Tadeusz Bobrowski

PAMIĘTNIK MOJEGO ŻYCIA

(wyciąg)

 

TEKST

W roku 1838 rodzice moi przenieśli się z Markusz (powiat lityński) do Terechowy (powiat machnowiecki) pod Berdyczowem, majątku zostającego pod dożywociem babki mojej Pilchowskiej. Terechowa odległa była od Markusz zaledwie o mil pięć, przeto te same stosunki i to samo sąsiedztwo prawie pozostały, z dołączeniem dalszych znajomych, którzy umyślnie do Markusz nie przyjeżdżali, ale raz będąc w Berdyczowie, Terechowy nie omijali tudzież znowu najbliższych nowej siedziby sąsiadów. Z tych najbliżej mieszkali Bożęccy: Onio (Onufry) i Ania (Anna z Kornelowskich), jak się w rzadkich chwilach dobrego humoru nazywali - posiadający wieś Kikiszówkę nabytą od Grudzieńskich. Pani sama była strasznie, ba, nawet obrzydliwie brzydka, nie posiadająca ani jednej kompensaty, które zwykle dobrotliwe nieba udzielają w formie pięknej ręki lub nogi, w nadobnej talii lub w pięknych oczach, lub na koniec w ładnych zębach. Kompletnie była brzydką, starą często zaślinioną, a w dodatku zazdrosną, przesadną i dokuczliwą tak dobrze dla męża, jak i domowników, a nieraz i sąsiadom się dostawało, jeżeli nieszczęsnym trafem znaleźli się w gościnie po jakiejś scenie domowej. Już niemłodą panną poślubił ją dla posagu niefortunny Onio. Ten znowu nie był ani młodym, ani adonisem, ani motylem, całą zaś winą jego była admiracja dla ładnych kobiet, zgoła platoniczna - a możnasz ją mu mieć za złe, kiedy ciągle i zawsze musiał patrzeć na strasznie brzydką połowicę?! Trochę od diabła piękniejszy, jak mówi przysłowie, bo srodze ospą naznaczony i ciemnej cery, marsową - chociaż nigdy w wojsku nie był - miał postać; dzielnie jeździł konno, zawsze też miał pięknego wierzchowca i bardzo lubił, gdy mówiono, że przypomina z postaci portrety Stefana Czarnieckiego - co było prawdą. Był to typ poczciwego szlachcica-domatora zabłąkany z dawnych czasów. Gospodarz staranny i pracowity, rigorosus dla sług, ale sprawiedliwy, dbały o stan włościan, ale bynajmniej nie z filantropii, a dla własnego dobra i z zamiłowania ładu i porządku, których niezłomnie przestrzegał, nie szczędząc kar za pijaństwo i niedbalstwo. Włościanie jego wioski odznaczali się też zamożnością. Gospodarstwo, polowanie, psy, konie, wiseczek (wisth), to były jego zajęcia; nic nigdy nie czytał, a pisał chyba kartkę do sąsiada z konieczności. Po rosyjsku nie rozumiał nawet i płacił pensją miejscowemu parochowi, by powiestki policji, której się bał jak ognia, odczytywał i na nie odpowiadał wedle rozumienia swego - skąd wypływały czasem zabawne qui pro quo. Idąc spać mówił, że idzie na literaturę - każdego zaś czytającego Tygodnik Petersburski na serio miał za literata. Ignorancją swoją w rzeczach najzwyczajniejszych z taką naiwnością i dobrą miną manifestował, że do serdecznego śmiechu nas pobudzał. Pewnego jarmarku w Berdyczowie wystawiony był w restauracji olejny portret Mickiewicza ze znanego sztychu przedstawiającego wieszcza w burce baraniej. A trzeba wiedzieć, że Bożęcki podróżował po Krymie z Mickiewiczem, któremu snadź podobał się swoją prostotą, naiwną oryginalnością i fantazją szlachecką - polubił go więc i tymi względami wielkiego wieszcza lubił się szczycić Bożęcki, chociaż z pewnością utworów jego nie znał inaczej jak ze słyszenia. Opatrzywszy uważnie portret, obraca się do nas kilku znajomych i przywołuje do sztalug wołając: Na honor, podobniuteńki. Jakiś jegomość nie znany nam, już niemłody, poważnie spoglądający przez cały ciąg obiadu na portret, zwraca się do Bożęckiego: Pan dobrodziej znał osobiście Mickiewicza? - A znałem, panie, razem podróżowaliśmy do Krymu i po Krymie. - Czy tylko chwilowo spotkaliście się panowie, czy też razem aż do Trebizondy podróżowali? - Co, panie? - Czy aż do Trebizondy razem panowie podróżowali? - Jak? - Czy aż do Trebizondy pan dobrodziej towarzyszyłeś Mickiewiczowi? - Nie, panie, ja się nigdy, nigdzie, z nikim w żadne trebizondy nie wdawałem panie? My wybuchamy serdecznym śmiechem, interlokutor bierze odpowiedź za żart niewczesny i wychodzi, a Bożęcki triumfujący, w przekonaniu, że odpowiedzią swoją skonfundował kogoś, kto chciał sobie z niego zażartować. Musieliśmy wyszukać jakiegoś znajomego owego interlokutora obrażonego, który mu całą rzecz objaśnił - jak się w gruncie miała: że poczciwy wujaszeczek ( tak go bowiem młodsze pokolenie nazywało) - nie wiedząc zgoła, co by to za stworzenie była owa tylekroć powtarzana trebizonda? a obawiając się, że w tym się kryje jakiś podstęp - w znany sposób salwował się.

Bożęcki (herbu Półkozic) znając się z dobrego i starożytnego domu, chociaż pomiernej fortunki, kłaniać się nikomu nie lubił i nieraz półpanka lub zagadywacza swą niby naiwnością osadzał. Zaproszony kiedyś przez Orłowskiego z Malijowic na polowanie źle został ulokowany, dano mu cienką kawunię, czego nie lubił, gospodarz go na kwaterze nie odwiedził, co wszystko zanotował sobie. Kiedy więc z kwatery się zjawił, zastał gospodarza na ganku wśród gości, na zapytanie jego: Cóż tam u was pod Berdyczowem? - A cóż, dadzą dobrą kawę, dobre materace gościom, a gospodarz czuwa, by im wygodnie było - odpowie Bożęcki przy wtórze ogólnego śmiechu. Inną znowu razą pewien elegancki młodzieniec zaczął opowiadać o polowaniu na niedźwiedzie, na którym niedawno jakoby był i sam powalił zwierza. Bożęcki słuchał cierpliwie, aż gdy przyszło do ostatniego epizodu, zawołał: Przepraszam pana, ale żadnym sposobem nie mogę uwierzyć, aby taki jak pan parfiumista mógł zabić niedźwiedzia. Siła anegdotek dałaby się opowiedzieć o wujaszeczku, w odpowiedziach którego tak się ignorancja z dobrodusznością i z fantazją szlachecką schodziły, że nie można było ani samemu się obrazić, ani jego, a śmiać się tylko wypadało. W 1860 roku snadź zastraszony nowymi stosunkami z włościanami, a może i wiekiem, bo miał już nad lat 70 (urodził się przed 1790 rokiem), sprzedał majątek, oddał do rozporządzenia żony jej posag, zatrzymując do własnego tylko dorobek, który za życia oddał siostrzeńcowi (Mazarakiemu Leonowi) á fond-perdu - i zamieszkał z żoną w Chmielniku, ale jakiś stary pistolet znaleziony u niego w 1863 roku zaprowadził biednego wujaszeczka na wygnanie w głąb Rosji, skąd dopiero w 1867 roku czy 1868 powrócił, nie zastawszy już żony przy życiu, a sam w 1876 roku w Winnicy życia dokonał.

Przedstawicielem przybyłej (z Litwy podobno) linii rodziny Mazarakich był Kazimierz Mazaraki, prezes, który w powiecie machnowieckim wszelkie urzęda wyborowe: asesora, sprawnika (wtedy jeszcze wyborowe), sędziego i na koniec prezesa sądu głównego cywilnego zaszczytnie przeszedł, na każdej posadzie jako dobry, czynny i nieskazitelny urzędnik się sprawując, a szacunkiem współziemian swoich aż do śmierci się cieszył. Tego dobrze pamiętam. Był to człowiek bez wykształcenia i ogłady, ale bardzo zdrowego sądu i prawy. Trochę był próżny z ostatniego urzędu i tytułu prezesa, a order św. Włodzimierza IV klasy nawet przy szlafroku nosił, ale to nikomu nie szkodziło. Jedną miał wadę: bardzo lubił karty i tak się zgrywał, że nieraz mdlał przy stoliku - jednak nie słyszałem, by czasu urzędowania tej namiętności się oddawał.
Ożeniony był 10 voto z Borzęcką, siostrą wspomnianego wujaszeczka, która mu się srodze dała we znaki, jak mówiono, a zostawiwszy jedynego syna Leona, zmarła - ożenił się powtórnie ze swoją kuzynką Mazarakówną Johanną, córką najstarszą chorążego, ta dała mu dwóch synów i córkę, zaś z jej najmłodszą siostrą Konstancją syn jego Leon; tym sposobem syn z ojcem stali się szwagrami, a potomstwo ich podwójnie, bo po mieczu i po kądzieli Mazarakimi. Prezes i syn jego Leon nabyli różne części miasta Machnówki już od kolokatorów tego majątku niegdyś Prota Potockiego. Nadto prezes posiadał wsie Napadówkę i Markowce w sąsiedztwie Machnówki, które synom z drugiego małżeństwa zostawił - najstarszy bowiem jeszcze służąc w wojsku rosyjskim, wszystko, co mu po ojcu przypaść mogło, stracił, a opowiadano, że kiedyś dla opłacenia długów jego macocha pomimo wiedzy ojca a swego męża własne brylanty sprzedała.

            Niedaleko nas mieszkał również Dominik Frankowski, który wychowywał się niegdyś z moimi wujami pod okiem pedagoga pana Bożęckiego, osiadłego później na czynszu w Łopatynie koło Machnówki.

 

ŹRÓDŁA

Bobrowski Tadeusz, Pamiętnik mojego życia. Warszawa. (1979). Wyciąg.

 

 

Jeżeli chcesz szybko przejść do nadrzędnej strony kliknij poniższy interaktywny przycisk.

 

UWAGA!!! Jeżeli wykryjecie jakieś niezauważone przeze mnie błędy proszę o informację. Za wszelkie konstruktywne uwagi z góry serdecznie dziękuję.

JESTEŚ    GOŚCIEM

W SUMIE OD ZAŁOŻENIA WITRYNY W 2005 ROKU ODWIEDZONO JĄ
JUŻ   RAZY