 6 novembera 1792 w Warszawie ściągnięto J.P. Borzęckiego z konia w nocy, gdy wyjeżdżał z pałacu J.P. Małachowskiego, kanclerza; kilka osób, w kozaki przebranych, oćwiczyły tego nowego szeffa, przez Konfederacyą z Targowicy kreowanego i dały mu ten panegiryk, który podrzucili Bułhakowowi, ambasadorowi rosyjskiemu:

Niech kto chce zwiedza apostołów progi,
U mnie to miejsce święte, gdzie batogi
Za zdradę ziomków i rangi wojskowe
Dano: sto w jedną, sto w drugą połowę.
O! ty Wierzbowska ulico szczęśliwa,
Gdzie szef swą pierwszą rewiją odbywa!
Ja cię przenoszę, czczę nad Jasną Górę,
Bo na twym bruku zbrodnia bierze w skórę.
Niechże obficiej spłynie twój dar słodki
Na wszystkie zdrajce, na wszystkie odrodki,
A ja ci ten napis wyryję na stali:
święta ulica, gdzie bat w skórę wali.

            Skrzywdzony na ciele i na honorze Borzęcki zameldował się nazajutrz u generała Kachowskiego ze skargą na swawolę podwładnych mu wojsk kozackich. Nie wiadomo czy generał wyprowadził z błędu szefa targowickiego. W każdym jednak razie odwiedziny musiały dojść do wiadomości opinji publicznej, skoro się ta postarała czem prędzej wyprowadzić Borzęckiego z niepewności, puszczając w obieg wierszyk następujący:

Nie narzekaj na Kozaków
Wziąłeś w dupę od Polaków

Istnieje jeszcze drugi warjant pod tytułem „Do Borzęckiego i Suchorzewskiego - nie dawaj fałszywego świadectwa”:

Próżno skarżysz Kozaków,
Próżno obwiniasz Moskali,

Boś wziął w dupę od Polaków,
Każdy ich gorliwość chwali.

Źródła: NOWAK-DŁUŻEWSKI J. : Satyra polityczna Konfederacji Targowickiej i Sejmu Grodzieńskiego. Kraków : Kasa im. Mianowskiego, 1933.

 

 

KRÓTKI RYS HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNY SIENNICY I OKOLICY

            W czasie powstania kościuszkowskiego poszczególne ziemie lub jednostki administracyjne zgłaszały akty przystąpienia do powstania. Zjazd w tej sprawie zwołany w Siennicy na dzień 1 maja 1794 r[oku] przygotowany był przez Nikodema Domańskiego i Adama Skilskiego. Na tym zebraniu według raportu A. Skilskiego:

            „Obywatele nayczulsi i naygorliwsi, osobliwie J[aśnie] W[ielmożny] Bieliński Pisarz Koronny, J[aśnie] W[ielmożny] Rudzieński Woiewoda Mazowiecki, nayuroczyściey obywatelów zachęcali, a w przytomności Komissyi Porządkowey, nayprzód niżey podpisanego komendantem obrali i tym czasem ludzi zbroinych iakich kto z obywateli mógł mieć, w komendę moią 4-go tegoż miesiąca oddali, z którymi w Garwolinie stanąwszy znalazłem porzuconą armatę, nie lawentowaną, z Mińska, z dóbr W[ielmożnego] [Piotra] Borzęckiego przez J[aśnie] W[ielmożnego] P[ana] Usarzewskiego Majora wziętą
[A. W. Generał major Ziemi Czerskiej. Przyczynek do powstania narodowego 1794 r. 1912].

Źródła: GASS B. : Krótki rys historyczno-geograficzny Siennicy i okolicy. W: W służbie Wsi i Kraju. W setną rocznicę powstania Seminarium Nauczycielskiego w Siennicy. Warszawa : Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1966..

 

 

MAŁE CO NIECO O STEFANKACH I BORZĘCKICH

Jacenty Stefanek (ok.1786–1832) przez całe życie mieszkał w Kudłowie. Ożeniony był  z wiele starszą od siebie Ewą, z domu Krulówną (ok.1778-1848). Kudłów leżał w parafii gołąbskiej. Gdzie dokładnie leżała ta wieś nie wiemy, współcześnie ta nazwa nie występuje. Jacenty i jego żona urodzili się jeszcze jako poddani króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
W gospodarstwo w Borowej wżenił się syn Jacentego, Marcin Stefanek (ok.1809-1880). Jego pierwszą żoną i matką kolejnych pokoleń Stefanków została Julianna Kopciówna z Bałtowa.
Po śmierci Julianny,  Marcin ożenił się ponownie. Druga żona, Joanna Klepkówna była z Borowej. Tak Marcin z rodziną trafił do Borowej i Stefankowie mieszkają tam do dzisiaj.
Syn Marcina, Józef Stefanek (1833-ok.1904), wprawdzie ożenił się z panną z Gołębia - Marianną Michalszczanką, ale pozostał na gospodarstwie rodzinnym w Borowej.
Jan Stefanek (1856-ok.1911) był synem Józefa. Został ożeniony z Zofią, z domu Borzęcką, panienką z pobliskiego Kośmina nad Wieprzem.

Z Borzęckimi wiąże się sporo ciekawych wydarzeń historycznych. Najstarszy zidentyfikowany przodek Zofii żył na przełomie XVIII i XIX wieku. Nazywał się Piotr Borzęcki.

„...był mężczyzną przystojnym choć ze śladami ospy, nosił się po polsku...”

Przez wiele lat pracował jako marszałek dworu księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego, generała ziem podolskich i jego żony Izabeli w Puławach. Piotr Borzęcki był dobrym gospodarzem majątku Czartoryskich.

„...dzierżył władzę nad dworem, liberią, paziami i dworzanami, surowo przestrzegał porządku i karności...”

W 1786 roku książę generał postanowił zrobić objazd ziem podolskich,  aby uzyskać odpowiednią liczbę kresek na sejm. Wezwał do siebie marszałka dworu i ustalił z nim marszrutę oraz noclegi. Borzęcki zorganizował podróż wzorowo.

„...Księstwo pojechali poszóstą karetą, za którą sunął lekki koczyk z garderobą, garderobianą, kamerdynerem i golibrodą. Adiutanci księcia: Berken, Orłowski i Niemcewicz jechali konno. Trzej sekretarze, marszałek dworu, kapelan i doktor Goltz podróżowali w karetach lub koczach. W czternastu krytych brykach, każda w siedem koni, pomalowanych pięknie, z cyframi księcia Czartoryskiego po bokach, wieziono spiżarnie i kuchnie, piwnicę i paszteciarnię, kawiarnię i wyroby cukiernicze oraz kredens. Na kozłach siedzieli furmani w żupanach, ferezjach i wysokich czapkach...”

Piotr Borzęcki dbał o autorytet swojego chlebodawcy.

„...Wszędzie gdzie wspaniały orszak przejeżdżał, budził wielką sensację. Szczególnie Murzynek Osman i nie znane w Polsce, sprowadzone aż z Carogrodu, dwugarbne wielbłądy, których było czternaście i które z powagą dźwigały namioty i kufry...”

Borzęcki był niewątpliwie człowiekiem majętnym, co potwierdzałaby zresztą  jego funkcja. Łaska pańska jednak na pstrym koniu jeździ. Po powstaniu listopadowym w 1831 roku wojska rosyjskie w ramach represji splądrowały pałac Czartoryskich w Puławach, a właściciele musieli się ewakuować. Piotr Borzęcki pomagał sędziwej księżnej Izabeli Czartoryskiej wywozić i ukrywać wyposażenie pałacu m.in. do Zamojskich do Podzamcza koło Maciejowic i do księżnej Jabłonowskiej do Kocka.
Nie wiemy na pewno, czy Piotr Borzęcki był ojcem Jakuba Borzęckiego z Grabowców Górnych koło Kocka, ale historia Piotra jest na tyle barwna, że warto ją tu przytoczyć.

Syn Jakuba, Michał Borzęcki stracił rodziców jeszcze jako chłopiec. Razem z bratem Jackiem, prawdopodobnie za namową rodziny zmarłej matki, Maryanny ze Szlendaków przenieśli się do Kośmina. Tam obydwaj chłopcy pracowali na służbie u bogatych gospodarzy. Ponieważ Michał sprawdził się jako dobry i odpowiedzialny pracownik na służbie, rodzina postanowiła zrobić z niego gospodarza. Kiedy zmarł młodo mąż Katarzyny Szlendakowej, Michał Borzęcki został wyswatany na jej drugiego męża. Młody mąż miał czym zarządzać, gospodarstwo w Kośminie było jak na tamte okolice całkiem duże, bo sześćdziesięciomorgowe (około 34ha). I tak w 1865 roku urodziła się Zosia Borzęcka, późniejsza żona Jana Stefanka.

Źródła: DSKALSKI M. : Małe co nieco o Stefankach i Borzęckich. Warszawa : Biuletyn rodzinny, 2006, Nr 8.

 

 

JESZCZE CO NIECO O BORZĘCKICH i STEFANKACH

            Michał i Katrzyna Borzęccy mieszkali w Kośminie. Powodziło im się chyba nie najgorzej. Michałostwo Borzęccy mieli co najmniej cztery córki i trzech synów. Dzieci odbierała „babka Raczyńska”, czyli miejscowa „położna”. Wszyscy się jej bali, a dzieci marły przy porodach. Z dzieci, które ocalały przy kolejnych narodzinach, każde dorosło zdrowo i założyło własną rodzinę.
Zofia Borzęcka, nasza prababcia, wyszła za mąż za Jana Stefanka i zamieszkała w Borowej. Jej siostra Agnieszka, za Mikołaja Kotlarczyka, druga siostra za Pawłowskiego, a trzecia Aleksandra za Władysława Machula w Kośminie. Brat Zofii, Ludwik został w Kośminie i ożenił się z Feliksą Machulówną, Jan przeniósł się do Witowic, tam ożenił się z Katarzyną Dzięgiel. Jan razem z teściem wybudowali w Witowicach cegielnię. Co się działo z trzecim synem, Grzegorzem, nie wiadomo.
Co roku 4 maja, na Świętego Floriana był odpust w Gołębiu. Po kościele w pobliskiej karczmie odbywały się spotkania rodziny Borzęckich, w których uczestniczyli wyłącznie mężczyźni.
Podobne odpustowe spotkania rodzinne miały miejsce 26 lipca, w odpust na świętej Anny w Końskowoli. Po mszy wszyscy jechali do położonych nieopodal Witowic. Tam przy cegielni, u Jana Borzęckiego, brata Zofii, odbywały się spotkania rodzinne. Gości było co niemiara i czas płynął w serdecznej rodzinnej atmosferze.

Gdzieś jeszcze w rodzinnej pamięci tli się opowieść Marianny Rułkowej, jak będąc dziewczynką pojechała ze swoją matką, Zofią na spotkanie rodzinne do Witowic. Działo się to w ostatnich latach XIX wieku, był piękny letni dzień, do domu rodzinnego w Witowicach przyjechała babcia małej Marysi – Katarzyna Borzęcka oraz jej liczne córki z dziećmi. Marianna wspominała ten dzień z zachwytem i radością głównie z powodu eleganckiej sukienki, pięknej pogody i zabawy w chowanego ze swoimi kuzynkami.
Tak więc Zofia, panna z Kośmina, z sześćdziesięciomorgowego gospodarstwa, wyszła za mąż za włościanina ze wsi Borowa Jana Stefanka. Gospodarstwo Jana to zaledwie osiem mórg (niecałe 4 ha), ale inni w okolicy mieli jeszcze mniej i ledwo wiązali koniec z końcem. W tamtych czasach bieda była wszechobecna. Najtrudniejszy był czas przednówka. To zapomniane już słowo oznaczało porę głodu przed nowymi zbiorami. Jeszcze w połowie XIX wieku zdarzały się masowe zgony z powodu klęski głodowej. Później dzięki rozpowszechnieniu upraw ziemniaków sprowadzonych z Ameryki zjawisko to nie było już tak częste.
Stefankowie, jak to było wówczas naturalne, mieli dużo dzieci. Podobno pierwszych siedmioro zmarło. Kiedy Zofia zaszła w ciążę po raz ósmy we wsi pojawił się znachor. Zaszedł do Stefanków i kiedy usłyszał jaki mają problem, bez wahania poradził, żeby dziecko po porodzie zanurzyć w wywarze z krowiego łba. Tak też Zofia uczyniła. Najstarszy syn Aleksander Stefanek urodził się zdrowo w 1885 roku. Następne dzieci były kąpane w wywarze i również rodziły się zdrowe. Były to: nasza babcia Marianna, Rozalia, czyli Rózia, potem był Szymon, dalej Katarzyna i najmłodszy Bronisław.
Katarzyna Borzęcka po śmierci  Michała zamieszkała u swojej córki Zofii w Borowej. Wspominana była przez Mariannę ciepło, jako osoba wesoła i godna. Marianna bardzo lubiła ze swoją babcią nosić mleko do Frigli w Iwangorodie, czyli Dęblinie. Było to osiedle oficerskich domów z czerwonej cegły zbudowane koło twierdzy. Babcia z wnuczką sprzedawały mleko i jajka żonom oficerów, a z zarobionych pieniędzy zawsze znalazło się parę kopiejek na lizaki, albo cukierki dla małej Marysi.

Matka Marianny - Zofia była kobietą pogodną, ale i stanowczą. Wiedziała czego chce i potrafiła to wyegzekwować. Mimo, że często chorowała musiała w życiu sobie radzić sama. Dzieci wychowała najlepiej jak potrafiła, starając się być kobietą postępową. Nie była typową żoną, jak na ówczesne stosunki na wsi, gdzie żona była pod każdym względem podporządkowana mężowi.
Jan Stefanek kochał konie, dbał o nie jak o własne dzieci. Szczególnie w niedzielę miał w zwyczaju starannie wyszykować zaprzęg. Kiedy przejeżdżał z fasonem przez wieś do kościoła, ziemia drżała. Był szanowanym gospodarzem, mało kto miał wówczas we wsi konie, do prac polowych używano żon i wołów. Jan Stefanek zmarł ok. 1911 roku, przyczyną śmierci był prawdopodobnie czyrak lub guz, który wyrósł mu za lewym uchem.

Michał Borzęcki, ok. 1834- zm. przed 1900 + Katarzyna Kawka, I voto Szlendak, 1830-1903 Kośmin. Dzieci: Zofia.

Zofia Borzęcka, 1865-1935 + Jan Stefanek, 1856- ok.1911, Borowa, syn Józefa i Marianny Michalskiej, zamieszkałych w Borowej. Dzieci: trzynaścioro (siedmioro zmarło przy porodzie, pierwsze które przeżyło: syn urodzony w 1887 roku).

Źródła: SKALSKI M. : Jeszcze co nieco o Borzęckich i Stefankach. Warszawa : Biuletyn rodzinny, 2006, Nr 10.

 

 

APTEKA W KRZESZOWICACH

            W roku 1824 roku przybył do Krzeszowic aptekarz, pan Andrzej Borzęcki. Był tu osobą bardzo pożądaną ponieważ w tym czasie w okolicy nie działał żaden punkt apteczny, a pobliski lazaret produkował leki tylko (tak się przynajmniej wydawało) na własne potrzeby. A że Borzęcki posiadał bardzo dobre referencje oraz listy polecające od szanowanych obywateli (stwierdzały one m. in. że ...był w Staszowie u Pana Meciszewskiego i sprawował się dobrze...”) z założeniem nowej apteki nie czyniono mu żadnych trudności. Już w dniu 18 marca 1824  roku zawarł on odpowiednią umowę z plenipotentem Skarbu Dóbr Krzeszowickich (Krzeszowice należały wtedy do hrabiego Adama Potockiego). Zgodnie z tą umową Borzęcki miał przez sześć lat zapewnione bezpłatne mieszkanie. Po upływie tego okresu miał jednak sam płacić czynsz dzierżawny lub na własny koszt przenieść aptekę do innego budynku. Skarb Dóbr Krzeszowickich zobowiązał się również udzielić Borzęckiemu na okres 4 lat, bezprocentowej pożyczki w wysokości 4000 zł. p., spłacanej rocznymi ratami od momentu zainwestowania całej kwoty w rozwój apteki. Dalej umowa głosiła:

             „...że wszystkie leki brane będą w aptece P. Borzęckiego wg. taryfy ustalonej przez Rząd [Wolnego Miasta Krakowa] po potrąceniu 10% na rzecz Skarbu Krzeszowickiego za dzierżawę apteki.

Ponadto Skarb Dóbr Krzeszowickich zobowiązał się dostarczać bezpłatnie do apteki wszystkie możliwe do zebrania na terenie dóbr zioła. Ziół tych po odpowiednim wysuszeniu i spreparowaniu  miał używać Borzęcki do produkcji lekarstw jednak nie mógł za nie policzyć więcej niż 1/3 ich wartości ustalonej według obowiązującej taksy.
Borzęcki ze swojej strony zobowiązał się że zadba o to aby prowadzona przez niego Apteka świadczyła usługi na odpowiednim poziomie. Wykorzystywane przez siebie budynki miał utrzymywać w dobrym stanie, czystości i porządku a wszelkich remontów i napraw (z wyjątkiem dachów, o które nadal miał dbać Skarb Dóbr Krzeszowickich) dokonywać na własny koszt. Zobowiązał się również opłacać wszystkie podatki, z wyjątkiem podatku gruntowego.
Umowa ta miała obowiązywać przez następnych 12 lat licząc od dnia lipca 1824 roku. Od początku jednak nie była przestrzegana i to przez obie strony. Już 1832 r. Borzęcki skarżył się, że ma poważną konkurencję w osobie Mireckiego, prowizora tutejszego lazaretu.

            „... prowizor chirurg P. Mirecki wydaje leki nie tylko chorym leczącym się w lazarecie, ale ekspediuje leki poza jego obręb wieśniakom i niektórym oficjalistom dworskim...

W ciągu czterech lat Borzęcki miał ponieść z tego tytułu straty w ogólnej kwocie 5000 zł. p. i dlatego nie był już w stanie spłacać udzielonej mu przez Skarb Dóbr Krzeszowickich pożyczki. W odpowiedzi Skarb Dóbr Krzeszowickich zarzucił Borzęckiemu, że wydaje leki po zawyżonej cenie i zagroził zerwaniem umowy. Groźba widocznie poskutkowała bo wkrótce zawarto ugodę w której Borzęcki zobowiązał się do sprzedaży leków tylko po cenie zgodnej z aktualnie obowiązującą urzędową taryfą. Obiecał również że od tej pory na każdej przyjętej do realizacji recepcie będzie umieszczał cenę za jaką sprzedał dany lek.
Ugoda ta nie rozwiązywała jednak problemu konkurencji ze strony prowizora Mireckiego. Ten zaś dzięki cichemu poparciu oficjalistów dworskich coraz bardziej rozszerzał swoją działalność. Świadczą o tym m.in. zapisy z 1847 roku według których apteka lazaretowa realizowała rocznie 7000 do 8000 recept a apteka Borzęckiego tylko 1500 do 2000.  Narastający konflikt stał się bezpośrednią przyczyną skargi sądowej złożonej przez Borzęckiego przeciwko Zofii Potockiej i jej synowi Adamowi. Oficjalnie jednak jako powód swojej skargi Borzęcki podał to, że hrabstwo nie dostarczało mu obiecanych w umowie ziół. Wyrok w tej sprawie zapadł dopiero 13 stycznia 1855 roku. Trybunał Wielkiego Księstwa Krakowskiego rozstrzygnął spór na niekorzyść Andrzeja Borzęckiego uznając jego skargę za niegodną napaść na hr. Zofię Potocką i hr. Adama, a sposób prowadzenia przez niego apteki za zawodzący nadzieje, potrzeby i wygody całej okolicy. Wkrótce potem Mirecki otrzymał oficjalną zgodę na przeniesienie apteki lazaretowej do Krzeszowic.

Źródła: KLICH S. : Apteka w Krzeszowicach. Ziemia Krzeszowicka, 2004, Nr 2 marzec-kwiecień (50).

 

 

KILKA LAT MŁODOŚCI MOJEJ W WILNIE (1818-1825)

Generał Chackiewicz(1) był człowiekiem u którego wytworność, hojność, grzeczność, wspaniałość wielkiego pana łączyły się z cynizmem brutala, a najwyższa drażliwość miłości własnej z abnegacją honoru. Ten geniusz swawolników i psotników, otoczony nimbem przychylności, miłości i szacunku stał się ulubieńcem salonów całej Europy. Każde jego słowo iskrzyło się dowcipem, każdy gest figlem i konceptem.
            Człowiek ten mieszkając w ostatnich latach w dobrach swoich na Wołyniu, noszony na rękach od Potockich, Moszyńskich, Świejkowskich miał to nieszczęście że graniczył z niejaką starą panną Honoratą Borzęcką, bogatą, wielkich familijnych stosunków osobą, ale dumną i kłótliwą. Ciągle były spory i sprawy o las i granice aż to na koniec do żywego Chackiewiczowi dojadło. Przez zwykłą swawolną zemstę podał tedy do ministra denuncjację, że panna Borzęcka co rok sekretnie po jednym, a może i po więcej poddanych J.C. Mci. za granicę wywozi i tam zostawia. że nawet za to nie ręczy, że to nie byli rekruci.
            Zrobiło to hałas, komisję, śledztwo. Wiadomo było od dawna, wszystkim że Borzęcka co rok wyjeżdżała za granicę. Komisja zebrała się. Chackiewicz z dowodami stanął. Te były takie że panna Borzęcka co rok na sekretny poług wyjeżdża do Austrji i tam dziecko swoje zostawia. A ponieważ składa i na to dowody, że ojcowie tych dzieci bywali z takiego stanu, z którego oddają ludzi do rekrutów przeto on ręczyć nie może, żeby ta pani i rekruta tym sposobem kiedy nie wywiozła. Żart to był piekielny. Ale już się była gwiazda Chackiewicza zgasła. To co by mu dawniej poszło na korzyść dziś i przez komisję śledczą za zuchwałość i lekceważenie ministra i przez familię Borzęckich, silną i bogatą za śmiertelną obrazę poczytane zostało.
            Ponadto wzajemnie na niego wiele słów i mów politycznych podano i jako wielce dla rządu niebezpiecznego wskazano. Przy forsie wszystkich krewnych Borzęckiej, Chackiewicza wywieziono do Wiatki gdzie w nudzie, bezczynności i niewygodzie na koniec życie położył.

1. Ignacy Chackiewicz (Chodźkiewicz, Hadzkiewicz) (ok. 1760-1825), generał policji republiki Neapolu, zasłynął z awantur, pijaństwa, szulerstwa i intryganctwa. około 1823 roku osiadł jako rezydent S. Potockiego w Tulczynie. Za szulercze ogrywanie m. in. wysokich rosyjskich urzędników aresztowany i zesłany do Wiatki, gdzie się rozpił i zmarł w nędzy.
Źródła: JUDYCKI Z. A. : Pod obcymi sztandarami. Generałowie polskiego pochodzenia w siłach zbrojnych państw obcych. Warszawa : Fundacja Polona Semper Fidelis, Muzeum Niepodległości w Warszawie, 2016.

Źródła: MORAWSKI S. : Kilka lat młodości mojej w Wilnie (1818-1825). Warszawa : Instytut Wydawniczy Biblioteka Polska, 1924.

 

 

PAMIĘTNIK SANDOMIERSKI

            Prywatna Litografia [szkoła drukarstwa w Kielcach] w 1828 roku ustała; teraz urządza nową Stanisław Borzęcki professor przy szkole woiewódzkiey Oprócz szkoły woiewódzkiey są ieszcze szkoła elementarna płci oboiey, i niedzielno-rzemieślnicza, pod kierunkiem Stanisława Borzęckiego professora.

Źródła: Pamiętnik Sandomierski. T. 1. Warszawa : 1829.

 

 

PUŁK 4-TY 1830-1831

Dybicz po przejściu na lewy brzeg Bugu ruszył siłą dwudziestu batalionów, sześciu szwadronów i całą prawie artylerią korpusu. 17 lutego jak świt posunął się ku Dobremu. Tutaj Skrzynecki rozłożył swoją dywizję. Okrakiem na trakcie zostawił pierwszy batalion 4-go pułku piechoty liniowej, obok na wzgórzach cztery działa Rylskiego, na lewo od Dobrego wzdłuż strumienia drugi batalion 4-go pułku do którego w odwrocie miał spłynąć pierwszy batalion 3-go pułku piechoty liniowej z Makowca podpułkownika Dąbrowskiego. Skrzydłem tym dowodził Bogusławski.

17 lutego o godzinie 7 rano rozpoczął się bój. Batalion Dąbrowskiego przez godzinę bronił grobli pod Makowcem, a następnie cofnął się na Bogusławskiego. W ślad za nim pokazały się tyraliery moskiewskie. Była to piechota 6-go korpusu. Bogusławski odparł wszystkie ataki przez trzy godziny uniemożliwiając rozwinięcie się dywizjom moskiewskim. Skoro wreszcie prawe skrzydło nieprzyjaciela zbliżyło się ukosem do dwóch naszych lewoskrzydłowych batalionów Bogusławski rozkazał dwóm naszym zmianom tyralierów mającym resztę drugiego batalionu w rezerwie otworzyć ogień i rzucić się z bagnetem pochylonym na kolumny moskiewskie. Szturm tem wiedziony przez kapitana Borzęckiego rozproszył mgnieniem błyskawicy chmary jegrów moskiewskich, usłał trupem pole i zapędził w las prawe skrzydło nieprzyjaciela. Około godziny 3 po południu wojska nasze spokojnie wycofały się ku Stanisławowi. Tak się zakończyła pamiętna rozprawa w której sześć batalionów dzielnej piechoty odpierało przez cały dzień połowę korpusu Rosena a drugiej połowie pokazać się nie pozwoliło.

Dnia 7 września moskale zdobywając Wolę musieli się na oślep przebijać na wskroś Czystego ku obu rogatkom Jerozolimskiej i Wolskiej. Na prawo za barkany 24-ty i 26-ty ściągnięto w nocy spod Parysowa dwa bataliony 4-go płku piechoty liniowej, Borzeckiego i  Święcickiego. Za rezerwę służył im jeden tylko batalion pierwszy strzelców, obwarowany murem cmentarza ewangelickiego. Z rana 120 dział największego wagomiaru polowego spromieniło się na 21-szy i 22-gi szańczyk, a najzawzięciej na 23-ci dwubarkan, mieląc na proch przedpiersia i ich załogi, a w tyle uszkadzając zabudowania folwarczne i przedmieście Czystego aż po Wolską rogatkę. Po przygotowaniu artyleryjskim ruszyła piechota. Zawzięta walka trwała już w Czystem i na wzgórzach wiatrakowych gdy na prawo o wiorstę, pełne jeszcze dwa bataliony Borzęckiego i Święcickiego pod ręką Majewskiego zuchwale stawiły czoła całej dywizji Brüggena. Borzęcki choć przyjęty kartaczowym ogniem dwóch baterii konnych, dociera przez ten grad do 1-go pułku karabinierów i zrazu bagnetem go spędza na grenadierów suworoskich; jednakże przyskrzydlony samym wygięciem takiej masy, musi się cofać wymijając przybyły mu na odsiecz batalion Święcickiego. Tak szczeblując kilka razy i zasłaniając, wzajemnie ogniem w tył, oba bataliony wśród pożaru wiatraków, w tym podobnie stoicznym, jak pod Grochowem na tempa markowanym odwrocie, chociaż co krok zagradzanym walącymi się w płomieniach połaciami wiatraków, oparły się o 24-ty dwubarkan ale tylko prawobocznie bo od lewego atak moskiewski zachodzi im od tyłu.
Brüggen obsadziwszy szaniec 23-ci uderzył na szaniec 24-ty. O ten barkan były oparte prawym ramieniem dwa bataliony 4-go pułku: Święcickiego na lewo i Borzęckiego na prawo. Choć dwa na przeciw czterem karabinierskim, ale bez ustąpienia na krok, pewną siebie palbą odparły oba kilka razy dla ulgi przewijające się pułki moskiewskie. Dopiero kiedy Brüggen ściągnął na pomoc brygadę grenadierską, tą zaszedł naszym lewe skrzydło, Święcicki wzięty w siatkowy wszystko zmiatający ogień, musiał się śpiesznie cofać, aż przyparty został do obmurowania cmentarnego. Wtedy i Borzęcki odkryty od lewego nie tylko się z kolei dostał w krzyżowy ogień grenadierów z karabinierskimi, lecz już i od prawego z tegoż szańca nie miał obrony, bo Brüggen wezwał Chiłkowa do wysunięcia dwóch swoich baterii konnych przed Cegielnię, ażeby pomimo przeszkód ponoszonych od ostatnich zawrotów naszej artylerii polowej, z bocznego tyłu przemiatały nagi przedział między 24-tym barkanem a umocnionym cmentarzem. Nie było co obu naszym batalionom jak schronić się póki czas za obmurowaniem cmentarnym i tam przysposobić do wytrzymania boju ostatniej potęgi.

Za wielką prostokątną wklęsłością obmurowania cmentarnego czaiły się z Bobińskim i Szmudem dwa bataliony 1-go pułku strzelców, które Majewski chował sobie na ostateczną odsiecz. Stąd wypada nagle Bobiński pułbatalionami na prawe żebro nacierających grenadierów. W tym też usadowione bataliony Borzęckiego i Święcickiego za strzelnicami naczelnego muru cmentarza, przedłużają front naszego ognia na prawo aż za wnętrze straconego barkanu, a chociaż palba ręczna z tej odległości zaledwie doniosła, brygada karabinierska, z kolei oskrzydlona przez Bobińskiego, wyniosła się z szańca i zakryła jego wałem.
Z rozległego cmentarza bez żadnych rowów ni nasypów zaimprowizowana warownia, zajmowała równą całemu ostrogowi Wolskiemu powierzchnię, a składała się z czterech zagród chowających się od lewego ku prawemu jedna za drugą w szachownicę, tak, że za tym ukosem obmurowania było zakryte miejsce dla kilku batalionów swobodnej rezerwy. Tam też podając lewicę usuwającej się od lewego brygadzie Węgierskiego, zaczaiły się dwa bataliony 1-go pułku strzelców wewnętrznie strzelnicową obronę murów pozostawiając dwu batalionom 4-go pułku piechoty liniowej.

Na rozkaz trzeciego szturmu, Pahlen dowodzący osobiście na tym skrzydle ledwie wypoczętą dywizję Brüggena wyprowadził zza 24-go barkanu i rzucił na ten nowy szkopół; za nim zaś cisnął ostatni wycisk czterech pułków staro i nowo indyjskiego, wielkołuckiego i Kutuzowa. Naczelna z tych czterech brygad karabinierska, poprzedzona saperami dźwigającymi faszyny do piętrzenia schodów i drabinki, spiesznie postąpiła dwójkami batalionów o strzał karabinowy od zachodniego i północnego muru. Jakoż 2-gi pułk karabinierów przystąpił do eskalowania narożnika północnego (przy pomocy drabin), lecz tu prócz ukośnie strzelnicowego ognia z frontu, powitały go na krzyż kartaczami dwa nasze działa wałowe z barki 26-go barkanu i flankowa fizyliada z wystającej na północ ściany obmurowania kościelnego. Trzeba było koniecznie zwalić mur artylerią. Ale Pahlen daremnie się upominał o pozycyjną na tym skrzydle. Nie pozostało jak zaproponować artylerii Chiłkowa, który ze swoją jazdą skrajnie stanął na wysokości 24-go barkanu, podczas gdy przeciw ordynarnemu murowi osłabionemu strzelnicami i sześciofuntowe pociski dużo mogły. Ale na przeszkodzie stał las wiatraków, który gorzał na wszystkich pagórkach. Nareszcie dwie baterie, które się przecisnęły, jedna spod 24-go barkanu a druga ze wzgórza wzięły północno-zachodni narożnik w kleszcze. Ile że z bardzo krótkiej odległości, udało się w końcu wywalić narożnik i szczerbę tę oczyścić kartaczami. Po ósmej wieczorem czoło brygady grenadierskiej, ściągnięte na przeciw wyłomu, dostaje się w środek, ale z niezmiernie krwawym zawodem, bo tę zagrodę zastało opróżnioną, a zamiast z bagnetami spotkało się z siatkowym gradem zagród pobocznych, w gorejącym krzaku krzyżów drewnianych. W jednej z pozostałych nam zagród, osadził się batalion Borzęckiego z nieprzepartym długo czuciem do zabudowań narożnikowych. Drugi Święcickiego w środkowej, z ubezpieczonym odwrotem do czwartej tylnej a największej, która obejmowała kościół i prochownię. Mimo otwartego do jednej zagrody wyłomu 4-ty pułk bronił się zajadle z dwóch drugich, dopóki dogorywający pożar wiatraków sprzątnął baterii sześciu jednorogów na pagórkach dobrze do celu przymierzone stanowisko, z którego wnętrza zagród obrzuciła granatami wtórującymi kartaczom artylerii Chiłkowa. żeby wiernie do nogi nie wyginąć w tej krzyżownicy, batalion Borzęckiego z kompanią Krzystopolskiego musiały się nareszcie cofnąć do zagrody Święcickiego, a batalion tegoż do obwodu kościelnego. Po stronie Moskwy brygada grenadierska podszyta trwalszymi oddziałami liniowymi (z pułków Kutuzowa i wielkołuckiego) wylała się po dwu zagrodach naczelnych kłując się i młócąc na zabój przez niski murek z wiarą Borzęckiego, ale ku naszej uldze maskując zarazem i baterię jednorogową i roje kartaczów przez wyłom północny co przez jakiś czas ścieśniło bój do siecznej szermierki. Za to szczerba wybita w wystawie obwodu kościelnego, cały ten obwód na rozdłóż otworzyła kartaczom moskiewskim. Dwa razy pomieszane kupy grenadierskie z liniowymi usiłowały dostać się do tego schronu przez uprzątaną kartaczami szczerbę, ale nie było do niej przystępu, jak wielce morderczego pod strzelnicowym murem zagrody uporczywie bronionej przez Borzęckiego.
Opieranie się Borzęckiego i Święcickiego w dwóch tylnych zagrodach cmentarza, nie wynikało tylko z zajadłej rozpaczy. Albowiem odwrotowi groziło zatkanie w kącie wału i cmentarnego muru. Osobliwym szczęściem, że Bogusławski z natężoną przytomnością po omacku zawadliwymi ogrodami wiodący cały ten flankowy przemarsz z przedmieścia Czystego na cmentarz, wcześnie się opatrzył i Federowiczowi posłał był rozkaz zwalenia obu murów dotykających wału na szerokość frontu plutonu, Borzęckiemu zaś i Święcickiemu bronienia się do upadłego w gruzach cmentarza, dopóki Węgierski i Bobiński całkiem za ich plecami nie przedefilują przez ten otwór.
Najcięższą miał teraz przeprawę Bobiński poza murem cmentarza w naczelnej połowie opanowanego przez grenadierską brygadę dywizji Brüggena. Bogusławski cwałem biegnie do Borzęckiego i temu z tylnych wrót swoim narzeczem wrzeszczy:
            „Do miliona set diabłów! Żeby na złamanie karku, wymieć mi pan bagnetem ten cmentarz!
Wiara za Borzęckim i Krzysztoporskim przeskakuje przepierzenie i póty po obu naczelnych zagrodach ugania się za Moskwą, póki oba bataliony strzelców ubezpieczone tym roztargnieniem nie przesunęły się w milczącym biegu do saperskiej rozpadliny schronu. Pogoń karabinierów lękających się nocnej zasadzki w tym ostrym zakręcie naszych fortyfikacji, zatrzymała się pod pierwszą zagrodą; ale jak teraz naszemu batalionowi zatopionemu w walkach z Moskwą zeń wydostać? Święcicki daremnie usiłuje przepchnąć się Borzęckimu na odsiecz przez ciasną bramę schronu, bo w wirze siecznej walki opuszczona przez Borzęckiego zagroda natychmiast się zapełniła nieprzyjacielem, a brama do niej już przestrzeliwana dośrodkowym ogniem. Nie było co tylko bramę co żywo zatarasować, a pilnować się na wystającej szczerbie. Tym mniej Borzęckiemu myśleć o przebiciu się na powrót do święcickiego.
            - Zbór na wyłomie! woła pułkownik.
            - Zbór na wyłomie - powtarzają oficerowie i żołnierze.
Z utratą w takich opałach nawyknienia, fechtmistrze zbiegają się do adiutanta pułkowego i za sobą całemu batalionowi przez ów północno-narożnikowy wyłom tym gładziej torując ujście, że się nań Moskwa wcale już nie oglądała. Tym niespodziewanym upustem na 600 od trzech godzin walczących, 450 przedarło się przez osłupiałe kupy pułku Kutuzowa, lewym ramieniam w koło do szczerby schronu.
O godzinie wpół do jedenastej, na prawo Wolskiej rogatki, wiorstowy pas opłotków przyrogowych w których walczyli nasi od zmieszchu i obwód kościoła cmentarnego leżącego tuż pod dominującym ogniem wału, był niedostępny dla nieprzyjaciela. Wyjąwszy pierwszej brygady nieprzyjacielskiej wysuniętej nieco pod osłoną cmentarza, reszta korpusu Pahlena zabrała się do nocnego koczowania o dwieście sążni od naszego wału, wzdłuż drogi wiodącej od przedmieścia Czystego do Powązek.

Przed godziną 11 w nocy wydał Krukowiecki rozkaz ażeby wojsko nasze odstąpiło od wałów miejskich i cofnęło się w głąb miasta. Czwarty pułk piechoty liniowej niezwyciężony przeszedł z innymi oddziałami na Pragę, na prawy brzeg Wisły.

Ludwik Mierosławski

             Już po upadku powstania, w dniu 22 września 1831 roku podpułkownik Józef Borzęcki mianowany został dowódcą 4-go pułku piechoty liniowej na czele którego w dniu 5 października 1831 roku przeszedł do Prus wraz z armią Rybińskiego.

Źródła: RZEPECKI K. : Pułk 4-ty 1830-1831. Poznań : Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego, 1923.

 

 

MOJE WSPOMNIENIA 1849-1912

            Zawadówka była siedzibą babki mojej, Anny z Borzęckich Lipkowskiej. Osierocone rodzeństwo Borzęckich składali: Anna, Wincenta i Józef. Babka moja w roku 1796 wyszła za mąż za dziada mego, Józefa Lipkowskiego (ur.1769, zm. 1812), porucznika kawaleryi narodowej, następnie chorążego powiatu hajsyńskiego.
Józef Borzęcki, kawaler, dzielny i wielce popularny, zginął w bitwie pod Majdanem w roku 1831. Bohaterską śmierć tego zacnego starca-patryoty pięknie opisał w swych pamiętnikach naoczny świadek, ks. Aleksander Jełowiecki. Blizka krewna Borzęckich, Brygida Kadłubska wykonała nader udany portret Józefa Borzęckiego, który przechowuję w swych zbiorach.

Józef Borzęcki
(obraz autorstwa Brygidy Kadłubskiej).

Przy babce mieszkała siostra Wincenta, niezamężna, osoba inteligentna i wykształcona; jej obszerna korespondencya z Tadeuszem Czackim w kwestiach oświatowych zaginęła.
Babka Anna, osoba wielkiej powagi i zacności, owdowiawszy w roku 1812, została opiekunką dwóch synów: Henryka i Leona i ich pięknego majątku, składającego się ze wsi Zawadówki, Krasnosiółki i Chramówki, położonych nad Bohem; zarządzała majątkiem i prowadziła gospodarstwo sama, udając się o radę do ludzi doświadczonych w kwestyach administracyjnych i gospodarczych. Synów pod opieką ich mentora Michała Mikulicza umieściła w szkołach winnickich. Szkoły te, świetnie prowadzone pod wpływem kuratora ks. Adama Czartoryskiego, znakomicie się rozwijały i dały krajowi wielu światłych i zacnych obywateli. Po dojściu do pełnoletności Henryka i Leona babka oddała im majątek. Synowie powróciwszy z powiatu po dokonaniu formalności, przywieźli akt, przyznający matce dożywocie na całym majątku. Jako świadkowie podpisani byli na tym dokumencie: Michał Mikulicz i Piotr Moszyński, przyjaciel i rówieśnik mego ojca Henryka. Babka była bardzo wzruszona tym dowodem serca synów, lecz dożywocia nie przyjęła, zachowując sobie tylko dwór w Zawadówce i pewną rentę dożywotnią.
            W 1818 roku zmarł w Karlsbadzie bratanek dziada mego Jan Lipkowski, który posiadając znaczny spadek po rodzicach, uważany był za człowieka zamożnego i takim był w istocie. Babka moja, jako opiekunka jego sukcesorów, a swoich synów, dała pełnomocnictwo na poszukiwanie spadku w Odesie, gdzie okazało się że sukcesya składała się z willi nad morzem, pięknie urządzonej, obfitującej w cenne meble i bronzy. Sama zaś z synami wyruszyła w roku 1820 przez Drezno do Karlsbadu. Podróż tę odbywano naturalnie własnymi końmi, powozem krytym i bryką pod rzeczy i dla służby. Wyjazd ten jednak nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. W Karlsbadzie władze miejscowe doręczyły mej babce, jako całą pozostałość po nieboszczyku, bardzo piękną machoniową, w mosiądz okutą szkatułkę, lecz opróżnioną z dokumentów, notat a nawet korespondencyi.
Babka była bardzo przywiązana do mego ojca i wysoko ceniła moją matkę, nas wnuków zaś szczerze kochała. Zachowała też tkliwą pamięć o pierwszej żonie syna swego Leona, Krystynie Mańkowskiej z domu i pokazując nam jej portret rozrzewniała się. Odwiedzaliśmy często naszą babkę w Zawadówce, odległej o pięć wiorst od Krasnosiółki; zawsze była nam bardzo rada, jak również i jej siostra babka Wincenta, która pisywała udane wiersze, między innymi napisała sympatyczny wierszyk z okazji otrzymania wizerunku swego ulubionego pieska, namalowanego przez swoją kuzynkę Brygidę Kadłubską.

 DO PORTRETU PIESKA
NAMALOWANEGO PRZEZ BRYGIDĘ KADŁUBSKĄ

Przyjacielu mój wierny, ty mnie uczysz cenić
Cnotę, którą dziedziczysz, a którą odmienić
Nic nie zdoła, ni nędza, ni żadne cierpienie,
Za jedno pogłaskanie, jedno pożywienie.

Ty mi troski osładzasz, radość moją czujesz,
Towarzyszysz mi wszędzie, wiernie mnie pilnujesz,
Przenikasz myśli moje, z oczów moich czytasz
Rozkazy, te z radością i zapałem chwytasz.

Ty moje oddalenie tęsknotą opłacasz,
Wszystkie kroki me śledzisz, ze smutkiem powracasz,
W ciemnym kącie dla siebie wybierasz schronienie,
Czuwasz, drżysz i wybiegasz na każde skinienie.

O, jakież powitanie duszy się udziela -
Ten tylko czuć to może, kto ma przyjaciela.
Przedziera się przez tłumy, wspiera się na szyję,
Skacze, liże me ręce i z radości wyje.

O przykładzie dobroci, obrazie wdzięczności
Czemuż ty serc nie przyjmiesz oddanych dzikości,
Co pod maską przyjaźni, jad trucizny kryją
Chytrość, zazdrość, obłudę i dla zemsty żyją.

Żyj, psie wierny, twe cnoty w pamięci zachowam -
Ciebie w późnej starości pilnością dochowam,
 A gdy mi cię wydrze, pokryje mogiła -
W rysach, w których tak żywo twój obraz oddany
Uwieczniła cię ręka Brygidy kochanej.

            Z Zawadówki wywoziliśmy zawsze jak najmilsze wrażenia z tych odwiedzin. Przyjeżdżała też Pani Chorążyna, bo tak lubiła babka aby ją tytułować, z siostrą do Krasnosiółki na kilkudniowy pobyt, co dla nas dzieci prawdziwą było radością. Babka zmarła w roku 1851, przeżywszy lat 80, błogosławiąc nas wszystkich i pozostawiając głęboki żal w całej rodzinie. Wincenta żyła jeszcze w 1842 roku o czym świadczy jej list datowany w Sinicy, 23 stycznia tego roku.

Źródła: LIPKOWSKI L. : Moje wspomnienia 1849-1912. Kraków : 1913.

 

 

MOJE WSPOMNIENIA 1804 – 1831 – 1838

Ofiara mszy świętej, wzbudza tajemnicze poszanowanie i w tych nawet, co jej dobrze nie rozumieją: pierwszy raz służąc do mszy, byłem mocno wzruszony, uczestnictwo do tej świętej ofiary przejmowało mię niepojętym uczuciem, które mię nad dziecko wynosiło; była to jedna ze stanowczych chwil w życiu mojem.

Po mszy Józef Borzęcki, mieszkający wówczas w domu moich rodziców, dał mi w nagrodę bardzo piękne i doskonałe jabłko, a tak pamiętam urodę i smak tego jabłka, jakbym jadł je w tej chwili. Ten pan Józef był wujem młodych Lipkowskich (syn Ignacego i Marjanny z Kadłubskich, brat Anny z Borzęckich Józefowej Lipkowskiej), sąsiadów i rówieśników, później towarzyszy szkolnych i przyjaciół naszych; poważny już wiekiem, był siły i czerstwości niesłychanej, miły w towarzystwie, doskonały myśliwy, wesół zawsze i krotofilny, uprzyjemniał nam bardzo rozmaitemi figlami wiek dzieciństwa naszego, a później młodości naszej. - On nas sadzał na konie, on sam nabijał Krócice, on nas uczył skakać i biegać, on nas na ręku często wszystkich trzech przynosił śpiących od znużenia długą przechadzką po górach i skałach, on mi otworzył nożyk, który mi usta przymknął, on mi wyjął kindżał, którym się do ziemi przybiłem; czemuż zawdzięczając mu tej przychylności nie dostało mi się odbić moskiewskich grotów, co ugodziły w pierś jego, gdy we dwadzieścia lat później obok mnie zginął śmiercią bohatera, i tym przykładem zapieczętował nauki, które nam od dzieciństwa dawał życiem poczciwem a Bogu i ludziom miłem.

           W końcu listopada 1830 roku zjawiła się u nas cholera, a że myślano, że jest zaraźliwa, zaczęto pić miętę i ocepiać wsie, gdzie się ta słabość objawiła; trwoga morowa zaszumiała w powietrzu i choć niedługo, ale był strach wielki. W Zawadówce u Leona Lipkowskiego była cholera; szanowana jego matka Anna z Borzęckich w strachu i pan Leon w strachu; wujaszek ukraiński, Józef Borzęcki, już chce się wynosić ze wsi do swojej pasieki, choć pszczoły dawno śpią w stebniku i nieprędko wstaną. Przyjeżdżam do Zawadówki z puzderkiem Le Roy, leczyć cholerę; a w parę godzin pędzi goniec, i na przewozie opowiada koniuszemu o tem, co się stało w nocy 29 listopada w Warszawie. Koniuszy zadyszany przylatuje do dworu, wywołuje swego pana: za parę minut wpada pan zaperzony: Powstanie w Warszawie! Na te słowa taki nas ogień przeniknął, jakbyśmy tam byli. Porwaliśmy się od stołu jakby na koń siadać; a jak kiedy kto matkę od lat wielu niewidzianą, nie wie jakim słowem powitać, a rzuca się w jej objęcia i płacze; tak i my zaczęliśmy się serdecznie ściskać; łza radości błyszczała w oku, a piersi zawrzały ogniem wojny.

Z końcem kwietnia 1831 roku zebraliśmy się w Krasnosiółce majętności Lipkowskich. Było nas tam około 1000 jazdy i kilkaset piechoty. Dzięki staraniom okolicznych obywatelów, a w szczególności Sobańskich, Jełowieckich i Rzewuskiego mieliśmy kilka armatek i kasę dobrze zaopatrzoną. Dnia 5 maja obraliśmy naczelnika powstania. Został nim siedemdziesięcioletni już wtedy Benedykt Kołyszko. Mimo wieku mówiła o nim wojenna sława, przyjaźń Kościuszki i odbywane szczęśliwie boje pod jego dowództwem, a na koniec miłość bez granic do ojczyzny. Dnia 7 maja zaprzysięgliśmy wierność Ojczyźnie i posłuszeństwo naczelnikowi Kołyszce; 11 maja wyruszyliśmy kierunku Granowa. Na noc zatrzymaliśmy się pod wsią Ziatkowice; 12 maja w Granowie doszły nowe oddziały Włodzimierza Potockiego z Daszowa i Jana Zapolskiego z Humańszczyzny. Nasze siły powiększyły się do około 3000 zbrojnych. Podzieliliśmy je na 17 szwadronów zwanych pułkami gdyż miano je dopełniać nowo formującymi się oddziałami.

Pod wsią Gródkiem, na pół drogi z Granowa do Daszowa jenerał rozkazawszy, aby wojsko dążyło wprost do Daszowa, udał się ze mną na prawo przez inne wioski dla rozpoznawania położenia z tej strony. Objechawszy je spiesznie, stanęliśmy w obozie właśnie kiedy doń dochodziła przednia straż nasza. Jenerał obejrzał i pochwalił wytknięcie obozu, i już w nim ustawiał pierwsze szwadrony, kiedy o milę od obozu, przy naszej tylnej straży, zagrzmiały nieprzyjacielskie harmaty. Jenerał rozkazał memu bratu z dwoma szwadronami czekać dalszych rozkazów w obozie, a ze mną pośpieszył na pole bitwy.

Bitwa ta poczęła się między czwartą a piątą po południu. Siły nasze ogromnym smokiem przeszło milę ciągnęły się po równinie od Gródka aż za Daszów, a równina jak gdyby ją wybrał na bitwę dla jazdy. Najwaleczniejszy kapitan Pobiedziński zamykał nasz pochód i strzegł go od niespodziewanego napadu. Oddział wracający z Lewuch pierwszy spostrzegł kilkudziesięciu ułanów moskiewskich, rozproszył ich śmiałem natarciem i w porządku wracał ku nam, prowadząc konie zabrane w Lewuchach. Nieprzyjaciel ochłonąwszy z przestrachu, całemi siłami wystąpił z tej wsi na ową ogromną równinę. Wojsko moskiewskie składało się z trzech pułków ułanów i miało cztery harmaty; dowodził niem jenerał Rot, Francuz. Uszykowawszy swe pułki posuwał się ku nam powoli, stanął nakoniec i zaczął do nas z bardzo daleka grzmieć z harmat, myśląc, że powstańców rozgromi hukiem samym. Dwa najbliższe szwadrony nasze rzuciły się na nieprzyjaciela; Wtedy właśnie jenerał Kołyszko pędził już na pole bitwy z dwunastu szwadronami, co lecąc szerokim półksiężycem, już miały obwinąć i zabrać nieprzyjaciela z jego jenerałami i harmatami; Orlikowski spostrzegłszy to, a nie śmiejąc odważyć się z młodym żołnierzem na krok zuchwały, chciał wycofać z pod kartaczów szwadrony swoje i zachować je nietknięte do ogólnego uderzenia. Myśląc, że to sprawa z wyćwiczonym żołnierzem, rozkazał odwrót; Zabójczy popłoch zatrząsł obydwoma szwadronami naszemi, zachwiały się, i pierzchnęły w stronę, skąd im ciągnęła pomoc tak potężna. Nieprzyjaciel nie dowierzał temu pierzchnięciu i zaczął się cofać. Kołyszko widzi to wszystko, jak na dłoni, chce uderzenie przyśpieszyć, nagli ruch swych hufców, po pewne zwycięstwo, ale zetknięcie się uciekających z idącemi do boju, było stanowczą chwilą niespodziewanej klęski. Wszystkie szwadrony nie przez nieprzyjaciela, ale przez naszych uciekających rażone, w chwili zetknięcia się z niemi, zwracały się sposobem opętanym i w największym nieporządku ku miastu uciekały. Piętnaście szwadronów zamieniło się na jedną czarną chmurę, co się powlokła po równinie, unosząc z sobą do piekieł naszą siłę, nasze poświęcenie się, nasze nadzieje. Nadaremne były rozkazy jenerała, nadaremne usiłowania najgorliwszych obywateli; nawet u wrót miasta nie zdołaliśmy uciekających zatrzymać. Ten się tłumaczył, że nie ma broni, inny, nic nie mówiąc, ani chciał słuchać.

Izydor Sobański, chociaż mocno słaby, siadł na koń i w tym dniu cudów waleczności dokazywał. Aleksander Sobański, Potoccy, Bierzyński, Pokrzywniccy, Dąbrowski, Borzęcki, Jełowieccy i inni co najgorliwsi obywatele widząc, że już uciekających zebrać niepodobna, że ośmielony nieprzyjaciel coraz bliżej następuje i lada uderzeniem zniszczy do szczętu siły nasze, sami, w liczbie około pięćdziesięciu rzucają się na nieprzyjaciela z odwagą rozpaczy; lecą razem ale bez porządku, kto lepszego ma konia, ten prędzej wskoczył w szeregi moskiewskie i kłuł i rąbał. Tym sposobem przełamali jazdę, opanowali harmaty, wdarli się między tłum nieprzyjaciół, a śmierć i postrach wkoło siebie roznosząc, mordują na wszystkie strony. Bój ten zażarty trwa do nocy. Moskale zrazu broń rzucali, lecz widząc, że się liczba walczących z naszej strony nie wzmaga, otaczają ich całą, dwadzieścia razy przemagającą siłą swoją; rycerze nasi nie zważając na niebezpieczeństwo, mordują a mordują, dopuki widno, i z tą samą dzielnością, z jaką złamali nieprzyjaciela, wyłamują się z pośród niego i nieścigani do swoich wracają. Rozpaczające męstwo pięćdziesięciu ocaliło powstanie od ostatecznej zagłady, której naówczas parę szwadronów dokonać mogło. Nieprzyjaciel przerażony tem męstwem nie wierzył swemu powodzeniu, klęskę naszą wziął za oszukanie, a obawiając się zasadzki, bo rozumiał, że nas jest z 15000, rozłożył ognie obozowe pod Daszowem, a sam cofnął się o milę od pobojowiska. W tym kilkugodzinnym boju w zabitych i rannych nie straciliśmy więcej jak czterdziestu. Najboleśniejszą stratę ponieśliśmy przez śmierć kapitana Pobiedzińskiego, pułkowników: Mikuszewskiego i Hnatowskiego, obywateli: Zagórskiego, Dąbrowskiego, Biedrzyńskiego i Pokrzywnickiego; drugi Pokrzywnicki, jako też Tytus i Florjan Jełowieccy ciężko ranni dostali się w moc nieprzyjaciela. Straciliśmy jednak większą część piechoty, co wysunięta na przód, mocno raziła nieprzyjaciela, lecz przy rozsypce jazdy umknąć nie pospiała. Zostawiono także na polu bitwy jedno nasze działo, z którego Wojciechowski dał był kilka celnych strzałów i trzy wiwatówki powstania kijowskiego.

Nieprzayjaciel utracił w zabitych i rannych 300 ludzi, a chcąc tę stratę usprawiedliwić, napisał do cara, że nas 5000 na placu położył.

Piętnastego maja, o godzinie 8 z rana, wyruszyliśmy z Liniec w przeszło pięćset koni i mało co mniej powozów i wozów. Szliśmy ku Winnicy w nadziei połączenia się z powstaniem winnickim, o którem doszły nas były pomyślne wieści. Deszcz silny nie dawał nam iść prędko. Jenerał Kołyszko wyruszywszy równo ze dniem ze stanowiska, na którem nas oczekiwał, jeszcze przed wieczorem szczęśliwie się z nami połączył i natychmiast wróciliśmy pod jego rozkazy.

Dnia 16 maja pozbyliśmy się przecież pewnej części wozów, a stanąwszy na noc w rzadkiej dębinie pod Obodnem, urządzaliśmy nowe szwadrony nasze, jakeśmy mogli.

Dnia 17 maja szliśmy przez Woronowicę do Tywrowa, gdzieśmy się mieli przeprawiać przez Boh dla złączenia się z powstaniem jampolskiem, o którem nam powiadano, że ciągnie w te strony. Zbliżając się do Tywrowa, gdyśmy już dochodzili do Michałówki, dowiedzieliśmy się, że w tej wsi są dwa szwadrony ułanów moskiewskich, a o małe pół mili stamtąd w Tywrowie, reszta brygady. Na tę wiadomość jenerał wstrzymał pochód i zebrał radę. Wszyscy byli zdania, że po tak wielkiej klęsce, jeszcze zawcześnie prowadzić do boju, że trzeba nieprzyjaciela unikać; a od nieprzyjaciela przedzielał nas tylko las wąski i kawał pola. Mój brat Edward słysząc to zawołał: - Nie unikać, ale szukać nieprzyjaciela; tym tylko sposobem podniesiem ducha i powetujem klęskę naszą. Za chwilę z ochoczym huwcem swoim, do którego przyłączyło się kilku ochotników, wysuwając się z lasu i z góry ku wsi zstępując, spostrzegł ułanów uwijających się po wsi. Chcąc ich w nieładzie zachwycić, puszcza się kłusem; ale było za daleko, nim dobiegł, ułani stanęli w bojowym szyku o sto kroków za wrotami wsi, od strony Tywrowa. Wtedy było do wyboru, albo ustąpić, albo uderzyć na nieprzyjaciela przez wąskie wrota. Mój brat spojrzał na Moskali, machnął ręką, spojrzał na swoich, poczym skoczył na przód; a że miał konia bardzo szybkiego, wyściga swój szwadron przynajmniej o kroków pięćdziesiąt, i sam jeden rzuca się na nieprzyjaciela, i sam jeden walczy przez chwilę; w mgnieniu oka zsadził kilku ułanów, traci konia i już pieszo walczy. Wtedy szwadron jego przez wąskie wrota, jak rzeka do jeziora, wlewa się na Moskali, miesza się z nimi, ściera się potężnie; obie strony walczą zacięcie w miejscu, a jak się cały hufiec na Moskali wylał, złamał ich. Moskale pierzchają, nasi ścigają ich aż do Tywrowa, a co w drodze nie skłuli, albo nie zabrali, to w Bohu wytopili. Przy końcu bitwy, z Borzęckim, owym starym przyjacielem naszym, udało mi się wyścignąć nieprzyjaciela; stanęliśmy pieszo na hatce, strzelaliśmy szybko, a każdy strzał musiał być trafny. Moskale nie mieli drogi, i albo od nas ginąć, albo w rzekę rzucać się musieli. Borzęcki nie mogąc nastarczyć strzelać, a silny nadzwyczajnie, Moskali, co w ucieczce na nas napierali, ściągał z konia i do wody wrzucał. Wkrótce też przybyło nam wielu pomocników.

W tej świetnej potyczce nieprzyjaciel w zabitych i rannych utracił kilkudziesięciu ludzi, a wzięliśmy mu w niewolę kapitana i dwunastu podoficerów i żołnierzy. My oprócz jednego zabitego mieliśmy dziesięciu rannych.

Dnia 18 maja, nie mogąc przejść Bohu pod Tywrowem, udaliśmy się niżej Tywrowa, ale wszędzie znajdując przeszkody, umyśliliśmy idąc wgórę, przebyć Boh w Janowie. Zwróciwszy się w tym kierunku, szliśmy noc całą. Ciągła słota, noc ciemna. Znużeni powstańcy usypiali, konie ich także drzemały i rozchodziły się na wszystkie strony; ledwośmy mogli upilnować, aby się to wszystko jako tako kupy trzymało. W takim stanie dochodziliśmy do wsi Obodne.

Dnia 19 maja rankiem tylko co wychodzimy z lasu, a na równinie pomiędzy wsią a lasem już stoją naprzeciwko nas trzy szwadrony konnych strzelców moskiewskich, i w tejże chwili dwa ich działa do nas zagrzmiały. Na odgłos dział nieprzyjacielskich poprzebudzały się drzemiące i pomięszane szyki nasze. Nasz szwadron nieco porządniej szedł naprzód: reszty nie było czasu zebrać i ustawić; a tylko kilkaset kroków świeżo zoranej a od deszczu rezgrzęzłej roli oddzielało nas od nieprzyjaciela. Mój brat Edward dla uniknienia ognia działowego, pędem błyskawicy na czele swego szwadronu okrąża lewe skrzydło nieprzyjaciela, i uderza nań z największą gwałtownością. Moskale strzelają, a on w mgnieniu oka łamie ich i rozprasza. W tejże chwili pamiętając na to, że działa były postrachem powstańców, przeżegnawszy się, a Bogu duszę polecając, rzucam się wprost na harmaty, nie oglądając się, czy mam towarzyszów. Dolatuję do pierwszego działa, a Moskal zapala je. Jak krzyknę:

 - Nie strzelaj, bo zginiesz!

Moskal rzuca lont, a ja zdobywam nabite działo. Tuż za mną wpadli na działa: Borzęcki, Orlikowski, Tomasz Ciechanowski, Zan, Potocki Józef i kilku innych. Gdy się to dzieje, Jan Zapolski na czele kilkudziesięciu ochotników, równie pomyślnie rzuca się na prawe skrzydło Moskali i w puch je rozbija. Tym sposobem, zaczepieni, nie więcej jak 150 ludźmi, a prędzej jak się to da opisać, rozpędziliśmy trzy szwadrony Moskali i zdobyliśmy z całym przyborem dwa działa, z których Moskale parę razy tylko wystrzelić pospieszyli. Połowa walczących z naszej strony myśląc, że na tem koniec, przy opanowanych działach pozostała, druga połowa goniąc przez milę za sześć razy liczniejszym nieprzyjacielem, wytępiła go, albo zabrała w niewolę co do jednego. Przy końcu pogoni po piętnastu Moskali rzucało broń przed jednym albo dwoma powstańcami.

W tej niepospolitej potyczce kilkudziesięciu nieprzyjaciół legło na placu, resztę zabraliśmy w niewolę. Między jeńcami naszymi był jenerał Szczucki, 17 oficerów i 299 żołnierzy najdorodniejszych; z całego tego moskiewskiego wojska uciekł tylko lekarz pułkowy, albowiem jako uczony człowiek zgadł, co będzie, i pierwszy drapnął. Zdobyczą naszą były dwa działa, cała broń, wszystkie wozy wojenne, pułkowa cerkiew i lekarnia. Z naszej strony zginął od kartaczów waleczny kapitan Skurat i dwóch innych powstańców; nadto mieliśmy kilku rannych. Pojmany jenerał i oficerowie moskiewscy, ochłonąwszy z pierwszego przestrachu, nie mogli zataić swego zdziwienia, że zgraja buntowników pobiła ze szczętem dwa razy liczniejszego starego żołnierza.

 - Dwadieścia i sześć lat - mówił Szczucki - służę carowi; byłem w wojnach francuskich i tureckich, a nic podobnego ani widziałem, ani słyszałem.

Kapitan, dowodzący harmatami tego oddziału, ciągle powtarzał:

 - Nie pojmuję, jakim sposobem to się stało, że kilku ludzi za trzecim wystrzałem działa zdobyło!

Ale nasz Borzęcki, człowiek wesoły i dowcipny, wytłumaczył mu, że to się stało przez niezgrabność, za którą on bardzo przeprasza, bo Polacy zwykle po pierwszym wystrzale działa zabierają.

Po krótkim wypoczynku szliśmy dalej w stronę Janowa, w zamiarze przeprawienia się tam przez Boch i połączenia się z powstaniami jampolskiem i lityńskińskiem, które znajdowały się w okolicach Baru. Tegosz dnia, przeszedłszy Boh w Janowie, rozłożyliśmy się obozem zaraz za rzeką, chcąc przynajmniej jedną noc przebyć spokojnie, i bezpiecznym odpoczynkiem pokrzepić siły nasze. W parę godzin przyjechał do naszego obozu Wincenty Tyszkiewicz, wracający ze swej podróży do północnych powiatów Podola, odbytej w celu wskrzeszenia tam powstania. Tyszkiewicz ostrzegł nas, że Rot z całem wojskiem swojem tuż tuż za nami. Wymierzyliśmy działa nasze na most, i byliśmy gotowi przeprawy bronić. Późno wieczorem Moskale przyszli do Janowa, i zaraz dali znać o sobie strzelając do nas przez rzekę. Oprócz wojska Rota, który już był nad brzegiem po tamtej stronie Bohu, były jeszcze inne siły moskiewskie na tejże stronie rzeki, co i my. Kołyszko obawiał się, żeby nas w nocy nie wzięto we dwa ognie, a więc zerwawszy most, ruszyliśmy na całą noc w zamierzonym kierunku, to jest ku Barowi. Całą noc, cały dzień następny i drugą noc całą szliśmy ciągle, ale tak powoli, z powodu owych dróg leśnych i nieszczęśliwego taboru naszego, że przez ten czas uszedłszy tylko mil sześć od Janowa stanęliśmy na wypoczynek pod wsią Majdanem. Wieś Majdan leży w głębokim dole między lasami, a raczej wśród lasu, przeciętego wąską i złą drogą. Gdyśmy po krótkim wypoczynku wyszli w dalszą drogę, nasza straż przednia była już za wsią, wieś była zapełnioną wozami obozowemi, tylna straż do wsi dochodziła. W tak niebezpiecznem położeniu nieprzyjaciel napada naszą straż tylną, która z początku dała mu silny odpór, ale przed całą jego siłą ustąpić musiała. Wiele wozów nie pospiało jeszcze wydobyć się ze wsi, a wiele ich było już w lesie za wsią; przednia straż daleko naprzód wysunięta, a odcięta od reszty sił naszych wozami, które wąską drogę w lesie zupełnie zawaliły, nie mogła dość prędko zawrócić się i do boju pospieszyć; zaledwie był czas wydobyć z wąwozu i na stosownem miejscu postawić działa nasze.

Po ustąpieniu naszej straży tylnej, wieś i pozostałe w niej wozy dostały się w ręce nieprzyjaciela; na tych wozach byli też nasi ranni, z których większą część Moskale zamordowali. W stanowczej chwili tej bitwy z naszej strony nie było, jak stu walczących i dwa działa pozostawione zaraz za wsią, na małej halawce wśród lasu. Nieprzyjaciel szedł na nas kilku oddziałami przez wieś, i poza wieś; ile razy szwadrony jego na halawę przez nas zajętą występować zaczęły, tyle razy przyjęte z bliska celnym kartaczowym ogniem traciły po kilkunastu ludzi, mięszały się i umykały, a nasi ochotnicy stojący nibyto na straży dział, nie czekając rozkazu, rzucali się na zmykających Moskali, mordowali ich i zapędzali się za nimi aż do środka wsi; świeże szwadrony moskiewskie zmuszały naszych do odwrotu, i znowu postępowały ku działom naszym; lecz znowu potężnie rażone, umykały, i znowu przez naszych ścigane zasłaniały się nowemi siłami. Bój taki już się był powtórzył kilka razy, już wieś cała trupami moskiewskimi była założona; mała płaszczyzna nasza zdawała się być twierdzą do niezdobycia, z której działa i wycieczki niszczyły nieprzyjaciela potężnie. Sami nabijając i strzelając, towarzysze moi utrzymywali bitwę, puki mieli naboje. Nabojów nie stało, działa umilkły, nieprzyjaciel śmielej nacierał; już i piechota jego, z otaczającego lasu raziła nas ogniem swoim. Odtąd bój rozpaczy trwał dopóty, dopóki połowa walczących rycerzy naszych nie poległa, a druga połowa nie potraciła koni i nie pokruszyła broni na karkach moskiewskich. - Odtąd bitwa ta była już tylko, walką pojedynczą rycerzy naszych. Nikt im nie przewodził, a każdy z nich walczył, jakgdyby całą bitwę przyjął na siebie.

Tu Dębczakowski, co każdą bitwę nowemi ranami zapisał na piersiach swoich, morduje nieprzyjaciela, dopóki ostatniej śmiertelnej rany nie odniósł. Tam Borzęcki, starzec olbrzymiej siły, już sześciu rozpłatał - pęka mu pałasz, on jeszcze pięściami zabija - porwał dwóch ułanów, stuknął ich łbami i dwa trupy rzucił pod nogi swoje; wtedy dwie kule największych może tchórzów godzą w pierś tego bochatera, co najchwalebniejszą śmiercią legł nałożu, które sam sobie usłał z trupów moskiewskich.

Śmierć Józefa Borzęckiego pod Majdanem w roku 1931
Obraz olejny autorstwa Fel. Sewczyka (Urbański, 1930).

Tam w tłumie nieprzyjaciół Hieronim Zaleski sam walczy; już i siebie i konia zajuszył; ginie w oczach jenerała moskiewskiego, który po skończonej bitwie, męstwo jego kładąc za wzór oficerom swoim, zwłoki jego uczcił pogrzebem wojskowym. Tam Wojciechowski sam jeden i pieszo, broni działa, z którego paręset Moskali położył, sam jeden nie daje go, dopóki krew jego nie popłynęła strumieniami. Tam Sawa już bez broni wyrywa się z pomiędzy tłumu Moskali, ścigany, na wolniejszym nieco miejscu konia osadza, zwraca, i na pierwszego ułana rzuca się z gołymi rękoma, wyrywa mu spisę, w mgnieniu oka przebija go, i leci poić nową krwią moskiewską. Jemiołowski, Freyberger, Rawscy, Ciechanowski i inni jak lwy się biją, Aleksander Sobański uwija się jak szatan zniszczenia, wszędzie śmierć siejąc; w dniu tym samą spisą dziewięciu z konia zsadził. Orlikowski to szablą uderza, to silnym głosem, silniejszym jeszcze przykładem do męstwa zapala; gdy te nadludzkie wysilenia wystarczyć nie mogą, gdy z ostatnimi bohaterami z placu ustąpić musiał, jeszcze raz za bitwę Daszowską nazwał się przyczyną klęsk wszystkich, i nie czekając odpowiedzi, z rozpaczy sam sobie życie odbiera. Bój ustaje - moskale otaczają pole bitwy, na którem stały dwa działa nasze, strzeżone ciałami poległych bohaterów.

Tak się skończyła ta krwawa bitwa. Moskale otrzymawszy pole, odebrali nam wszystkie zdobycze, a nadto zagarnęli wiele wozów naszych, i prawie wszystkie pieniądze: ale trwożliwi, jak zawsze, ścigać nie śmieli, i dozwolili siłom naszym postępować w zamierzonym kierunku. Zwycięstwo Moskale przypłacili stratą około czterystu ludzi; naszych bohaterów zginęło więcej jak pięćdziesięciu.

             Przegrana pod Majdanem okazała jednak wielki postęp naszego wojska, które się nie rozbiegło jak pod Daszowem. Powstańcy cofnęli się w jednym kierunku, i prawie wszyscy zaraz się znaleźli. Przez następne trzy dni szliśmy przez Zaince, Szrawkę i Kuźmin do granicy galicyjskiej. Oddział nasz liczył wtedy jeszcze 700 ludzi i 1200 koni.

W dniu 26 maja w Satanowie przekroczyliśmy granicę z Galicją. Tam wnet otoczyło nas wojsko austriackie, zmuszając do oddania broni. Tak zakończył się szlak bojowy powstańców podolskich.

Źródła: JEŁOWIECKI A. : Moje wspomnienia 1804–1831–1838. Lwów : Wydawnictwo Zakładu im. Ossolińskich, 1933.

 

 

POWSTANIE NA WOŁYNIU, PODOLU I UKRAINIE

            [Daszów] ...Powstańcy rzucają się w środek, łamią piérwszą linią ile jéj zająć mogli, obskakują działa, rąbią i kolą kanonierów. Każdy walczył przeciw kilku, każdy dokazywał cudów waleczności. Towarzysze chwały i niebezpieczeństwa, zachowali niektórym z pomiędzy siebie szczególniéj chlubne wspomnienia...  Borzęcki, siedemdziesięcioletni starzec, gdzie się obrócił rozmiatał koło siebie szeroką przestrzeń...
            [Michałówka] ...Tymczasem reszta oddziału powstańców, okrążywszy trzęsawiska, zbliżała się tutaj. Niektórém udało się przebrać się w prost przez rowy i zaskoczyć zbiegów u przeprawy. Alexander Jełowicki z Borzęckim stanąwszy na tamie młynu, strzelali do tłoczących się w to miejsce najwęższego koryta. Borzęcki zniecierpliwiony nabijaniem strzelby wolał użyć swoich ramion niezrównanej mocy: chwytał Moskali za piersi i rzucał do wody...
            [Obodne] ...Józef Borzęcki, Tomasz Ciechanowski, Stefan Zan, Józef Potocki, Alexander Sobański, Ulatowski, Dębczakowski i kilku innych, oskoczyii zaraz służbę i zaprząg armat. Wymierzone cięcia i pistolety niezdołały wstrzymać się natychmiast: kanonier który piérwszy rzucił lont i odpasywał szablę, padł przeszyty kulą z ręki Borzęckiego....
            [Majdan] ...Sędziwy a sławny z olbrzymiej postaci i siły Józef Borzęcki, położywszy trupem kilku ułanów, gdy mu szabla pękła, porwał dwóch za barki i tłoczył pod konia, kiedy dwie kule największych może tchurzów rzuciły go na stos trupów...

Źródła: WROTNOWSKI F. : Powstanie na Wołyniu, Podolu i Ukrainie w roku 1831. T. 1. Paryż : w Księgarni i Drukarni Polskiej, 1837.

 

 

KRONIKA POLSKICH RODÓW SZLACHECKICH

PODOLA, WOŁYNIA I UKRAINY

            Staraniem Sobańskich, Jełowieckich, Rzewuskiego i innych wiosną 1831 roku, w Krasnosiółce, majętności Lipkowskich, zebrały się liczne zastępy powstańców podolskich. Było tam około 1000 wyborowej jazdy i kilkaset piechoty. Mieli kilka armatek i kasę dobrze zaopatrzoną. 5 maja powstańcy obrali dowódcę. Został nim siedemdziesięcioletni starzec Benedykt Kołyszko. Mimo wieku mówiła o nim wojenna sława, przyjaźń Kościuszki i odbywane szczęśliwie boje pod jego dowództwem, a na koniec miłość bez granic do ojczyzny.

            7 maja powstańcy zaprzysięgli wierność Ojczyźnie i posłuszeństwo naczelnikowi Kołyszce. Stopniowo przybywali ochotnicy z innych powiatów. W dniu 12 maja w Granowie doszły nowe oddziały Włodzimierza Potockiego z Daszowa i Jana Zapolskiego z Humańszczyzny. Siły powstańców powiększyły się do około 3000 zbrojnych. Podzielono je wówczas na 17 szwadronów zwanych pułkami gdyż miano je dopełniać nowo formującymi się oddziałami. 14 maja pod Daszowem doszło do pierwszej bitwy z Rosjanami. Brak dokładnego rozpoznania sił nieprzyjacielskich postępujących w forsownym marszu za powstańcami spowodował że bitwa zakończyła się klęską Polaków. Okrążeni powstańcy atakowani od frontu i z tyłu bronili się mężnie, kilka razy powtarzając ataki. Bój ręczny długo się przeciągał zanim opuścili swe stanowiska. Szczególnie odznaczali się tutaj bracia Sobańscy, sześciu Jełowieckich i siedemdziesięcioletni Józef Borzęcki. To wszystko jednak na nic się zdało i oddziały powstańcze zostały rozbite. Dużo było poległych, wielu wzięto do niewoli. Po tej klęsce Kołyszko, straciwszy większą część ludzi, artylerię oraz kasę i obóz ustąpił z Daszowa i na czele już tylko 600 konnych szedł na Lince. W kolejnym starciu pod Michałówką powstańcy odnieśli pewne zwycięstwo wypierając za Bohr dwa eskadrony rosyjskie. Polakom powiodło się również 19 maja. Rozbili oni oddział generała Szuckiego, jego samego wraz z kilkoma wyższymi oficerami biorąc do niewoli. Atoli kilka dni później 23 maja pod Majdanem nieopodal Dreżni ścigany przez Rosjan oddział powstańczy zupełnej doznał klęski. Tutaj straty były ciężkie, trzystu ludzi ubyło z szeregów, wielu spośród najdzielniejszych poległo między innymi stary Borzęcki. Z resztą powstańców, zdemoralizowanych i znużonych zwrócił się Kołyszko w stronę Baru, a potem w kierunku granicy galicyjskiej. Jego oddział liczył wtedy jeszcze 700 ludzi i 1200 koni. Zaraz po przekroczeniu granicy, co nastąpiło w końcu maja, powstańcy zostali rozbrojeni przez Austriaków.

Źródła: PUŁASKI K. : Kronika polskich rodów szlacheckich Podola, Wołynia i Ukrainy. Tom II. Brody : Księgarnia Feliksa Westa, 1911. Reprint : Wydawnictwo DIG.

 

 

PAMIĘTNIK MOJEGO ŻYCIA

„...W roku 1838 rodzice moi przenieśli się z Markusz (powiat lityński) do Terechowy (powiat machnowiecki) pod Berdyczowem, majątku zostającego pod dożywociem babki mojej Pilchowskiej. Terechowa odległa była od Markusz zaledwie o mil pięć, przeto te same stosunki i to samo sąsiedztwo prawie pozostały, z dołączeniem dalszych znajomych, którzy umyślnie do Markusz nie przyjeżdżali, ale raz będąc w Berdyczowie, Terechowy nie omijali tudzież znowu najbliższych nowej siedziby sąsiadów. Z tych najbliżej mieszkali Bożęccy: Onio (Onufry) i Ania (Anna z Kornelowskich), jak się w rzadkich chwilach dobrego humoru nazywali - posiadający wieś Kikiszówkę nabytą od Grudzieńskich. Pani sama była strasznie, ba, nawet obrzydliwie brzydka, nie posiadająca ani jednej kompensaty, które zwykle dobrotliwe nieba udzielają w formie pięknej ręki lub nogi, w nadobnej talii lub w pięknych oczach, lub na koniec w ładnych zębach. Kompletnie była brzydką, starą często zaślinioną, a w dodatku zazdrosną, przesadną i dokuczliwą tak dobrze dla męża, jak i domowników, a nieraz i sąsiadom się dostawało, jeżeli nieszczęsnym trafem znaleźli się w gościnie po jakiejś scenie domowej. Już niemłodą panną poślubił ją dla posagu niefortunny Onio. Ten znowu nie był ani młodym, ani adonisem, ani motylem, całą zaś winą jego była admiracja dla ładnych kobiet, zgoła platoniczna - a możnasz ją mu mieć za złe, kiedy ciągle i zawsze musiał patrzeć na strasznie brzydką połowicę?! Trochę od diabła piękniejszy, jak mówi przysłowie, bo srodze ospą naznaczony i ciemnej cery, marsową - chociaż nigdy w wojsku nie był - miał postać; dzielnie jeździł konno, zawsze też miał pięknego wierzchowca i bardzo lubił, gdy mówiono, że przypomina z postaci portrety Stefana Czarnieckiego - co było prawdą. Był to typ poczciwego szlachcica-domatora zabłąkany z dawnych czasów. Gospodarz staranny i pracowity, rigorosus dla sług, ale sprawiedliwy, dbały o stan włościan, ale bynajmniej nie z filantropii, a dla własnego dobra i z zamiłowania ładu i porządku, których niezłomnie przestrzegał, nie szczędząc kar za pijaństwo i niedbalstwo. Włościanie jego wioski odznaczali się też zamożnością. Gospodarstwo, polowanie, psy, konie, wiseczek (wisth), to były jego zajęcia; nic nigdy nie czytał, a pisał chyba kartkę do sąsiada z konieczności. Po rosyjsku nie rozumiał nawet i płacił pensją miejscowemu parochowi, by powiestki policji, której się bał jak ognia, odczytywał i na nie odpowiadał wedle rozumienia swego - skąd wypływały czasem zabawne qui pro quo. Idąc spać mówił, że idzie na literaturę - każdego zaś czytającego Tygodnik Petersburski na serio miał za literata. Ignorancją swoją w rzeczach najzwyczajniejszych z taką naiwnością i dobrą miną manifestował, że do serdecznego śmiechu nas pobudzał. Pewnego jarmarku w Berdyczowie wystawiony był w restauracji olejny portret Mickiewicza ze znanego sztychu przedstawiającego wieszcza w burce baraniej. A trzeba wiedzieć, że Bożęcki podróżował po Krymie z Mickiewiczem, któremu snadź podobał się swoją prostotą, naiwną oryginalnością i fantazją szlachecką - polubił go więc i tymi względami wielkiego wieszcza lubił się szczycić Bożęcki, chociaż z pewnością utworów jego nie znał inaczej jak ze słyszenia. Opatrzywszy uważnie portret, obraca się do nas kilku znajomych i przywołuje do sztalug wołając: Na honor, podobniuteńki. Jakiś jegomość nie znany nam, już niemłody, poważnie spoglądający przez cały ciąg obiadu na portret, zwraca się do Bożęckiego: Pan dobrodziej znał osobiście Mickiewicza? - A znałem, panie, razem podróżowaliśmy do Krymu i po Krymie. - Czy tylko chwilowo spotkaliście się panowie, czy też razem aż do Trebizondy podróżowali? - Co, panie? - Czy aż do Trebizondy razem panowie podróżowali? - Jak?” - Czy aż do Trebizondy pan dobrodziej towarzyszyłeś Mickiewiczowi? - Nie, panie, ja się nigdy, nigdzie, z nikim w żadne trebizondy nie wdawałem panie? My wybuchamy serdecznym śmiechem, interlokutor bierze odpowiedź za żart niewczesny i wychodzi, a Bożęcki triumfujący, w przekonaniu, że odpowiedzią swoją skonfundował kogoś, kto chciał sobie z niego zażartować. Musieliśmy wyszukać jakiegoś znajomego owego interlokutora obrażonego, który mu całą rzecz objaśnił - jak się w gruncie miała: że poczciwy wujaszeczek ( tak go bowiem młodsze pokolenie nazywało) - nie wiedząc zgoła, co by to za stworzenie była owa tylekroć powtarzana trebizonda? a obawiając się, że w tym się kryje jakiś podstęp - w znany sposób salwował się...”

„...Bożęcki (herbu Półkozic) znając się z dobrego i starożytnego domu, chociaż pomiernej fortunki, kłaniać się nikomu nie lubił i nieraz półpanka lub zagadywacza swą niby naiwnością osadzał. Zaproszony kiedyś przez Orłowskiego z Malijowic na polowanie źle został ulokowany, dano mu cienką kawunię, czego nie lubił, gospodarz go na kwaterze nie odwiedził, co wszystko zanotował sobie. Kiedy więc z kwatery się zjawił, zastał gospodarza na ganku wśród gości, na zapytanie jego: Cóż tam u was pod Berdyczowem? - A cóż, dadzą dobrą kawę, dobre materace gościom, a gospodarz czuwa, by im wygodnie było - odpowie Bożęcki przy wtórze ogólnego śmiechu. Inną znowu razą pewien elegancki młodzieniec zaczął opowiadać o polowaniu na niedźwiedzie, na którym niedawno jakoby był i sam powalił zwierza. Bożęcki słuchał cierpliwie, aż gdy przyszło do ostatniego epizodu, zawołał: Przepraszam pana, ale żadnym sposobem nie mogę uwierzyć, aby taki jak pan parfiumista mógł zabić niedźwiedzia. Siła anegdotek dałaby się opowiedzieć o wujaszeczku, w odpowiedziach którego tak się ignorancja z dobrodusznością i z fantazją szlachecką schodziły, że nie można było ani samemu się obrazić, ani jego, a śmiać się tylko wypadało. W 1860 roku snadź zastraszony nowymi stosunkami z włościanami, a może i wiekiem, bo miał już nad lat 70 (urodził się przed 1790 rokiem), sprzedał majątek, oddał do rozporządzenia żony jej posag, zatrzymując do własnego tylko dorobek, który za życia oddał siostrzeńcowi (Mazarakiemu Leonowi) á fond-perdu - i zamieszkał z żoną w Chmielniku, ale jakiś stary pistolet znaleziony u niego w 1863 roku zaprowadził biednego wujaszeczka na wygnanie w głąb Rosji, skąd dopiero w 1867 roku czy 1868 powrócił, nie zastawszy już żony przy życiu, a sam w 1876 roku w Winnicy życia dokonał...”

„...Przedstawicielem przybyłej (z Litwy podobno) linii rodziny Mazarakich był Kazimierz Mazaraki, prezes, który w powiecie machnowieckim wszelkie urzęda wyborowe: asesora, sprawnika (wtedy jeszcze wyborowe), sędziego i na koniec prezesa sądu głównego cywilnego zaszczytnie przeszedł, na każdej posadzie jako dobry, czynny i nieskazitelny urzędnik się sprawując, a szacunkiem współziemian swoich aż do śmierci się cieszył. Tego dobrze pamiętam. Był to człowiek bez wykształcenia i ogłady, ale bardzo zdrowego sądu i prawy. Trochę był próżny z ostatniego urzędu i tytułu prezesa, a order św. Włodzimierza IV klasy nawet przy szlafroku nosił, ale to nikomu nie szkodziło. Jedną miał wadę: bardzo lubił karty i tak się zgrywał, że nieraz mdlał przy stoliku - jednak nie słyszałem, by czasu urzędowania tej namiętności się oddawał.
Ożeniony był 10 voto z Borzęcką, siostrą wspomnianego wujaszeczka, która mu się srodze dała we znaki, jak mówiono, a zostawiwszy jedynego syna Leona, zmarła - ożenił się powtórnie ze swoją kuzynką Mazarakówną Johanną, córką najstarszą chorążego, ta dała mu dwóch synów i córkę, zaś z jej najmłodszą siostrą Konstancją syn jego Leon; tym sposobem syn z ojcem stali się szwagrami, a potomstwo ich podwójnie, bo po mieczu i po kądzieli Mazarakimi. Prezes i syn jego Leon nabyli różne części miasta Machnówki już od kolokatorów tego majątku niegdyś Prota Potockiego. Nadto prezes posiadał wsie Napadówkę i Markowce w sąsiedztwie Machnówki, które synom z drugiego małżeństwa zostawił - najstarszy bowiem jeszcze służąc w wojsku rosyjskim, wszystko, co mu po ojcu przypaść mogło, stracił, a opowiadano, że kiedyś dla opłacenia długów jego macocha pomimo wiedzy ojca a swego męża własne brylanty sprzedała...

            „...Niedaleko nas mieszkał również Dominik Frankowski, który wychowywał się niegdyś z moimi wujami pod okiem pedagoga pana Bożęckiego, osiadłego później na czynszu w Łopatynie koło Machnówki...”

Źródła: BOBROWSKI T. Pamiętnik mojego życia. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1979.

 

 

FRYDERYK CHOPIN

            Emilia z Borzęckich Hoffmaniowa, uczennica Chopina w latach 1846-1847 tak wspomina jeden z wieczorów u Pani Sand:

            Była pani Sand, która przez cały czas nie wypuszczała z ust... cygara. Był Franchomme, wiolonczelista, przyjaciel Chopina, była i Delfina Potocka. Pamiętam jeszcze, że dla wszystkich dam przygotował Chopin – jak zawsze pełen wyszukanej galanterii dla płci pięknej – bukiety z fiołków, przygotował ich jednak za mało, tak iż gdy weszła pani Delfina, która się opóźniła, zabrakło dla niej fiołków, wobec czego Chopin ze stojącego w salonie przepysznego krzewu kamelii urwał jedną i ofiarował ją pięknej hrabinie. [...] Na nikogo jednak, o ile go widywałam w towarzystwie, nie patrzył tak pełnym zachwytu wzrokiem, jak na panią Delfinę... Robił po prostu wrażenie, że gotów był pył zdmuchiwać spod jej stóp.

Źródła: CZARTKOWSKI A,, JEŻEWSKA Z. : Fryderyk Chopin. Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1981.

 

 

PAMIĘTNIKI KSIĘDZA WŁADYSŁAWA WOJCIECHA WOLIŃSKIEGO

Z PARAFII W OPOROWIE

            Towarzysze moi byli po części z niższego stanu, lokaje, dworacy, był jeden dorożkarz z Warszawy. Wszakże przez dwa tygodnie miałem przyjazne towarzystwo w osobie asesora sądu poprawczego Borzęckiego bardzo wykształconego i akademika, którego prosto z ulicy policyant zabrał do więzienia. Borzęcki siedział poprzednio w lochu trzy tygodnie, przetrwał wszystko, następnie przez różne koneksje, stosunki został wskazany tylko na 3 miesiące do fortecy Modlina z pozostawieniem przy urzędzie. Z tymi więc, a najwięcej z Borzęckim przyjemna była rozmowa przy herbacie. Tak upłynęło kilka tygodni znów, a ja nic nie wiedziałem co mnie czeka.

Źródła: WOLIŃSKI W. W. : Pamiętniki księdza Władysława Wojciecha Wolińskiego z parafii w Oporowie. B.  r.

 

 

O LWOWIE MOJEJ MŁODOŚCI

Źródło dobroczynności zaszemrało cichym nurtem przy ulicy Kurkowej 31 gdzie w skromnej kamieniczce znalazł pomieszczenie Zakład Ubogich Chłopców pod opieką św. Antoniego. Założycielem jego był Kalikst Orłowski ...którego spotęgowana wrażliwość na człeczą niedolę nie pozwoliła mijać obojętnie ludzi zasługujących na życzliwość i pomoc. Z pomocą pośpieszył też kilku opuszczonym chłopcom, a kiedy przykład obywatelskiej cnoty oddziałał pobudzająco, zaofiarowała się Honorata hrabianka Borzęcka na rzecz Ochrony dom i kwotę 20 tysięcy złotych na utrzymanie dziesięciu chłopców. Fundusz ten pomnożony legatami innych osób i instytucji, stworzył niebawem realną podstawę do zajęcia się losem trzydziestu podopiecznych, którzy otrzymali w Ochronie przytulny kąt, wyżywienie i pomoc w nauce.

Źródła: OPAŁEK M. : O Lwowie i mojej młodości. Wrocław : Wydawnictwo Ossolineum, 1987.

 

 

Pamiętnik Alfonsa Parczewskiego

            Fragmenty pamiętnika Alfonsa Parczewskiego, urodzonego w Wodzieradach koło Łasku, prawnika, historyka, działacza społeczno-politycznego, profesora i rektora Uniwersytetu w Wilnie.

            O rosyjskich oddziałach wojskowych, a nawet policyjnych posterunkach nie było w naszej okolicy słychać. Trzymały się w oddali. Natomiast od początku lata, pamiętam, przesuwają się wciąż polskie oddziały kawalerji. Cudowny kalejdoskop ładnie umundurowanych, dobrze uzbrojonych, na dobrych koniach szeregów jazdy! Jakby armia regularna. W początkach lata było, gdy przyszła wiadomość, że w Wilamowie jest oddział jazdy kaliskiej pod wodzą Władysława Miśkiewicza. Oddział był niewielki, ale dobrze wyekwipowany. Pojechali oboje rodzice z prowjantem dla oddziału, ja przy powozie na kucu towarzyszyłem im. Był cudowny dzień słoneczny i cudowny był widok tej polskiej jazdy. Granatowe mundury, wysokie konfederatki. Humory kawalerzystów  wyborne, widocznie pełne najlepszych nadziei. Na trawie spoczywa młody Bronikowski z Wólki Miłkowskiej pod Wartą i śpiewa piosenkę, której słowa pozostały mi doskonale w pamięci:

Tam młody żołnierz długość nocy skraca
I tak sobie śpiewa na swej broni wsparty:
Zefirze luby, zefirze jedyny!
Nieś moje pienia do lubej krainy,
Powiedz jej, że żyję tu zajęty cały
Chlubą przyszłości i miłością sławy.

Nawet melodja tej piosenki, pomimo upływu tylu lat, z pamięci mi dotąd nie uleciała. Pozostała żywą, jakbym ją wczoraj słyszał. W oddziale pełno znajomych; jest i dwóch kuzynów, Władysław i Ludwik Mazurkiewicze. Po południu oddział ruszył dalej w stronę lasku, przez las ku Wrzeszczewicom. Jakeśmy do domu przyjechali, już nie pamiętam, bo furman nasz Józef Borzęcki już do Wodzierad nie wrócił. Wsiadł na koń i ruszył z oddziałem. Odpokutował to potem na Syberii.

Źródła: PARCZEWSKI A. : Pamiętniki. B. r. (rękopis).

 

 

ZARYS ROZWOJU SPORTU W ŻABNIE

OD POCZĄTKÓW DO 1990 R

            Bardzo ciekawą i wielce zasłużoną postacią Klubu LZS Żabno był Feliks Borzęcki. Urodził się 8 listopada 1897 roku w Dąbrowie Tarnowskiej. Jeszcze przed pierwszą wojną światową był członkiem PSL. Później prawie całe swoje życie związał właśnie z Żabnem. Tu po odzyskaniu niepodległości zajął się czynnie sportem. Około 1920 roku został członkiem Klubu Sportowego Dunajec Żabno, przemianowanym później na Akademicki Klub Sportowy Strzelec. Jako zawodnik w barwach tego Klubu występował do 1925 roku. W wywiadzie udzielonym reporterowi tygodnika Sport tak wspomina początki Klubu:

Feliks Borzęcki

            „Po pierwszej wojnie światowej powstał nasz Klub Sportowy Dunajec do którego garnęli się przede wszystkim rzemieślnicy. Pierwszym prezesem był adwokat i burmistrz miasta Stanisław Witek. Niestety nie przeżył drugiej wojny światowej gdyż zginął w Oświęcimiu. Dunajec słynął z dobrych piłkarzy i strzelców, dlatego nawet w końcu zmieniono mu nazwę na Akademicki Klub Sportowy Strzelec. Rozgrywaliśmy Zawody z okolicznymi drużynami, jeździliśmy także do Tarnowa, Mielca, Radomyśla i Bochni. Sport istniał wówczas na marginesie życia towarzyskiego. Warunki na pewno były gorsze niż dzisiaj ale sport cieszył się ogromnym powodzeniem. Nie było tak dużej konkurencji innych rozrywek i zawody sportowe miały dużą siłę przyciągania.

 

Fotografia z Legitymjacji   Legitymacja członkowska LZS/LKS

                 Po drugiej wojnie światowej Feliks Borzęcki nadal kontynuował swoją działalność sportową w naszym miasteczku. M. in. był inicjatorem rozbudowy trybun na stadionie Klubu. W tym czasie szatnia i magazyn sprzętu sportowego znajdowały się w budynku Ochotniczej Straży Pożarnej. Kiedy w początku lat sześćdziesiątych rozpoczęto jego remont, sprzęt przeniesiono do pomieszczeń po starym sklepie w domu Państwa Borzęckich. Nie był tu jednak składowany zbyt długo gdyż nową szatnię na rozbudowanym boisku sportowym oddano do użytku już w 1961 roku. Feliks Borzęcki na przestrzeni wielu lat pełnił również szereg funkcji społecznych w LZS Żabno. Można o nim powiedzieć że był stałym skarbnikiem Klubu. Funkcję tę objął na przełomie lat 1969/1970 i sprawował aż do 1982 roku, tj. do zakończenia swojej działalności sportowej. Za pracę i poświęcenie dla sportu Feliks Borzęcki otrzymał od władz szereg odznaczeń i wyróżnień. M. in. za wybitne zasługi położone dla rozwoju kultury fizycznej i sportu na wsi Prezydium Rady Głównej Zrzeszenia LZS przyznało mu w dniu 21 stycznia 1965 roku srebrną odznakę LZS. Złotą Odznakę LZS przyznano mu już w dniu 10 lutego 1967 roku. Uwieńczeniem działalności sportowej Feliksa Borzęckiego był otrzymany w dniu 19 czerwca 1981 roku Medal Za Zasługi Dla Rozwoju Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki na wsi tarnowskiej.

Podziękowanie przyznane przez Wydział Kultury Fizycznej i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie z dnia 6 maja 1974 roku.

            Żona Feliksa Borzęckiego Adela z Kwiecińskich oraz ich córka Alicja Borzęcka-Nikolov mieszkają w Żabnie, na ulicy Rynek 24, a brat Włodzimierz Borzęcki, w Warszawie na ulicy Batumi 2 m. 60, tel. 42-42-57

W latach 1946-1960 zawodnikiem LZS Dunajec Żabno był także Wiktor Borzęcki.
Źródła: Sport. Katowice 11 lipca 1978 roku;

Źródła: DOMAŃSKI P. : Zarys rozwoju sportu w Żabnie od początków do 1990 roku. Żabno : Mała Poligrafia Redemptorystów w Tuchowie, 1995.

 

 

POSŁUSZNA WOLI BOŻEJ

            W 1937 roku doczesne szczątki fundatorek Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek matki Celiny z Chludzińskich Borzęckiej i jej córki Jadwigi Borzęckiej przeniesiono z cmentarza parafialnego w Kętach do krypty pod kaplicą zakonną. W 2001 roku zostały one umieszczone w marmurowych sarkofagach w kościele parafialnym św. Małgorzaty i Katarzyny w Kętach.
27 października 2007 roku w Bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie Kościół ogłosił matkę Celinę z Chludzińskich Borzęcką, błogosławioną. Było to uwieńczenie trwającego 63 lata procesu kanonizacyjnego.

    

Źródła: MARSZAŁEK J. : Posłuszna woli Bożej. Niedziela, Tygodnik katolicki, 2007, Nr 27.

 

 

MALWINA JANOWSKA (1842-1926)

ZAPOMIANA NAUCZYCIELKA Z WOLICY

  

 Malwina Janowska i faksymile jej podpisu.

            Dnia 8 marca 1926 roku dzienniki krakowskie i lwowskie zamieściły informację o śmierci Malwiny z Borzęckich Janowskiej, wieloletniej nauczycielki i dyrektorki szkoły im. Tadeusza Czackiego w Krakowie. Wspomnienia pośmiertne ukazały się między innymi w krakowskim konserwatywnym „Czasie”, lwowskim liberalnym „Wieku Nowym”, klerykalnym i antysemickim „Głosie Narodu” oraz w wydawanym w Krakowie polskojęzycznym, żydowskim „Nowym Dzienniku”. Wszystkie te gazety, bez względu na sympatie i antypatie polityczne i społeczne, jednobrzmiąco podkreślały zasługi Malwiny Janowskiej, jej zaangażowanie w kształcenie i wychowanie dziewcząt żydowskich i chrześcijańskich, działalność publicystyczną i literacką, szlachetność charakteru i patriotyzm. Czym zasłużyła sobie ta skromna nauczycielka na takie pochwały? I dlaczego przypominamy jej osobę na łamach forum poświęconemu Kazimierzowi?

Rodzina, pierwsze lata życia i edukacja

            Malwina urodziła się w 1842 roku, prawdopodobnie w Krakowie. Jej rodzicami byli Antoni Borzęcki herbu Półkozic oraz Hortensja Jaxa–Rożen herbu Gryf. Pochodziła więc po mieczu i po kądzieli ze szlacheckich rodzin o starych korzeniach i tradycjach, lecz na początku XIX wieku już mocno zubożałych. Dla niezamożnej panny z dobrego domu jedynym „ratunkiem” w ówczesnych czasach było dobre zamążpójście lub wykształcenie dające możliwość pracy i zarobkowania. Tą pracą było najczęściej zajęcie nauczycielki. I taką drogę wybrała Malwina. W wieku 20 lat rozpoczęła pracę w Krakowie w żeńskich szkołach, najczęściej 4 klasowych, przeznaczonych dla dziewcząt z uboższych mieszczańskich domów. Przez krótki czas pracowała też jako nauczycielka w wiejskich szkołach w powiecie sądeckim. W 1863 roku wsparła ruch powstańczy jako sanitariuszka. W 1866 roku wyszła za mąż za Władysława Janowskiego, powstańca styczniowego, szlachcica z rodu pieczętującego się herbem Ślepowron. Władysław, również niezamożny, trudnił się administrowaniem lasów w różnych majątkach, przy czym najdłużej pozostawał na Żywiecczyźnie, stąd na Malwinę spadło utrzymanie i siebie samej, i dwójki dzieci: Stanisława i Bronisławy.

            Przybliżając tu osobę Malwiny Janowskiej warto wspomnieć kilka słów o jej synu i córce. Starszym dzieckiem Malwiny i Władysława Janowskich urodzonym w 1866 roku był Stanisław. Artysta malarz, pejzażysta i portrecista, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Monachium, również scenograf i reżyser teatralny. Stanisław był współtwórcą między innymi nie zachowanych do dziś „Panoramy Tatr” i „Panoramy Lwowa”. Był też żołnierzem II Brygady Legionów Polskich, dokumentalistą jej dziejów w szkicowniku, na płótnie i kliszach fotograficznych. Był też mężem wybitnej dramatopisarki Gabrieli Zapolskiej. Drugim dzieckiem Janowskich była Bronisława, urodzona w 1868 roku, znana później pod nazwiskiem Rychter–Janowska. Bronisława zasłynęła jako malarka polskich dworków, również publicystka i pisarka. Obrazy Stanisława i Bronisławy zdobią liczne muzea polskie i zagraniczne: Muzeum Narodowe, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Muzeum Watykańskie i wiele innych.

Szkoła w kazimierskim Ratuszu i jej dyrektorka

            Stan kazimierskiego Ratusza położonego na placu Wolnica w drugiej połowie XIX wieku był opłakany. Po najeździe szwedzkim popadał w coraz większą ruinę, w XVIII wieku w skutek defraudacji przez radnych kazimierskich funduszy przeznaczonych na remont uległ częściowemu zawaleniu. Ratunkiem dla tego zabytku okazała się adaptacja na szkołę. W odremontowanym i rozbudowanym, według planów Stefana Żołdaniego, ratuszu otworzono w 1875 roku szkołę miejską. W zasadzie były to dwie szkoły – męska i żeńska, początkowo pod wspólną dyrekcją. W gronie nauczycielskim tej szkoły, od początku jej istnienia, była właśnie Malwina Janowska. Musiała być już wówczas doświadczoną nauczycielką, skoro przy jej nazwisku dopisano „członkini Towarzystwa Pedagogicznego”. Podobny dopisek był tylko przy nazwisku dyrektora szkoły i jeszcze jednego nauczyciela. Duże grono pedagogiczne, liczące blisko dwadzieścia nazwisk, świadczyło, że szkoła kształciła bardzo dużą grupę chłopców i dziewcząt. Kilka lat później nastąpiło rozdzielenie na dwie szkoły: „V. męską szkołę 4 klasową im. Kazimierza Wielkiego” i „VI. żeńską 4 klasową szkołę im. Tadeusza Czackiego”. Ten rozdział dokonał się przed 1879 rokiem.

            Pierwszą dyrektorką żeńskiej szkoły w kazimierskim Ratuszu została Malwina Janowska. Funkcję tę pełniła do co najmniej 1900 roku. Szkoła, pomimo że mieściła się w sercu żydowskiej dzielnicy, kształciła również dzieci chrześcijańskie. Te ostatnie były jednak w zdecydowanej mniejszości. Wśród pedagogów tej szkoły był i nauczyciel religii mojżeszowej, i ksiądz katecheta. W ostatniej dekadzie XIX wieku szkoła została przemianowana na 5 klasową. Malwina Janowska przepracowała w niej aż 25 lat, w tym ponad 20 lat jako jej dyrektorka. Po 1900 roku przeniosła się na krótko do Starego Sącza, aby po przejściu na emeryturę znów powrócić do Krakowa.

Działalność publicystyczna i literacka Malwiny Janowskiej

            Swoją misję edukacyjną Janowska spełniała nie tylko przez nauczanie szkolne. Pisała drobne powieści „przeznaczone dla ludu”, jak wówczas to określano, które drukowała w „Wieńcu i Pszczółce”, lwowskim tygodniku skierowanym do mieszkańców wsi galicyjskich i mającym za cel podniesienie poziomu oświaty i kultury. Jej pseudonim literacki brzmiał „Zośka z Wojnarowy”. W Wojnarowej bowiem zaczynała swą nauczycielską drogę zawodową. Znana jest również jej korespondencja z Teofilem Lenartowiczem, polskim poetą, powstańcem i emigrantem, korespondencja publiczna na łamach gazet ... pisana wierszem. Namawiała ona usilnie Lenartowicza do powrotu do kraju. Wiersze Janowskiej nigdy nie pozostawały bez odpowiedzi Lenartowicza, jednak nie dał się przekonać do powrotu. Powróciły do Krakowa dopiero jego prochy, które złożone zostały w Krypcie Zasłużonych na Skałce.  

Malwina Janowska
(rys. Bronisława Rychter-Janowska, córka Malwiny).

Opłakiwana śmierć Malwiny Janowskiej

            Malwina Janowska zmarła 6 marca 1926 roku i pochowana została w grobowcu rodzinnym, obok swojego męża Władysława, na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie (kw. VI). We wspomnieniu pośmiertnym o Malwinie Janowskiej opublikowanym w „Nowym Dzienniku” dzień po pogrzebie czytamy:

Śp. Janowska, będąc przez dziesiątki lat nauczycielką, a następnie dyrektorką szkoły w dzielnicy żydowskiej wychowała kilka generacyj młodzieży żydowskiej.

Zawodowi swemu oddawała się przez 42 lata z największym zamiłowaniem zyskując wdzięczną pamięć uczennic.

Przed śmiercią objawiła śp. Janowska życzenie, aby i dzieci żydowskie wzięły udział w jej pogrzebie.

Jej wola została wypełniona. W dalszym ciągu wspomnienia czytamy:

Wczoraj odbył się na cmentarzu rakowickim pogrzeb przy licznym udziale publiczności.

Delegacja uczennic żydowskich szkoły im. Czackiego z dyr. Kriewerówną złożyła wieniec na grobie zasłużonej nauczycielki.

 Cmentarz Rakowicki w Krakowie - płyta nagrobkowa Malwiny Janowskiej i jej męża Władysława.

            Nakreślona tu postać Malwiny Janowskiej, niestrudzonej działaczki na polu szkolnictwa, która całe życie zawodowe poświęciła kształceniu dzieci żydowskich z uboższych rodzin, jest świetlistym przykładem miłości do ludzi bez względu na narodowość, wyznanie, stan społeczny i materialny. Janowska była gorliwą katoliczką, po śmierci męża została nawet tercjarką III Zakonu św. Franciszka. Była prawdziwą chrześcijanką, która przykazanie miłości bliźniego realizowała całym swoim życiem i pracą. Kochała dzieci żydowskie i one ją kochały. Warto pamiętać o takich wielkich duchem postaciach!

Fotografie i reprodukcje z archiwum autora: Piotr Gryglaszewski.

Bibliografia: (1) Archiwum Bronisławy–Rychter Janowskiej (zb. pryw.). (2) Bronisława Rychter–Janowska, Mój dziennik 1912–1950, Rps Ossol. 12073, Mf 2249. (3) Nekrologi Malwiny Janowskiej [w:] Czas, Głos Narodu, Nowy Dziennik (Kraków), Wiek Nowy (Lwów), 1926. (4) Szematyzmy Królestwa Galicyi i Lodomeryi z Wielkim Księstwem Krakowskim na rok..., Nakładem Prezydyum C. K. Namiestnictwa, Lwów, roczniki od 1875 do 1905. (5) Bogusław Krasnowolski, Ulice i place krakowskiego Kazimierza – Z dziejów Chrześcijan i Żydów w Polsce, Universitas, Kraków, 1992. (6) Wykaz ulic, placów i właścicieli domów w mieście Krakowie [...] zamknięty 1 marca 1892 r. [...] ułożony przez Urząd Budownictwa Miejskiego w Krakowie, 1892.

Źródła: GRYGLASZEWSKI P. : Malwina Janowska (1842-1926) zapomniana nauczycielka z Wolnicy. Kraków : 2010.

 

 

ŻYWOT BŁOGOSŁAWIONEJ KAROLINY KÓZKÓWNY

Fotografia szkolna Karoliny Kózki

GENEALOGIA

            Należąca niegdyś do hrabiego Tomasza Zamojskiego galicyjska wieś Wał-Ruda leży nad Dunajcem w odległości 23 km na północny zachód od Tarnowa i 7,5 km na północ od Radłowa. Jej najdalej wysuniętym przysiółkiem (dawniej zwanym wólką) jest Śmietana. Tutejsze grunty położone w pobliżu Dunajca i pomniejszych jego dopływów stanowiły wydarte prastarej puszczy podmokłe piaski. Ziemia ta nigdy nie była zbyt urodzajna. Dziewięć morgów ziemi takiej ziemi otrzymał na wieczność Tomasz Borzęcki. Zaliczał się on do swoistej arystokracji wiejskiej gdyż jego rodzina należała do najbogatszych w okolicy. Jego syn Franciszek (1874-1915) był niewątpliwie człowiekiem nieprzeciętnym. Swoją inteligencją, dobrocią i aktywnością społeczną zyskał ogólny szacunek wśród mieszkańców wioski. Dużo czytał, wszystko przeżywał, rozważał a potem tłumaczył innym. W jednej z izb swojego rodzinnego domu we wsi Wał-Ruda na bazie odziedziczonego po ojcu zbioru książek który nadal systematycznie powiększał założył bibliotekę i czytelnię ludową. Chętnie zbierali się tam okoliczni mieszkańcy by wymieniać swoje uwagi i doświadczenia z dziedziny rolnictwa, sadownictwa lub hodowli. Tam też organizowano okolicznościowe nabożeństwa, recytacje wierszy czy śpiewania pieśni religijnych lub patriotycznych. Franciszek uczestniczył również w życiu religijnym wsi. Prowadził procesje w Dni Krzyżowe oraz pogrzeby do Radłowa. Przewodniczył nabożeństwom majowym i październikowym organizowanym przy figurze Matki Bożej. Z marł nagle w drodze do kościoła w dniu 1 lipca 1915 roku.
Siostrą Franciszka była Maria z Borzęckich Kózka (1870-1936).

            Jan Kózka (1865-1935) mieszkał w przysiółku Śmietana. Osierocony przez ojca w siódmym roku życia i źle traktowany przez ojczyma musiał w końcu wynieść się z domu. Nie posiadając żadnego majątku został zwykłym ubogim wyrobnikiem tułającym się po służbach we dworze i u okolicznych chłopów. Nie wiadomo w jakich okolicznościach niemłody już bo prawie 45 letni Jan poprosił o rękę Marii Borzęckiej. Dlaczego Borzęccy zgodzili się na to małżeństwo również pozostaje tajemnicą. W każdym bądź razie ich ślub odbył się 9 września 1890  roku w kościele w Radkowie.
Przez pierwszy rok po ślubie małżonkowie mieszkali u matki Marii.
Żyli skromnie i ubogo ale mimo różnic w pozycji społecznej zgodnie pracowali na malutkim dwu hektarowym gospodarstwie. Dzięki temu stopniowo dorobili się własnego domu
i dokupili jeszcze cztery hektary ziemi. Dom Kózków  był zwykłą drewnianą i krytą słomą wiejską chatą. W lewym skrzydle mieściło się jednoizbowe mieszkanie dla rodziny a w prawym stajnia dla bydła.

            Kóżkowie byli ludźmi głębokiej wiary. Należeli do Apostolstwa Modlitwy, Żywego Różańca oraz Bractw Wstrzemięźliwości i Komunii św. Wynagradzającej. Jeżeli jednak pobożność Jana była jak on sam cicha, to Maria pod tym względem przejawiała większą żywiołowość. Wielokrotnie wędrowała o chlebie i wodzie do cudownych obrazów Matki Bożej w pobliskim Odporyszowie koło Żabna i oddalonym o ponad 40 km Tuchowie. Trzynaście razy była z kompanią w Kalwarii Zebrzydowskiej. Chodziła też do odległej Częstochowy.
Dzień u Kózków rozpoczynał się bardzo wcześnie: w lecie o czwartej, w zimie o piątej rano. Krzątając się przy porannych obrządkach, śpiewali Godzinki. Przy tym śpiewie budziły się dzieci, musiały więc zachować ciszę przy ubieraniu się. Dopiero teraz cała rodzina pod przewodnictwem matki odmawiała pacierz, po czym zasiadano do śniadania, a następnie każdy szedł do swoich zajęć: młodsze dzieci do szkoły, starsze zostawały do pracy w gospodarstwie lub u sąsiadów, podobnie rodzice. W południe odmawiano Anioł Pański, po czym matka podawała typowy wiejski obiad: ziemniaki z kapustą, groch, bób lub kasza, w niedziele zaś kluski lub pierogi (mięso zjawiało się tylko w wielkie święta). W porze letniej około piątej po południu bywał podwieczorek (chleb i mleko). Wieczerzą poprzedzała wspólna modlitwa Anioł Pański. Pracowity dzień kończył się około dziewiątej w nocy. Wszyscy klękali wtedy do pacierza, po czym szli spać.
Nieco inaczej było w niedziele i święta. Rano, o ósmej rodzice wychodzili do kościoła do Radłowa (ponad 7 km), by przed sumą śpiewać różaniec, dzieci zaś wychodziły nieco później. Po powrocie z kościoła wszyscy zasiadali do obiadu, po czym ktoś z rodziny znów szedł do kościoła na nieszpory, pozostali zaś wypełniali wolny czas czytaniem czy śpiewem; dzieci opowiadały, co zapamiętały z kazania.
Zwykle w świąteczno-niedzielne popołudnia do domu Kózków schodzili się sąsiedzi. Wspólnie odmawiano modlitwy, śpiewano – zależnie od okresu – kolędy, pieśni wielkopostne czy maryjne, kobiety u swej zelatorki zmieniały tajemnice różańcowe, czytywano Pismo Święte czy żywoty świętych, a także czasopisma religijne (m. in.
Posłańca Serca Jezusowego), które Kózkowa prenumerowała. Nic dziwnego, że dom Kózków nazywano często Domowym kościółkiem, Betlejemką czy Jerozolimką.

            Czwartym spośród jedenaściorga dzieci Jana i Marii z Borzęckich była Błogosławiona Karolina. Urodziła się w uroczystość Matki Boskiej Anielskiej w dniu 2 sierpnia 1898 roku Jej chrzest odbył się w dniu 7.08.1898 roku w kościele parafialnym w Radłowie. Udzielił go ks. Józef Olszowiecki a rodzicami chrzestnymi zostali Jan Kosman i Karolina Łopuszyńska.

ŚRODOWISKO

            Zabawa to stara wieś rycerska, własność panów Zabawskich, choć tak naprawdę należała do dóbr stołowych biskupów krakowskich. Jeden z nich – biskup Wisław z Kościelca (1229-1242), chcąc poratować w biedzie swych braci, którzy, jak wielu innych, stracili wszystko podczas najazdu Tatarów w 1241 roku, pozwolił im w lasach radłowskich założyć dwie wsie.

Były to właśnie Zabawa i Drohcza (dzisiejszy Zdrochec). Zabawscy jednak z czasem zaczęli sobie rościć pretensje do całości lasów. Dopiero energiczny biskup Zbigniew Oleśnicki (1423-1455) uporządkował te sprawy 4 maja 1450, czego świadectwem jest słup graniczny przy drodze do Radłowa. Napis łaciński głosi, że rozdziela on posiadłości duchowe i pańskie; na prawo daje duchowieństwu, na lewo przyznaje panom . Dziś trudno zgadnąć, od jakiego punktu mierzono te odległości, wtedy w każdy razie takie rozgraniczenie wystarczało…
Zabawa leży ok. 20 km na północny zachód od Tarnowa i ok. 7-5 km na północ od Radłowa, do którego jako do parafii należała od stuleci wraz z sąsiednią wsią zwaną Wał Ruda. Obie te miejscowości w roku 1913 zostały odłączone od Radłowa i stały się samodzielną parafią. Ziemie tutejsze, położone w pobliżu Dunajca i pomniejszych jego dopływów to podmokłe piaski wydarte prastarej puszczy, które nigdy nie były zbyt urodzajne; od rolników wymagały ciężkiej pracy i cierpliwej wytrwałości.
Wał Ruda składała się w XIX w. z trzech grup domów. Były to: wólka Śmietana licząca 47 domów i 212 mieszkańców, wólka Ruda mająca 29 domów i 149 mieszkań-ców oraz wieś Wał z 41 domami i 227 mieszkańcami. W 1885 folwarki Radłów i Wał-Ruda kupił hrabia Tomasz Zamoyski, właściciel Kuźnic i Zakopanego .
Kiedyś wólka, dziś przysiółek Śmietana przytyka wprost do lasu, części dawnej puszczy. Tam przyszła na świat Karolina Kózkówna, tam też rozegrał się ostatni akt jej 17-letniego życia: uprowadził ją i zamordował w lesie rosyjski żołnierz. Od samego początku miejscowy proboszcz i ludzie nazywali to morderstwo męczeństwem i historia przyznała im rację. Ale nie uprzedzajmy faktów…

ZNALEZIENIE

            Gdy ją wreszcie odnaleziono, nie żyła już od dwóch tygodni. Leżała na wznak z otwartymi oczami zwróconymi ku niebu, pośród olch na mokradłach ledwie ściętych pierwszym mrozem, posypanych pierwszym śniegiem. Na twarzy zastygło cierpienie – niemy świadek stoczonej walki. Na szyi pod brodą widniał czarny skrzep, a od lewego obojczyka ku prawej piersi ciągnęła się głęboka rana. Bose, ubłocone nogi były podrapane kolcami ostrężyn i głogów, przez które się przedzierała uciekając. Ten, co ją znalazł, nie miał wątpliwości: była to poszukiwana od dwóch tygodni 16-letnia Karolina Kózkówna, uprowadzona 18 listopada 1914 roku przez rosyjskiego żołnierza.
Dopiero w domu, gdy obmywano ciało, ujawniła się cała prawda tej śmierci. Odniesione rany były świadectwem dzikości napastnika, który nie mogąc jej zniewolić, szalał z szablą w ręku, rąbiąc, gdzie popadło. Gdy upadła martwa, zbrodniarz schował szablę i dołączył do swoich. Nigdy go nie odnaleziono.

Karoliny nikt nie odważył się szukać, choć na wieść o uprowadzeniu córki Kózków we wsi zawrzało. Okazało się, że mimowolnymi świadkami ostatniej drogi Kózkówny byli dwaj jej rówieśnicy: Franek Zaleśny i Franek Broda, którzy ukrywali w lesie konie przed grożącymi wciąż rekwizycjami. Widząc rosłego żołnierza i szamocącą się z nim kobietę, której nie rozpoznali, pognali z wieści do wsi. Tak natknęli się na Jana Kózkę, który zapłakany stał oparty o róg stodoły i błędnym wzrokiem patrzył w las. Widząc go w takim stanie, chłopcy zrozumieli bez słów, że tą szamocącą się z osiłkiem była Karolina. Opowiedzieli więc, co widzieli: że broniła się dzielnie przed napastnikiem, że nawet próbowała mu się wyrwać i zawrócić.

UPROWADZENIE

            Ludzie zeszli się do Kózków i usiłowali jakoś pocieszać rozpaczającego Jana, od którego w urywanych zdaniach dowiedzieli się, co zaszło. Otóż krzątał się on po obejściu, gdy wpadło trzech rosyjskich żołnierzy domagających się chleba, niedługo potem znowu trzech, ale wszyscy, otrzymawszy chleb, odeszli. Potem wpadł jeszcze jeden, wypił garnuszek śmietany i poszedł sobie. Nastała po nim cisza, ale jakaś niedobra, złowroga.
Było około dziewiątej, gdy w obejściu Kózków pojawił się rosły Kozak. Rozejrzał się czujnie wokoło i upewniwszy się, że niespodzianek nie będzie, ruszył ostro do Kózki z zapytaniem o to, gdzie są wojska austriackie. Przerażony gospodarz źle zrozumiał pytanie, co jeszcze bardziej rozwścieczyło żołnierza. Chwyciwszy biednego Jana za gardło trząsł nim jak gruszką i powtarzał swoje.
Zza firanki przyglądała się całemu temu zajściu Karolina. Żołnierz ją zauważył i wszystko przeniosło się do izby. Karolina pytana o to samo, była niemniej przerażona od ojca, zdobyła się przecież na rezolutną odpowiedź: „Skoro tata nie wie, to ja tym bardziej”. Próbowała wymknąć się z izby, ale rosły drab stanął w drzwiach i nie pozwolił. Wrzeszcząc i przeklinając kazał ojcu i córce natychmiast iść ze sobą do oficera.
Kózka ochłonąwszy nieco, próbował skierować pochód w stronę wsi (dom Kózków stał na jej skraju); liczył, że może chociaż córkę uda się jakoś uratować, ale żołnierz wskazał ręką pobliski las. Na jego skraju przystawił Janowi broń do piersi i mimo gorących jego protestów i zaklinania się na wszystko, zagroziwszy śmiercią, rozkazał wracać natychmiast do dzieci. Sterroryzowany Kózka, ociągając się, zawrócił. Dowlókł się do zagrody, oparł się o róg stodoły i stał tak blady, roztrzęsiony, patrzący przez łzy w stronę lasu. Tak zastali go chłopcy.

OCZEKIWANIE

            W tym czasie wróciła Kózkowa z kościoła i dowiedziawszy się, co zaszło – zemdlała. Przyszedłszy do siebie, wśród łez i wyrzekań opowiedziała, jak to było z jej pójściem do kościoła. Otóż od 13 listopada w parafii odprawiano nowennę ku czci św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży. W tym dniu Karolina była do spowiedzi i Komunii św. i potem biegała codziennie rano do kościoła. Po raz ostatni 17 listopada. Po południu tego dnia wieś i okolica stała się wielką kwaterą wojsk rosyjskich. Na razie ich zachowanie się było względnie poprawne, ale ludzi sparaliżowała trwoga. Byli przecież zupełnie bezbronni wobec gwałtów, rekwizycji bydła i koni oraz dzikości Kozaków, o których gotowości do „pohulanki” opowiadano sobie wieści jedne straszniejsze od drugich. Krytycznego dnia, 18 listopada, Kózkowa wstała z gotowym postanowieniem: Karolcia zostanie dziś w domu ze względu na plątających się żołnierzy, do kościoła zaś pójdzie ona sama. Karolina próbowała wytłumaczyć matce, że i ona powinna pójść, ale matka pozostała nieugięta.
Mijały godziny, a Karolina nie wracała. Na drugi dzień co śmielsi ruszyli na poszukiwania, powiadomiono proboszcza, ten zaś z kolei wystąpił energicznie do władz wojskowych. Wszczęto poszukiwania na większą skalę, komenda wojsk rosyjskich przydzieliła nawet kilku żołnierzy, którzy przeszukali las zgodnie z tym, co opowiadali chłopcy, ostatni świadkowie zmagań dziewczyny z napastnikiem – wszystko na próżno. Przepadła jak kamień w wodę.
Tymczasem Karolina na skutek ucieczki, której nie brano w rachubę, znalazła się na skraju lasu, do którego została uprowadzona. Odnalazł ją zupełnie przypadkowo Franciszek Szwiec, który 4 grudnia zbierał tam gałęzie na opał. W rezultacie dokładnych oględzin zwłok nie stwierdzono zgwałcenia. Ceną stało się życie.
Nagle wszystko się zmieniło. Kilkadziesiąt minut heroicznych zmagań sprawiło, że na życie Karoliny ludzie zaczęli patrzeć zupełnie inaczej. Zaczęli rozumieć to, co przedtem wydawało się im dziwactwem, na co przedtem co najwyżej wzruszali ramionami. Zaczęli zauważać głębiej tam, gdzie przedtem widzieli przesadę, a codzienna wierność Karoliny Bogu nabrała wyrazu świadectwa. Już ludzie zgromadzeni na po-grzebie w niedzielę 6 grudnia, a zebrało się ich ponad 3 tysiące, pod wrażeniem tego, co się stało, w atmosferze żalu, dawali wyraz przekonaniu o świętości jej życia, a to, co zaszło, zaczęto nazywać męczeństwem.

Z TAKIEJ RODZINY WYSZŁA

            Karolina Kózkówna urodziła się 2 sierpnia 1898 roku we wsi Wał-Ruda nad Dunajcem, 23 km od Tarnowa, w przysiółku o nazwie Śmietana. Była czwartym spośród jedenaściorga dzieci Jana i Marii z Borzęckich. Ona wywodziła się ze swoistej arystokracji wiejskiej, była bowiem córką jednej z najbogatszych rodzin w okolicy, on zaś, osierocony przez ojca w 7 roku życia i źle traktowany przez ojczyma, był zwykłym ubogim wyrobnikiem. To że Borzęccy zgodzili się na małżeństwo swej córki z biedakiem tułającym się po służbach świadczy o szacunku, jakim Jan się cieszył w swoim środowisku.
Mimo tych różnic w pozycji społecznej Kózkowie pracowali zgodnie na malutkim początkowo gospodarstwie; żyli skromnie i ubogo, dzięki czemu stopniowo dorobi-i się własnego domu i dokupili ziemi. Byli ludźmi głębokiej wiary, należeli do Apostolstwa Modlitwy, Żywego Różańca oraz Bractw Wstrzemięźliwości i Komunii św. wynagradzającej. Jeżeli jednak pobożność Jana była cicha jak on sam, to pobożność Marii była bardziej żywiołowa. Wielokrotnie wędrowała o chlebie i wodzie do cudownych obrazów Matki Bożej w pobliskim Odporyszowie koło Żabna i oddalonym o ponad 40 km Tuchowie; 13 razy była z kompanią w Kalwarii Zebrzydowskiej, chodziła też i do odległej Częstochowy…
Dzień u Kózków rozpoczynał się bardzo wcześnie: w lecie – o czwartej, w zimie – o piątej. Krzątając się przy porannych obrządkach, śpiewali Godzinki. Przy tym śpiewie budziły się dzieci, musiały więc zachować ciszę przy ubieraniu się. Dopiero teraz cała rodzina pod przewodnictwem matki odmawiała pacierz, po czym zasiadano do śniadania, a następnie każdy szedł do swoich zajęć: młodsze dzieci do szkoły, starsze zostawały do pracy w gospodarstwie lub u sąsiadów, podobnie rodzice. W południe odmawiało się Anioł Pański, po czym następował typowy wiejski obiad: ziemniaki z kapustą, groch, bób lub kasza, w niedziele zaś kluski lub pierogi; mięso u Kózków zjawiało się tylko w wielkie święta; w porze letniej około piątej po południu bywał podwieczorek (chleb i mleko). Pracowity dzień kończył się wieczerzą, którą poprzedzała wspólna modlitwa Anioł Pański. Około dziewiątej wszyscy klękali do pacierza, po czym szło się spać.
Nieco inaczej było w niedziele i święta. Rano, o ósmej rodzice wychodzili do kościoła do Radłowa (ponad 7 km), by przed sumą śpiewać różaniec, dzieci zaś wychodziły nieco później. Po powrocie z kościoła wszyscy zasiadali do obiadu, po czym ktoś z rodziny znów szedł do kościoła na nieszpory, pozostali zaś wypełniali wolny czas czytaniem czy śpiewem; dzieci opowiadały, co zapamiętały z kazania.
Zwykle w świąteczno-niedzielne popołudnia do domu Kózków schodzili się sąsiedzi. Wspólnie odmawiano modlitwy, śpiewano – zależnie od okresu – kolędy, pieśni wielkopostne czy maryjne, kobiety u swej zelatorki zmieniały tajemnice różańcowe, czytywano Pismo Święte czy żywoty świętych, a także czasopisma religijne, które Kózkowa prenumerowała.
Drugim domem, który ściągał ludzi, był dom brata Kózkowej, Franciszka Borzęckiego. Był to człowiek nieprzeciętny, nie tylko na owe czasy. Dużo czytał, wszystko przeżywał, rozważał i tłumaczył potem innym. Miał po ojcu sporą bibliotekę, którą wciąż uzupełniał nowymi książkami. Jedną z izb swej obszernej chaty przeznaczył Franciszek na coś w rodzaju świetlicy-biblioteki. Tam właśnie zbierali się ludzie, wymieniali uwagi i doświadczenia z dziedziny rolnictwa, sadownictwa i hodowli, organizowali okolicznościowe nabożeństwa, recytacje wierszy czy śpiewania pieśni religijnych i patriotycznych. Czytano też na głos książki czy czasopisma; czynił to chętnie sam Franciszek lub Karolina, którą ludzie bardzo za to lubili, bo czytała płynnie, miała dobry głos i dykcję. W takim to środowisku i klimacie wzrastała Karolina.

OSOBOWOŚĆ KAROLINY

            Karolina nie wyróżniała się niczym szczególnym, miała jednak w sobie coś, co sprawiało, że ludzie ją lubili. Nigdy nie chorowała. Sama niezmordowana, dokładna i obowiązkowa z trudem mogła zrozumieć czyjeś utyskiwania. W takich wypadkach, jak zapamiętały jej koleżanki, bywała apodyktyczna, ostra i wybuchowa, choć przelotnie. Była ogromnie wrażliwa na doznane dobro, ale też głęboko przeżywała własne niepowodzenia, żywiołowo współczuła nieszczęściu, cierpieniu czyjejś biedzie czy niedoli. Kiedyś, gdy w lesie zbierała z dziewczętami gałęzie na opał, uzbieraną wiązkę oddała koleżance, mówiąc po prostu: „Tobie trzeba więcej, bo ci bieda”. Nad sobą nigdy się nie użalała, wiedziała, czego chce, a ludzie mówili, że wszystko, co robiła i mówiła, było głęboko przemyślane i celowe. Była rozważna i spokojna, emanował z niej spokój wyrażający świadomość celu, stałość dążeń i siłę woli.
Do szkoły Karolina chodziła w rodzinnej miejscowości, uchodziła za uczennicę pilną, obowiązkową i pracowitą, taką ją zapamiętały koleżanki, tak ją wspominali nauczyciele i katecheci. Najpilniej jednak uczyła się religii; z czasem zaczęła imponować środowisku swą wiedzą w tej dziedzinie. Toteż matki bo niej odsyłały dzieci po wyjaśnienia katechizmowe. Bywało, że i starsi nie krępowali się pytać nastolatki, nawet proboszcz przyznawał, że rozmawiając z Karoliną na tematy religijne, sam wiele korzystał. Religijność była jej żywiołem, stała się czynnikiem porządkującym całe jej życie, nadającym szczególny rys mistycyzmu jej dojrzewającej osobowości.
Karolina bardzo lubiła się modlić. Modlitwa była dla niej rozmową z niewidzialnym, ale wszędzie obecnym Bogiem, którego obecność żywo odczuwała. Układając kwiatki przed domowym ołtarzykiem Matki Boskiej była jak zahipnotyzowana, jak-by stała wprost przed Maryją. Modliła się z głębokiej potrzeby serca. Bywało, że wstawała wraz z rodzicami, a nawet i wcześniej, by móc się długo modlić, potem zaś, odro-biwszy swoje, „leciała” do kościoła na Mszę św. Wieczorami, zwłaszcza zimą, długo klęczała przy łóżku modląc się. Ojciec czasem zwracał jej uwagę: „Idź już spać, bo zimno, nie klęcz tyle”. – Jeszcze się wyśpię – odpowiadała, a potem długo przesuwała w palcach różaniec , który zwykła odmawiać cały, czyli wszystkie trzy części.
Modlitwa była jej potrzebna do życia. „Żeby się dostać do nieba – westchnęła kiedyś – jakby tam było dobrze”. Właśnie myśl o niebie kazała jej nosić się skromnie. „Nie chcę się stroić, bo by mnie pycha ponosiła i nie mogłabym się modlić” – mówiła i to samo doradzała koleżankom. Podziwiano jej pracowitość i poczucie obowiązku, praca była dla niej jakby wewnętrzną potrzebą.
Niewiele zapewne osób domyślało się, że źródłem jej niezmordowanej aktywności było zjednoczenie z Chrystusem; ona dla Niego pracowała. „Żeby Pan Jezus nas kochał – mawiała – żeby podobać się Bogu”. Nie umiała próżnować. „Pan Jezus na nas patrzy – mówiła, zachęcając siebie i koleżanki. Tutaj też zapewne trzeba widzieć źródło jej głębokiego poczucia uczciwości. Kiedyś np., gdy pracę we dworze przerwał deszcz, ona wzbraniała się przyjąć zapłatę za pełną dniówkę.
Miała Karolina wyrobione poczucie obowiązku. Wszystkie swoje zobowiązania, czy to w domu, czy w szkole, czy na „pańskim” wykonywała pilnie i dokładnie, z po-czuciem odpowiedzialności. Obowiązkowości domagała się też od innych, od rodzeństwa i koleżanek.
W opinii środowiska była dziewczyną subtelną i wrażliwą, zwłaszcza na wszelką dwuznaczność w mowie i zachowaniu. Nie pozwalała na rozmowy nieprzyzwoite, niestosowne słowa czy żarty. Otoczenie wiedziało o tym i dostosowywało się do niej, choć czasem niechętnie. „Uważajcie – mówili czasem chłopcy z przekąsem – bo jest tu ta tercjarka, to znowu będzie boleć, jak coś złego powiemy”. Nie gniewała się te i tym podobne epitety, cieszyła się, że jednak uważali, wprawdzie ze względu na nią, ale jednak zła było mniej, a to przyczyniało chwały Bogu. Świadkowie jej życia pamiętają, że była pogodnego usposobienia, a przy tym cicha i skromna, a nawet trochę nieśmiała. Wyróżniała się jakąś wewnętrzną harmonią, promieniowała pokojem duchowego ładu i porządku. Z głęboką, ujmującą wdzięcznością przyjmowała każdy przejaw dobra, serdecznie współczuła każdej niedoli, a przy tym była prosta i naturalna.
Wyrastała ponad swe otoczenie, ponad jego zwyczajność, a przecież była zwyczajna, ot, zwykła wiejska, szczerze pobożna dziewczyna. Jeden ze świadków w procesie beatyfikacyjnym wyraził to po prostu: „Dusza pierwsza do nieba”. Niech te słowa posłużą nam za podsumowanie tego życia tak krótkiego, a tak intensywnego.

BŁOGOSŁAWIONA

            Droga Karoliny do oficjalnej chwały Kościoła była stosunkowo krótka jak na zwyczaje Kościoła, a to dlatego, że jej sprawę poprowadzono po linii męczeństwa (w takim przypadku nie potrzeba czekać na świadectwo cudu). Jednakże nim zapadła taka decyzja, w Kongregacji do spraw Świętych długo dyskutowano czy morderstwo popełnione na Karolinie przez żołnierza należy zaliczyć na smutne konto wojny, czy też było to męczeństwo w tradycyjnym rozumieniu oddania przez chrześcijanina życia za wiarę. Widocznie skłaniano się do sprowadzenia sprawy Karoliny na zwykłą, znacznie dłuższą drogę dowodzenia heroiczności cnót, skoro biskup Jerzy Ablewicz, całym sercem zaangażowany w sprawę beatyfikacji Karoliny, wróciwszy kiedyś z Rzymu powiedział, że jeśli sprawa jej męczeństwa nie przejdzie, to przynajmniej będziemy mieli (myślał o rodzinie Kózków) obraz wzorowej rodziny chrześcijańskiej.
Ale gdy papież opowiedział się za męczeństwem, sprawa beatyfikacji Karoliny nabrała przyśpieszenia. Jakoż postanowiono, że dokona się ona w Tarnowie, 10 czerw-ca 1987 roku, podczas trzeciej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny.

Sarkofag bł. Karoliny Kózki.

            Do Tarnowa papież przybył z Lublina. Pogoda, niestety, popsuła się, i to już na powitanie Dostojnego Gościa. Cały wieczór siąpił deszcz, a nad ranem, gdy wielotysięczne rzesze pielgrzymów wędrowały na spotkanie z papieżem, runęła potężna ulewa. Na placu beatyfikacyjnym rozmiękły drogi, co uniemożliwiło papieżowi przejechanie pomiędzy sektorami. Ogromna, licząca ok. 1,5 mln rzesza ludzi nie mogła, niestety z najdalszych sektorów zobaczyć papieża. Ale Jan Paweł II w lot wyczuł sytuację i przejął kierowanie tym rozentuzjazmowanym morzem ludzi. Gestem szeroko i daleko wyciągniętych ramion zdawał się pozdrawiać właśnie tych najdalej stojących, a potem przemówił w sposób prosty, ciepły i swojski:
„Prawdopodobnie – zaczął Jan Paweł II swe spotkanie z prawie 2-milionową rzeszą pielgrzymów – myślicie sobie: co ten Papież? Przyjechał, wyszedł tu na górę, tak stoi i patrzy. No właśnie! Bo ja tu przyjechałem się napatrzeć! Jak się spotkać inaczej? Żeby się spotkać, trzeba się sobie przypatrzeć. Więcej, trzeba się sobie napatrzeć… A tutaj jest się czemu, a raczej jest się komu napatrzeć. Miało się to odbyć przez przejazd pomiędzy zgromadzonymi, ale drogi się popsuły i nie można przejechać… Więc jeśli się nie mogę napatrzeć z bliska, to przynajmniej z daleka…”
A potem, już w promieniach słońca, Jan Paweł II celebrował Mszę św. w otoczeniu biskupów i kilkudziesięciu kapłanów. Na honorowym miejscu zasiadły dwie siostry błogosławionej Karoliny, Katarzyna i Maria, jedyne żyjące spośród jej licznego rodzeństwa.
Po obrzędach wstępnych Ojciec św. wygłosił formułę beatyfikacyjną: „Naszą powagą apostolską ogłaszamy, że czcigodna sługa Boża Karolina Kózkówna otrzymuje z dniem dzisiejszym tytuł Błogosławionej, a jej święto będzie można obchodzić 18 li-stopada, w dniu jej narodzin dla nieba. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego”.
Przy śpiewie „Amen” odsłonił się obraz nowej Błogosławionej, a rzesza podjęła śpiew „Chwała na wysokości Bogu”.
Po Ewangelii papież wygłosił homilię, w której mówił m. in.: „Ta młodziutka córka Kościoła tarnowskiego, którą od dzisiaj będziemy zwać błogosławioną, swoim życiem mówi przede wszystkim do młodych, do chłopców i dziewcząt… Mówi o wiel-kiej godności kobiety: o godności ludzkiej osoby. O godności ciała, które wprawdzie na tym świecie podlega śmierci, jak i jej młode ciało uległo śmierci, ale to ludzkie ciało nosi w sobie zapis nieśmiertelności, jaką człowiek ma osiągnąć w Bogu wiecznym i żywym, przez Chrystusa…
Tam, pośród równinnych lasów, w pobliżu miejscowości Wał-Ruda, zdaje się trwać ta Wasza Rodaczka… i świadczyć o niezniszczalnej przynależności człowieka do Boga samego… Czyż to nie ona, Karolina, w obliczu straszliwego zagrożenia ze strony drugiego człowieka, woła do Boga słowami psalmisty: «Zachowaj mnie, Boże, bo chronię się u Ciebie?… Ty ścieżkę życia mi ukarzesz» (Ps 16, 1. 11)?… To tak jakbyśmy szli po śladach ucieczki tej dziewczyny, opierającej się zbrojnemu napastnikowi, szukającej ścieżek, na których w pobliżu jej wsi, ocalić życie i godność… Na tej ścieżce ucieczki został zadany ostatni, zabójczy cios. Karolina nie ocaliła życia doczesnego… Oddała je, aby zyskać życie z Chrystusem w Bogu… Padając pod ręką napastnika, Karolina dała ostatnie na tej ziemi świadectwo temu życiu, które jest w niej od momentu chrztu w kościele parafialnym w Radłowie… Ginie więc Karolina. Jej martwe ciało dziewczęce pozostaje wśród leśnego poszycia. A śmierć niewinnej zdaje się odtąd głosić ze szczególną mocą tę prawdę, którą wypowiada psalmista: «Pan moim dziedzic-twem i przeznaczeniem, to On mój los zabezpiecza» (Ps 16, 5). Tak. Karolina porzucona wśród lasu rudziańskiego jest bezpieczna. Jest w rękach Boga, który jest Bogiem życia…
Dziecko prostych rodziców, dziecko tej nadwiślańskiej ziemi, «gwiazdo» Twojego ludu, dziś Kościół podejmuje Twoje wołanie bez słów i nazywa Ciebie Błogosławioną!”…

Źródła: KUREK R. : Żywot błogosławionej Karoliny Kózkówny. 2000.

 

 

POLICJA PAŃSTWOWA 1919-1939

W dniu 16 maja 1919 roku w Sejmie przedstawiono projekt nowej ustawy o zunifikowanej służbie bezpieczeństwa który jak było do przewidzenia wywołał burzliwą, trwającą kilka miesięcy debatę. Ostatecznie jednak mimo wielu zastrzeżeń Sejm w dniu 24 maja 1919 roku uchwalił ustawę o Policji Państwowej. W literaturze spotkać można sugestie że projekt ustawy policyjnej nie był rodzimego autorstwa. Jego twórców upatrywano w przedstawicielach angielskiej misji policyjnej która przebywała w Polsce w latach 1919-1920. Sugestie te opierają się m.in. na wypowiedzi Mariana Borzęckiego będącego wysokiej rangi funkcjonariuszem Policji Państwowej, który w przemowie wygłoszonej w 1920 roku na pożegnaniu angielskich doradców podkreślił że „za pośrednictwem angielskich gości przeniesiono na grunt polski zasady organizacji jednego z najlepszych na Świecie systemów policji nowoczesnych państw praworządnych”.

W tym miejscu wypada się zastanowić na ile ten kurtuazyjny zwrot pozwala nam na wyciąganie tak dalekosiężnych wniosków. Otóż nawet pobieżne badania ówczesnych notatek prasowych, a tym bardziej materiałów archiwalnych dowodzą że angielska misja policyjna przybyła do Polski przypuszczalnie we wrześniu 1919 roku a więc już po uchwaleniu ustawy o Policji Państwowej. Anglicy nie mogli zatem mieć wpływu na jej ostateczny kształt.
Z kolei spojrzenie na wypowiedź Mariana Borzęckiego w szerszym kontekście prowadzi nas do wniosku że dziękował on szacownym gościom nie za pomoc w stworzeniu podstaw prawnych funkcjonowania aparatu policyjnego ale przede wszystkim za możliwość wykorzystania ich praktycznego doświadczenia w przezwyciężaniu trudności z organizowaniem jednostek policji w terenie i stworzeniu zasad odpowiedniego naboru kadr do tej służby.
Jeśli zatem nie Anglicy to kto był bezpośrednim autorem projektu ustawy o Policji Państwowej. Materiały archiwalne wskazują na pracowników Wydziału Policyjnego MSW, w którym od prawie pół roku toczyły się dyskusje i narady nad kształtem przyszłej scentralizowanej Policji. Tu także już w lutym 1919 roku rozpoczęto prace nad projektem stosownej ustawy. Ponadto z inicjatywy tego właśnie gremium, MSW nie czekając na wyniki debaty sejmowej już w kwietniu i maju 1919 roku przeprowadziło reorganizację służby bezpieczeństwa podporządkowując wszystkie jej formacje jednej Komendzie Głównej, a następnie na ich bazie faktycznie tworząc nowe organy porządkowe. Wiodącą rolę w tych pracach odegrał Marian Borzęcki pełniący wówczas funkcję naczelnika Wydziału Policyjnego MSW. Był on nie tylko jednym z najwybitniejszych funkcjonariuszy Polskiej Policji w okresie międzywojennym, ale przede wszystkim teoretykiem i autorem wielu nowatorskich rozwiązań.

            Marian Borzęcki urodził się 7 września 1889 roku w Suwałkach w rodzinie ziemiańskiej. W 1914 roku ukończył wydział prawa Uniwersytetu Petrsburskiego. Po wybuchu I Wojny Światowej nając zaledwie 26 lat zaangażował się aktywnie w działalność powstałych właśnie na terenie Warszawy obywatelskich służb porządkowych. Pełnił w nich różnego rodzaju funkcje począwszy od zwykłego milicjanta w Straży Obywatelskiej aż do kierownika sekcji szkoleniowej Warszawskiej Milicji Miejskiej. W 1918 roku zwierzchnicy docenili umiejętności Mariana Borzęckiego gdyż od tej chwili jego kariera przebiegała w tempie niemal błyskawicznym. W czerwcu 1918 roku rozpoczął służbę w MSW początkowo jako referent, a następnie radca ministerialny. W dniu 5 listopada 1918 roku został mianowany naczelnikiem Wydziału Policyjnego MSW, 20 stycznia 1919 roku naczelnym inspektorem Policji Komunalnej a 17 czerwca tego roku zastępcą Komendanta Głównego Policji (funkcję tą sprawował do 9 listopada 1921 roku). W międzyczasie powierzono mu zadanie zorganizowania państwowej służby bezpieczeństwa, obejmującej wszystkie ziemie polskie. Borzęcki wraz z grupą współpracowników uporali się z tym problemem wyśmienicie nie tylko jednocząc wszystkie organy policyjne w Polsce ale również tworząc w oparciu o nie scentralizowaną Policję Państwową. Że nie było to zadanie łatwe świadczyć może przykład Galicji.
W 1919 roku gdy na czele administracji państwowej na terenie wschodniej i zachodniej Galicji stanął delegat rządu podporządkowany bezpośrednio premierowi, stworzono warunki umożliwiające powstanie na tym terenie jednolitych organów służby bezpieczeństwa. Już po uchwaleniu ustawy o Policji Państwowej, w dniu 28 sierpnia 1919 roku, MSW skierowało do Lwowa delegację fachowców z zadaniem skonsultowania z tamtejszymi władzami planu reorganizacji podległych im organów policyjnych. W jej składzie znalazł się m.in. Marian Borzęcki. Podjęte przez nią starania nie usunęły jednak piętrzących się trudności w procesie łączenia Galicji z centrum kraju. W tej sytuacji MSW w dniu 7 listopada 1919 roku zorganizowało specjalną konferencję z udziałem reprezentantów władz Galicji i przedstawiciela rządu w osobie Mariana Borzeckiego, całkowicie poświęconą problemowi reorganizacji. W czasie dyskusji wyszło na jaw że władze galicyjskie piętrzyły trudności w sprawie reorganizacji służb bezpieczeństwa na swoim terenie chcąc pozostawić sprawy bezpieczeństwa w gestii żandarmerii.

            W 1919 roku uwidocznił się konflikt pomiędzy podejmującą nieustannie próby usamodzielnienia się Policją państwową i administracją polityczną państwa – dążącą do całkowitego podporządkowania sobie organów policyjnych, a nawet ich zespolenia z organami terenowej władzy administracyjnej. Marian Borzęcki będący wówczas Komendantem Głównym Policji Państwowej widział w tej próbie naruszenie zdrowych zasad działania służby bezpieczeństwa w państwie burżuazyjnym. Zjednoczenie czynnika zarządzającego z wykonawczym uważał za niezgodne z art. 66 Konstytucji Marcowej i niemożliwe do przeprowadzenia w realiach ustawy o Policji Państwowej z 1919 roku.
Twórca Polskiej Policji dążył do stworzenia w miarę samodzielnej i znakomicie funkcjonującej Policji starając się uchronić jej organy przed ignorancją i niekompetencją urzędników administracyjnych. Niestety ataki administracji państwowej nie ustąpiły. Po nieudanych próbach podporządkowania sobie Komendy Głównej oponenci podjęli próby uczynienia tego z poszczególnymi wydziałami Policji. Pierwszą taką próbę podjęto w odniesieniu do Wydziału IV (Policja Śledcza).
Wydział ten rozpoczął swoją działalność pod koniec 1919 roku. Jego oficjalne otwarcie nastąpiło jednak dopiero w dniu 18 stycznia 1920 roku. Jeszcze w tym samym roku pojawiły się problemy odnośnie podporządkowania służbowego Policji Śledczej. Na jednej z narad padł nawet wniosek aby Okręgowe Urzędy Śledcze całkowicie uniezależnić od Komend Okręgowych Policji. Marian Borzęcki stanowczo się jednak temu sprzeciwił, słusznie argumentując że rozwiązanie takie doprowadzi do rozbicia jedności korpusu policyjnego.

            Trudności organizacyjne nie ominęły również Policji Politycznej. Geneza tej służby sięga 1919 roku jednak fakt jej istnienia przez długi czas utrzymywano w tajemnicy przed opinią publiczną mając dobrze jeszcze pamiętającą poczynania wszechwładnej tajnej policji politycznej zaborców. Znaczące są tu słowa Mariana Borzęckiego który na jednej z odpraw przyznał iż początkowo istnienie w policji tej formacji ukrywano jako coś wstydliwego, mogącego wywrzeć ujemne wrażenie zarówno w kraju jak i na arenie międzynarodowej. O istnieniu Policji Politycznej zakomunikowano w Sejmie dopiero w 1921 roku, w podsumowaniu pierwszego etapu jej działalności. W tym samym roku na jednym ze zjazdów wojewodów Marian Borzęcki tak skomentował ten fakt:

            „...Wreszcie przyznano się otwarcie, iż taka policja istnieje i istnieć musi, dobrze się również stało iż wreszcie przestano ją traktować jako coś wstydliwego”.

            W krótkim czasie po ujawnieniu istnienia Policji Politycznej, zaczęły uwidaczniać się uwidaczniać konflikty pomiędzy jej organami i administracją publiczną. Od 1925 roku trwała już zorganizowana kampania przeciwko dotychczasowej organizacji tej służby. Miała ona na celu całkowite podporządkowanie wywiadu i kontrwywiadu politycznego administracji politycznej. Na jednej z narad służbowych szef Policji Politycznej alarmował że w ciągu krótkiego okresu czasu jego wydział przechodzi już ósmą reorganizację.

            „...W tych warunkach nic się nie tworzy, a przeciwnie, burzy to co istniało wywołując zupełny chaos w dziedzinie bezpieczeństwa państwa...”

Stanowisko to w pełni poparł Komendant Główny Policji Państwowej Marian Borzęcki. Ostatecznie jednak przyjęto rozwiązania kompromisowe które nie zadowoliły żadnej z zainteresowanych stron.

            Podejmowane przez jednostki administracji państwowej próby uzyskania kontroli nad Policją Polityczną, a szczególnie nad Policją Polityczną nie były jednak takie bezzasadne. Przy założeniu, że Policja Państwowa miała zajmować pozycję neutralną i apolityczną wobec wydarzeń politycznych w kraju w niektórych sytuacjach zachowanie jej funkcjinariuszy z politycznego punktu widzenia okazywało się co najmniej dwuznaczne. Na przykład w latach 1919-1920 kiedy kształtował się ustrój państwa i nagminnie dochodziło do starć pomiędzy ugrupowaniami lewicowymi, centrowymi i prawicowymi, kierownictwo policji pozostawało w rękach ludzi związanych z endecją lub innymi ugrupowaniami prawicowymi a Marian Borzecki również nie ukrywający swoich prawicowych sympatii pełnił funkcję Komisarza Rządu Miasta Stołecznego Warszawy.

            W dniu 1 lipca 1923 roku Marian Borzęcki został mianowany Komendantem Głównym policji Państwowej. Trzeba przyznać że z sześciu osób pełniących tę funkcję w okresie międzywojennym miał on największe predyspozycje do objęcia tego stanowiska. W okresie jego rządów polskie służby bezpieczeństwa odgrywały coraz większą rolę na arenie międzynarodowej. Potwierdzeniem tego faktu były otrzymywane przez oficerów Policji Państwowej zagraniczne odznaczenia państwowe. Marian Borzęcki został udekorowany przez prezydenta Francji Doumergue’a francuską Legią Honorową.

            Po zamachu majowym w 1926 roku oczekiwano, iż zwycięski obóz przeprowadzi weryfikację kadr policji pod kątem ich kompetencji i korupcyjności. Niestety zwolnienia objęły tylko stanowiska kierownicze w Komendzie Głównej i urzędach okręgowych gdzie fachowców miej lub bardziej powiązanych zawodowo z Policją zastąpiono politykami ze zwycięskich ugrupowań. Miejsce Mariana Borzęckiego na stanowisku Komisarza Głównego Policji Państwowej zajął pułkownik Maleszewski, który przeszedł tu z Ministerstwa Spraw Sportowych. Sam Marian Borzęcki po opuszczeniu szeregów Policji Państwowej został senatorem z ramienia Stronnictwa Narodowego.

Źródła: MISIUK A. : Policja Państwowa 1919-1939. Warszawa : Wydawnictwo Naukowe PWN, 1996.

 

 

OFIARY HITLEROWSKIEGO TERRORU W WARSZAWIE

            W dniu 20 listopada1943 roku, około godziny 1130 w pobliżu toru kolejki Na Ługach (przedmieście Otwocka) hitlerowcy rozstrzelali 20 więźniów Pawiaka. Jedną z ofiar był Wojciech Borzęcki. Urzędowy komunikat o tej egzekucji który ukazał się w dniu 23 listopada 1943 roku brzmiał następująco:

 

OBWIESZCZENIE

Przez sąd doraźny Policji Bezpieczeństwa zostali w dniu 19.XI.1943 r. z powodu posiadania broni i udziału w zabronionych organizacjach na podstawie 1 i 2 zarządzenia o zwalczaniu wykroczeń przeciw dziełu odbudowy w Gener. Gubernatorstwie z dn. 23.11.1942 r. skazani na karę śmierci:
 

  1. Urbański Stanisław ur. 8.5.15 11. Przybysz Jan ur. 16.10.19  
  2. Milej Antoni "    22.2.99 12. Wasilewski Józef "    18.3.25  
  3. Królikowski Piotr "    9.12.05 13. Borzęcki Wojciech "     23.2.21  
  4. Gromadka Stanisław "   12.2.16 14. Wojnowicz Zbigniew "    16.10.22  
  5. Kanarek Jan "    24.3.24 15. Jasiński Jerzy "    28.9.23  
  6. Binkowski Antoni "    30.9.17 16. Wiecki Piotr "    29.6.18  
  7. Kowalski Władysław "    1.5.15 17. Janik Marian "    4.7.22  
  8. Kowalski Władysław "    30.5.22 18. Kowalski Józef "    7.2.90  
  9. Milej Stanisław "    4.9.24 19. Biłat Eustachiusz "    14.4.12  
  10. Łuczak Jan "    20.5.1900 20. Bedyk Franciszek "    23.10.99  

 

Ponieważ przy dwóch niecnych napadach w dn. 10.XI.1943 r. w Józefowie i w dn. 18.XI.1943 r. przed domem żołnierza w Otwocku 1 żołnierz niemiecki i 1 starszy sierżant żandarmerii niemieckiej zostali zabici, a 3-ej żołnierze niemieccy i urzędnicy żandarmerii zostali ciężko zranieni, kazałem wszystkie wyżej wymienione osoby w dniu 20.XI.1943 r. w Otwocku publicznie rozstrzelać.

                                                                                                                                                                            DOWÓDCA SS I POLICJI

                                    NA DYSTRYKT WARSZAWSKI

Warszawa, dn. 23 listopada 1943 r.

 

W dniu 22.09.1942 roku odjechał z Warszawy do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu transport 107 więźniów. Na liście przeznaczonych do wywiezienia widniał Lucjan Borzęcki, więzień Pawiaka. Tego samego dnia transport dotarł do celu jednak w obozie oświęcimskim zarejestrowano tylko 74 nowych więźniów (w tym Lucjana) pod numerami obozowymi 64779-64853.

W dniu 28.04.1943 roku odjechał z Warszawy do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu transport 400 mężczyzn i 107 kobiet. Na liście przeznaczonych do wywiezienia widniała Janina Borzęcka.

W początku czerwca 1943 roku powstanie żydowskie w Getcie Warszawskim dogorywało. Hitlerowcy już od miesiąca prowadzili tu bezwzględną pacyfikację stosując taktykę spalonej ziemi. Postępujące wyniszczenie dzielnicy żydowskiej spowodowane wypaleniem do piwnic setek domów i obróceniem w ruinę całych ulic doprowadziło do zupełnego wyludnienia okolic Pawiaka. Ta dogodna sytuacja umożliwiła hitlerowcom dokonywanie potajemnie, masowych mordów w pobliżu więzienia. Więźniów Pawiaka, a czasem także osoby bezpośrednio przywiezione z miasta rozstrzeliwano w bramach i na podwórkach spalonych kamienic. Egzekucji dokonywano głównie na terenie posesji przy ulicy Dzielnej 25 i 27, w pobliżu domu przy ulicy Nowolipki 29 oraz w podwórzu kamienicy przy ulicy Zamenhoffa 29. Pierwsza z nich miała miejsce już 7 maja 1943 roku. Tego dnia w południe, w bramie domu przy ulicy Dzielnej 27 rozstrzelano 82 więźniów politycznych Pawiaka (77 mężczyzn i 5 kobiet) oraz 5 kobiet przywiezionych prawdopodobnie z innego więzienia warszawskiego lub z siedziby Gestapo w Alei Szucha. Wśród rozstrzelanych znajdowała się Jadwiga Helena z Makowskich Borzęcka. (członek PPR, aresztowana 25.02.1943). Była wtedy w ósmym miesiącu ciąży.

W dniu 23.05.1944 r. od rana do godziny 18-tej na podwórzu Pawiaka trwała selekcja wśród 2140 więzionych tam mężczyzn. Wybrano 1000 z nich i podzielono na trzy grupy. Następnego dnia między godziną 230 i 700 rano wyselekcjonowani mężczyźni byli wywożeni na bocznicę kolejową przy ulicy Towarowej. Tam krępowano im ręce i wpychano do wagonów. Tak sformowany transport, skierowano do obozu koncentracyjnego w Stutthof. Przez całą drogę pociąg był wyjątkowo silnie strzeżony przez uzbrojonych w karabiny maszynowe żołnierzy W dniu 24.05.1944 r. transport dotarł do celu jednak w obozie zarejestrowano tylko 859 nowych więźniów pod numerami obozowymi 35417-36275. Był wśród nich Stanisław Borzęcki.

Źródła: BARTOSZEWSKI W. : Warszawski pierścień śmierci. Warszawa : Zachodnia Agencja Prasowa, 1970.; DOMAŃSKA R. : Pawiak, więzienie gestapo. Warszawa : Wydawnictwo Książka i Wiedza, 1978.

 

 

POLSKA WOJSKOWA ORGANIZACJA REWOLUCYJNA 1939-1943

            S. Borzęcki ps. Tatarski miał być oficerem kontraktowym w 57 p[ułku] p[iechoty], potem był naczelnikiem więzienia we Lwowie, przed sama wojną pracował w firmie Polmin. W miechowskim znalazł się poprzez żonę, która miała tu siostrę.

           Stanisław Borzęcki dostawał informacje z Komisariatu Policji w Nasiechowicach. Podobno miał też zaufanych wśród niektórych policjantów w Racławicach.

            W marcu 1940 roku PWOR zaczęła wydawać konspiracyjny biuletyn radiowy (bez tytułu), a następnie latem tego roku pismo o nazwie „Ogniem i mieczem”, jedyny drukowany wówczas na tym terenie organ prasy konspiracyjnej. Początkowo „Ogniem i mieczem” wychodziło co dziesięć dni. Od numeru 10-tego (z dnia 30.06.1942) zaczęło się już ukazywać co tydzień w każdy poniedziałek. Materiały drukarskie, papier i matryce sprowadzano z Krakowa za pośrednictwem działającej legalnie Spółdzielni Spożywców „Zaranie” w Łętkowie. Od pierwszego numeru w „Ogniem i mieczem” zamieszczano artykuły zawierające ostre akcenty antyhitlerowskie, piętnujące wszelkie formy współpracy z okupantem i nawołujące do czynnego oporu. Podawano również czerpane bezpośrednio z nasłuchu radiowego wiadomości z frontu (organizacja posiadała dwie dobrze zakonspirowane radiostacje). Aktualny serwis informacyjny, regularność ukazywania się i stosunkowo duży nakład zapewniły pismu szeroki krąg czytelników umacniając wpływy PWOR wśród miejscowej ludności. Niestety fakt że „Ogniem i mieczem” docierało do dużej grupy osób nie związanych z organizacją w pewnym stopniu dekonspirował jej działalność.

Stanisław Borzęcki w lasach miechowskich.
(Waźniewski, 1975).

            PWOR głosiła ideę jedności działania wszystkich Polaków, pragnących brać udział w antyhitlerowskiej konspiracji. To decydowało o jej szybkim rozwoju, lecz stało się jednocześnie przyczyną wewnętrznych tarć. Już w kwietniu 1940 roku w łonie organizacji zaznaczyły się tendencje rozłamowe, które uległy nasileniu gdy po napaści Niemiec na Związek Radziecki, a zwłaszcza po klęsce armii hitlerowskiej pod Stalingradem w PWOR umocniły się wpływy lewicowe i proradzieckie. Lewicowcy nawoływali do niezwłocznego podjęcia walki partyzanckiej, oraz stosowania dywersji i sabotażu wszędzie tam gdzie tylko jest to możliwe, bez względu na koszty. W ich mniemaniu rozprzestrzenienie się wystąpień zbrojnych przeciwko okupantowi na ziemiach polskich nieuchronnie musiało prowadzić do osłabienia jego potęgi militarnej na froncie wschodnim i w konsekwencji niosło nadzieję szybkiego wyzwolenia kraju przez Armię Czerwoną. Z poglądami tymi nie zgadzali się prawicowi członkowie PWOR. Zwracali oni uwagę na fakt że wzrost akcji zbrojnych przeciwko okupantowi spowoduje wzmożenie działań represyjnych wśród ludności cywilnej pociągając za sobą tysiące niepotrzebnych ofiar. Zwiększy również ryzyko przypadkowych wpadek lub celowych denuncjacji zagrażając istnieniu samych organizacji konspiracyjnych. Prawicowcom bliższe były raczej hasła głoszone przez Narodową Organizację Wojskową i Związek Walki Zbrojnej nawołujących do zachowania względnego spokoju i jednocześnie wskazujących potrzebę prowadzenia dalszej rozbudowy struktur konspiracyjnych oraz dozbrajania oddziałów bojowych w oczekiwaniu na chwilę wybuchu wielkiego zrywu narodowego. Zryw ten miał nastąpić dopiero gdy rozgromione na froncie wschodnim wojska hitlerowskie, wycofując się pod naporem Armii Czerwonej w głąb krajów okupowanych stały by się niezdolne do podjęcia regularnej walki na swoim zapleczu. Poglądy te przypominały scenariusz z 1918 roku kiedy to zbrojne oddziały polskie własnymi siłami wyzwoliły kraj spod zaborów, ponosząc przy tym stosunkowo niewielkie straty.
Dla komendanta Borzęckiego wyczekiwanie było jednak niegodne honoru żołnierza. Mimo iż nie reprezentował poglądów lewicowych zdecydowanie odrzucił propozycję włączenia PWOR do ZWZ i rozpoczął przygotowania do podjęcia akcji dywersyjnych. Decyzja ta stała się bezpośrednią przyczyną rozłamu w organizacji. Wkrótce odeszli z niej dotychczasowi bliscy współpracownicy „Tatarskiego” a z czasem również dalsi członkowie o poglądach prawicowych. Ich miejsce niezwłocznie zajęli aktywiści byłej Komunistycznej Partii Polski oraz członkowie Polskiej Partii Robotniczej. W międzyczasie Borzęcki dokonał reorganizacji PWOR wprowadzając dwa szczeble wtajemniczenia. Pierwszy szczebel obejmujący w sumie około 500 osób, skupiał członków, zwolenników oraz sympatyków organizacji. Drugi szczebel stanowili ludzie mniej zaufani, wśród których ograniczano się w zasadzie tylko do kolportażu pisma „Ogniem i mieczem”.

            Wiosną 1943 roku na bazie PWOR powstały trzy grupy partyzanckie działające w rejonie Słomniki-Skała-Proszowice. Pierwsza z nich dowodzona bezpośrednio przez „Tatarskiego” operowała w rejonie Gołczy, druga w rejonie Pielgrzymowic. Trzecia grupa będąca właściwie bojówką działała na terenie Miechowa, Iwanowic, Minoga i Gołczy. Do jej zadań należało przede wszystkim czuwanie nad bezpieczeństwem miejscowej ludności oraz przeciwdziałanie tzw. łapankom i wywozom na roboty przymusowe do Rzeszy. Część członków tej grupy zamieszkująca w pobliżu stacji kolejowej w Słomnikach miała również współuczestniczyć w akcjach niszczenia niemieckich transportów kolejowych przy użyciu środków zapalających o opóźnionym działaniu. Do celów dywersyjnych „Tatarski” zgromadził pewną ilość broni którą ukryto w Radziemicach. Ponadto w dniu 1 lutego 1943 roku sprowadzono z Krakowa 300 kg materiałów wybuchowych.
Planowane akcje miały obejmować przede wszystkim znajdujące się na terenie powiatu miechowskiego urządzenia kolejowe. Termin pierwszej z nich wyznaczono na początek marca jednak z niewiadomych przyczyn akcja nie została przeprowadzona. Zamiast tego w końcu marca „Tatarski” polecił wydzielonej grupie członków PWOR odebrać broń wszystkim strażnikom leśnym. Akcja ta zakończyła się sukcesem. Zaskoczeni strażnicy nie stawiali oporu i oddawali wszelką broń nawet tą ukrytą. W zamian dostawali pokwitowanie informujące że broń została zarekwirowana przez „rosyjską grupę desantową”. W dniu 27 marca 1943 roku grupa wypadowa pod dowództwem „Tatarskiego” urządziła zasadzkę na samochód osobowy przewożący starostę miechowskiego i szefa miejscowego Gestapo. Obaj zostali ranni. W ostatnich dniach marca i na początku kwietnia 1943 roku PWOR kolportowała ulotkę o następującej treści:

 POLACY!

            Wzywamy wszystkich mężczyzn zdolnych do władania bronią do czynu do boju!!! Rozkazujemy odebrać natychmiast wszelką ukryta przed wrogiem broń polskim oddziałom już operującym w terenie. Rozkazujemy rozbrajać wszystkie posterunki Policji Polskiej, przecinać i przerywać wszystkie połączenia telegraficzne i telefoniczne, przerywać połączenia kolejowe, uszkadzać mosty, karać wszystkich bez wyjątku Polaków stojących na usługach wroga i dołączyć do oddziału, gdyż tylko wspólna, zbiorowa akcja doprowadzi do skutecznego oporu i końcowego zwycięstwa (...)

Wobec niezdecydowanego stanowiska niektórych kierowników ruchu niepodległościowego wzywamy również wszystkie pokrewne oddziały wojskowe do współdziałania. 

            Wzmożona aktywność organizacyjna i dywersyjna PWOR wzbudziła duże zaniepokojenie działającej na tym samym terenie Narodowej Organizacji Wojskowej. W obawie przed wywołaniem przez działania PWOR zakrojonego na szeroką skalę odwetu ze strony okupanta na mieszkańcach powiatu miechowskiego rozważano nawet możliwość wydania „Tatarskiego” i innych członków tej organizacji władzom niemieckim. Ostatecznie jednak zdecydowano się na ich likwidację własnymi siłami. Sporządzeniem aktu oskarżenia zajął się wywiad NOW. Wkrótce potem władze tej organizacji wydały rozkaz zlikwidowania komendanta i jego najbliższych współpracowników. Z różnych przyczyn akcje te zakończyły się jednak niepowodzeniem. Przypuszczalnie były one jednak koordynowane z działaniami ZWZ gdyż niemal w tym samym czasie jeden z byłych członków PWOR a obecnie aktywista ZWZ wykradł w nocy nadajniki oraz maszynę do pisania i powielacz pozbawiając w ten sposób organizację łączności i możliwości wydawania „Ogniem i mieczem”. „Nie wiadomo jakim sposobem ale „Tatarski” zdołał wydrukować jeszcze ostatni pożegnalny numer tego pisma. Uukazał się on w dniu 5 kwietnia 1943 roku i ponownie nawoływał on do podjęcia akcji dywersyjnych.
Wkrótce potem na trop Borzęckiego wpadła policja i niemiecka żandarmeria. Zagrożony aresztowaniem komendant sformował około trzydziesto osobowy oddział i przeszedł w lasy z zamiarem podjęcia walki partyzanckiej. Po denuncjacjach dezertera z oddziału PWOR i zaprzyjaźnionego z nim sołtysa ze wsi Nasiechowice niemiecka żandarmeria i granatowa policja  okrążyła w dniu 14 maja 1943 roku w lasach polanowickich oddział 23 partyzantów PWOR. Ci jednak rozwinąwszy się w tyralierę wyparli wroga na otwartą przestrzeń. Niemcy spędzili zatem okolicznych chłopów uzbrojonych w widły i siekiery rozkazując im iść przeciwko partyzantom, sami zaś postępowali za nimi. Partyzanci przepuścili jednak wieśniaków do lasu i zaatakowali wroga powtórnie go przepędzając. Podczas ucieczki hitlerowcy porzucili cztery karabiny oraz pewną ilość granatów i amunicji. O stratach partyzantów brak danych. W odwecie za porażkę jeszcze tego samego dnia Niemcy wpadli do Nasiechowic gdzie zastrzelili gospodarza u którego przez dłuższy czas mieszkał „Tatarski”. Partyzanci z PWOR wkrótce uznali dezertera z oddziału i współpracującego z nim sołtysa za zdrajców i wydali na nich wyrok śmierci (
W sumie w czasie całej konspiracyjnej działalności PWOR wydała i wykonała jedynie 5 wyroków śmierci i dotyczyły one tylko zdrajców lub kolaborantów). Dezerter w jakiś czas potem został zlikwidowany a sołtys ukrywał się do końca wojny korzystając z opieki ZWZ.

            Oddział „Tatarskiego przeprowadził jeszcze kilka akcji przy czym zbiegły się one niemal z jednoczesnymi uderzeniami oddziałów Gwardii Ludowej. Działania te wywołały zaniepokojenie władz hitlerowskich, które stanęły wobec faktu rozpoczęcia walki zbrojnej na obszarach bezpośrednio przylegających do Krakowa stanowiącego siedzibę rządu gubernatora Hansa Franka. Ta okoliczność oraz obawa przed rozszerzeniem się działań partyzanckich legły u podstaw zakrojonej na szeroką skalę, bezwzględnej i krwawej pacyfikacji przede wszystkim miejscowości stanowiących oparcie dla oddziałów Gwardii Ludowej i PWOR. W dniu 4 czerwca 1943 roku. Niemcy uderzyli jednocześnie z dwóch stron: z Miechowa na południową część powiatu miechowskiego będącą rejonem działania PWOR oraz z Buska na północną część powiatu Pińczowskiego – rejonu działania Gwardii Ludowej. W pacyfikacji południowej części powiatu miechowskiego udział brało zgrupowanie złożone z Schutzpolizei, żandarmerii, Sonderdienstu, Gestapo, granatowej policji i SS – w sumie około 200 ludzi. Na samochodach i chłopskich wozach wjechali oni o świcie do wsi Nasiechowice, Pojałowice oraz Zagaje Zagorowskie gdzie w ciągu godziny wymordowali 99 osób. Podobne akcje przeprowadzono w tym dniu również w innych miejscowościach, m.in. Dziewięciołach i Mumiakowicach ale tam ilość ofiar nie przekroczyła 20 osób. Zastanawiający jest przy tym fakt że hitlerowcy wyciągali z domów ludzi według z góry przygotowanej listy i rozstrzeliwali ich bez przesłuchania pojedynczo lub grupami. Podobne egzekucje przeprowadzano jeszcze wielokrotnie. W czasie tych pacyfikacji części żołnierzy PWOR udało się zbiec i schronić w okolicznych lasach. Niemcy znęcali się wtedy nad ich rodzinami. Na skutek masowych egzekucji liczebność oddziału szybko malała. Komendant jednak nie przerwał działalności dywersyjnej. W dniu 27 czerwca 1943 roku w odwecie za zbrodnie hitlerowskie rozbroił posterunek niemiecki przy moście w Polanowicach, po czym wraz z oddziałem przeszedł w lasy rejonu Goszczy. Tam jednak wkrótce został zaatakowany przez żandarmerię i granatową policję. Wówczas „Tatarski” z pozostałymi mu żołnierzami udał się w kierunku wschodnim. W okolice Koniuszy i Proszowa. Jego oddział nie liczył wtedy więcej niż 20 ludzi. Ci jednak widząc beznadziejną sytuację wkrótce opuścili swojego dowódcę. Osamotniony Borzęcki wraz z żoną, jej przyjaciółką oraz jedynym pozostałym przy nim 18-letnim żołnierzem przeszedł na teren gminy Skała, gdzie zamieszkał u biednego chłopa we wsi Laski-Poręba. Pod wieczór w dniu 5 grudnia 1943 roku z pobliskiego lasu niespodziewanie wypadli żandarmi i granatowa policja z posterunku w Skałach. Otoczyli oni dom w którym „Tatarski” przy zasłoniętych okiennicach grał właśnie z kilkoma znajomymi w karty. Niemcy rozkazali wszystkim kolejno opuścić mieszkanie. Wkrótce w środku pozostał tylko komendant z żoną i jej przyjaciółką. Po chwili otworzyli oni do napastników ogień. Faszyści widząc że nie uda im się wziąć „Tatarskiego” żywcem, zmusili właściciela domu do podłożenia ognia pod zabudowania. Mimo szybko rozprzestrzeniającego się pożaru komendant ostrzeliwał się jeszcze przez dłuższą chwilę. Gdy strzały umilkły do dopalającego się budynku wpadli żandarmi i wywlekli na podwórze nieżyjącego już Borzęckiego oraz ciężko ranne, jęczące z bólu kobiety, które dobili strzałami z rewolwerów. Z zabitych zdarto odzież a następnie rozkazano nakryć zwłoki słomą i pozostawić koło drogi dla odstraszenia ludności od dalszej współpracy z partyzantami.

Źródła: MICHTA N. : Z lat walki. Warszawa : Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1975; MICHTA N., WARZNIEWSKI W. : Dzieje Polskiej Wojskowej Organizacji Rewolucyjnej w latach 1939-1943. Wojskowy Przegląd Historyczny, 1973, Nr 2. S. X.

 

 

BIAŁOSTOCKI OKRĘG AK-AKO

W składzie czwartego Obwodu AK Ostrołęka obejmującego swoimi działaniami teren przedwojennego powiatu ostrołęckiego znajdowała się m. in. 11 Kompania Turośl”. Jej dowódcą był podporucznik rezerwy piechoty Kazimierz Borzęcki, pseudonim Ryś II. W połowie 1944 roku Kompania ta była dość osłabiona w wyniku odejścia dużej grupy żołnierzy do działającego w okolicy oddziału partyzanckiego NSZ. W sumie liczyła wtedy tylko 124 żołnierzy (w tym 1 oficer, 16 podoficerów i 107 szeregowców) zgrupowanych w dwóch plutonach. Mimo skąpego składu osobowego nie utraciła jednak zdolności bojowej. Gdy w dniach 30.06 - 2.07.1944 r. żandarmeria niemiecka aresztowała 11 osób (w tym 5 żołnierzy AK) zaraz zaplanowano akcję ich odbicia. Przeprowadzona w dniu 3.07.1944 r. koło stacji Rudne Łyse akcja w której udział wziął oddział partyzancki NSZ wsparty przez 5 osobowy patrol AK podporucznika Rysia II zakończyła się pełnym sukcesem jednak w czasie odbijania przewożonych koleją więźniów partyzanci NSZ zabili 4 żandarmów. W odwet za poniesione straty w dniu 6.07.1944 r. Niemcy przeprowadzili na terenie gminy Turośl masowe aresztowania zatrzymując w sumie około 400 osób. Około 200 z nich zginęło potem w obozie koncentracyjnym Stutchoff. Żołnierze AK, ostrzeżeni w porę przez wywiad organizacji, w większości uniknęli wtedy aresztowania, jednak wielu z nich zagrożonych zdekonspirowaniem musiało się potem ukrywać na terenie sąsiednich placówek co dezorganizowało działalność oddziału. Z tego m. in. powodu nie powiodła się zorganizowana wkrótce przez AK próba odbicia z transportu kolejowego do obozu, pojmanych ludzi.

            W marcu 1945 roku po wyzwoleniu powiatu ostrołęckiego przez Armię Czerwoną, na terenie 4 Obwodu AK Ostrołęka zorganizowano cztery bataliony konspiracyjne odpowiadające rejonom (ośrodkom) walki z okresu okupacji niemieckiej. 11 Kompania AK Turośl pozostająca nadal pod dowództwem podporucznika Kazimierza Borzęckiego weszła obecnie w skład IV Batalionu i otrzymała kryptonim Jałowiec. Kompania składała się wtedy z dwóch plutonów pełnych i jednego szkieletowego w sile 186 żołnierzy (w tym 1 oficer, 12 podoficerów i 173 szeregowców).

Źródła: KRAJEWSKI K, ŁABUSZEWSKI T. : Białostocki Okręg AK-AKO. Warszawa : Oficyna Wydawnicza Wolumen, 1997.

 

 

Jeżeli chcesz szybko przejść do nadrzędnej strony kliknij poniższy interaktywny przycisk.

 

UWAGA!!! Jeżeli wykryjecie jakieś niezauważone przeze mnie błędy proszę o informację. Za wszelkie konstruktywne uwagi z góry serdecznie dziękuję.

 

W SUMIE OD ZAŁOŻENIA WITRYNY W 2005 ROKU ODWIEDZONO JĄ
JUŻ   RAZY