Piotr Jaxa Bykowski

OSTATNI SEYMIK WOJEWÓDZTWA BRACŁAWSKIEGO

(wyciąg)

 

TEKST

Die 11 Augusti 1790.

Dnia wczorajszego, na jakie godzin parę przed zachodem słońca, a w czas silnego jeszcze upału, zasiadłszy z kilkoma łaskawie pozostałymi gośćmi w ogrodowej altanie, chłodziliśmy się zimnem winem, deliberując pomiędzy sobą nad owem niepraktykowanem w Polszcze, przedłużeniem seymu który agitując się z małemi limitami, już na 23-ci miesiąc zaciągał, pomimo, iż termin prawny nowego seymu nadchodził.
            Kiedy tak deliberowaliśmy, a każdy wedle swego widzimisię rzecz omawia - nadbiegł kozak z Pietczan od pana Marcia Grocholskiego Kasztelana, a raczej, Wojewody świeżo kreowanego (1789), z pilnym listem. Z listu żem wyczytał że p. Wojewoda dziś po południu przybył z Warszawy. Teraz zaś będąc zdrożonym, sam przybyć nie mogąc, prosił mnie do siebie, „dla pertraktowania wielu spraw ważnych, a pilnych ex publicis...”
            Stanęliśmy w Pietczanach o zachodzie słońca. Właśnie trafiliśmy na obiad, który to tam wedle nowej mody podają później u panów, niż u szlachty wieczerzę. Po obiedzie p. Wojewoda poprowadził mnie do swojej kancelaryi, na drugi koniec pałacu. Za nami posunęli dwaj bracia p. Chołoniewscy i p. Starosta Szczecinowski. Otworzyłem szeroko uszy na to wszystko, co mi ci Ichmoście o Seymie prawili; byłoż w istocie co słuchać. Sejm tedy agitujący się obecnie, działając oględnie wobec silnej oppozycyi, która skwapliwie chwytała wszelkie akcesorye do obalenia sancitów służyć mogące - z powodu, iż dwuletni Seym terminowy następował, zalimitowawszy się wydał uniwersały na zwołanie Seymików i obranie nowych posłów lub utrzymanie dawniejszych przy nowych instrukcyach - w kilku Ważnych kwestyach ad deliberandum, co gdy zostało wyexplikowane, p. Wojewoda konkludował: - owóż reszta w ręku waszmości p. Stolniku. Masz tu jegomość uniwersał nakazujący Seymik na 14 septembris. Czas jest dostateczny, ażeby wszystko należycie przygotować.

           
Nie wypadało z dwojakiej racyi odmówić tej posługi już to że się czyniło pro bono, a także pierwszemu dygnitarzowi rekwizować nie przystało - choć od jego directe zależało urzędu. A zresztą i czynność choć kłopotliwa, ale nie wymagająca szczególnej gorliwości. Ważniejszym było to, że z insynuacyi p. Wojewody, uradziliśmy, aby podzieliwszy się na partye, objechać powiaty i klientów dla naszej sprawy zwerbować, toż właśnie najtrudniejszy był orzech do zgryzienia. Na tem zakończyła się nasza konferencya która noc całą przetrwała. Rozbudziwszy nie bez trudności p. Podsędka Gutowskiego, o brzasku dziennym wyjechaliśmy od p. Wojewody.

Die 30 Augusti.

Po dziesięciu dniach podróży nie objechawszy i połowy zapisanych na naszym regestrze, uradziliśmy z Gutowskim że tym rzemiennym dyszlem przy ochocie szlachty, nie zakończymy objazdu i do zapust die zaś 4 Septembris mieliśmy się zjechać na walną konferencyę u p. Wojewody, a więc postanowiliśmy zakończyć nasze turtum na p. Borzęckim, Cześniku koronnym i kawalerze orderu S. Stanisława, tego bowiem obywatela pominąć było trudno, raz, że attencya ta Mu się należała, a potem, że był popularny i wielkiej influencyi na liczną klientelę.

Die 31 Augusti.

Chciałem prosto nie śpiesząc puścić się w dalszą drogę, ale przez nowe impedimenta zaledwie koło czwartej po południu godziny wyruszyliśmy do Przyłuki do Ip. Cześnika Koron. Droga nam przechodziła przez czarnoziem moczarowaty, przez ciągłe deszcze rozwodniony, a jak mówią, drogi nasze po najmniejszym deszczu prawie nieprzebyte.

Die l Septembris.

Nazajutrz przede dniem jeszcze pobudziłem służbę, kazawszy starannie ochędożyć konie, uprząż i bryki, aby się w zamku nijako nie stawić. Zawsze to p. Cześnik urzędnik koronny, i pan z panów, z piękną konigacyą. W sprawie seymikowej na panu Cześniku ,wiele też nam zależało, bo jeżeli Pilawa dostarczyła 40 głosów, to tam ze dwa razy więcej: najprzód, że lubo Pan ten ostatkami gonił, ale żyjąc honeste, miał mir u okolicznej szlachty, a powtóre ratując się przed exdywizyą, dobra swoje obszerne rozprzedał symulacyjnie swoim oficyalistom i adherentom, a ztąd siła posesyonatów posiadających vocem natworzył.
          
Nietrudna byłaby z Cześnikiem sprawa co do seymiku, bo z panem Tulczynieckim (tak potocznie nazywano rezydującego w Tulczynie hetmana Stanisława Szczęsnego Potockiego, konserwatywnego opozycjonistę i jednego z głównych prowodyrów zawiązania Konfederacji Targowickiej)  miał jakiś stary rankor i zawsze mu był rad kontrować. Ale to nieszczęście, że i on, jak niemal każdy z naszych panów, siedział na drewnianym koniku ambicyi, marząc ni mniej ni wiecej - tylko o koronie: jakoż przejadł z połowę majątku po śmierci Augusta III, dążąc do korony, ale nikt z tą kandydaturą ozwać się na elekcyi nie śmiał. Przeto Cześnik nie tracił fantazyi i nadziei i oczekiwał tylko wakującego tronu, aby nań wstąpić; tymczasem sprowadzał sobie rozmaitych żydów uczonych, wróżki i kabalarzy, którzy mu to królowanie. przepowiadali; wiadomo, że Leyba z Machnówki na tych proroctwach zarobił od niego grubą fortunę. Było to takich więcej Panów, jak np, Podstoli Lubomirski, który tak sobie nabił głowę koroną, iż tej nie osiągnąwszy tamtą utracił, bo zwariował, ależ to przynajmniej był personat i wielkiej parenteli, poczciwy zaś Pan Cześnik „ni z pierza, ni z mięsa” - dobry pan, myśliwy zawołany, a przytem utracyusz. Ergo tedy, można było być pewnym, iż na seymiku w opozycyi Potockiemu stanie we wszystkiem, to już dla nas wielka wygrana. Atoli, co do uchylenia Elekcyi i dziedzictwa Tronu, na to położy swoje veto.
           
Deliberowaliśrny nad tem z Gutowskirn późno w noc, jakby się tu wziąć do tego drażliwego punktu, a stanęło na tem, żem to dowcipowi i przezorności Podsędka zostawił, bowiem w żadnym razie obcesowo do tego przystępować nie wypadało, chcąc coś wskórać.
            Że to była niedziela, więc przybrawszy się przystojnie, udaliśmy się do kościoła, aby z Bogiem nową tę impresę rozpocząć, zkąd po Nabożeństwie mieliśmy się stawić na zamku. Kiedy wysłuchaliśmy cichej Mszy i już sygnowano na Summę, nagle szmer powstał. w kościele, mimowoli obejrzałem się po za siebie - co to się stało? Dworzanie p. Cześnika koron., który przybywał do kościoła, rum mu czynili. Pochód to był instar procesyi: przed p. Cześmkiem dwaj dworzanie nieśli brewiarze bogato w złoto i srebro oprawne, za nim postępowało kilku innych dworzan, wszyscy suto przybrani. Sam Cześnik, któregom dawno nie widział, był wtedy dorodnym mężczyzną, lat 50 i kilku, pięknej i poważnej postawy, lubo niewielkiego wzrostu, głowę miał podgoloną po polsku, oblicze przyjemnie uśmiechnięte. Odziany był w ferezyę karmazynową axamitną ze złotemi passmanteryami, na białym lamowym żupanie, miał na sobie wstęgę orderu św. Stanisława. Kiedy oddawał adorncyę przed Sanctissimum, dworzanin podrzucił mu pod kolana amarantową, poduszkę ze złotą frędzlą. Poklęczawszy chwilę, Cześnik przeszedł do osobnej ławki po prawej stronie Wielkiego Ołtarza, pięknie rzeźbionej na białem drzewie, z pozłacanemi ornamentami, po środku był reprezentowany Półkozic, klejnot Borzęckich. Zaledwie zsiadłszy w fundatorskiej ławce, p. Cześnik szepnął coś rękodajnemu, który stał tuż przy nim, i ten zbliżywszy się do mnie i Podsędka, a oddawszy nam pokłon, z respektem, każdemu z osobna powiadał, że Jw. senator (Jako żywo, jeszczem nie słyszał , aby jaki Cześnik, choćby i koronny, był senatorem. Wszelako jak mówią: „na czyim wozie jedziesz tego pieśni śpiewaj”. Niech sobie będzie „senator”) prosi nas do swojej ławki (Aleksander Borzęcki zasiadał w senacie w 1766 roku i z racji tego miał dożywotnie prawo do tytułu senatora. Pan sędzia z racji swojego dość młodego wieku mógł jednak o tym nie wiedzieć).
Ceniłem sobie wielce tę attencyę pana Cześnika, albowiem chociaż była między nami dobra znajomość, bośmy się dość spotykali po świecie, wszakże zażyłości między nami nie było. Po nabożeństwie, kiedy wychodziliśmy z kościoła, p. Cześnik dał nam krok przed sobą, a gdyśmy się temu oponowali, zmusił nas do przyjęcia tego zaszczytu. U drzwi kościoła powitawszy nas kordyalnie, powiadał :
            - Darujecie waszmościowie, że pojmanych na moim gruncie sekwestruję waćpanów i zabieram do mojej chałupy.
Na co ja odpowiem z rewerencyą:
            - Wielka to łaska Jw. Senatora, ale gwałt ów jest zbyteczny, gdyż przybyliśmy z Jp. Podsędkiem dla złożenia Wmoć panu należnej submisyi.
            Na p. Cześnika oczekiwała paradna poszóstna kolasa, w sześć pięknych białych koni, dobranych do maści, kształtu i charakteru w dziwny sposób. Orszak Jego składało co najmniej ze dwudziestu dworzan i licznej niższej służby, a wszyscy na pięknych rasowych koniach - dość powiedzieć, że stado Borzęckich, które oddawna u nas prim trzymało pomiędzy najlepszemi(1). Wszystko dworno i strojno, zdradzało owe pretensye (acz ukryte) p. Cześnika. do korony. Jedno co się opacznem zdawało, że takiej prozopopei dla Nabożeństwa używał, kościół bowiem był tuż na przeciwko bramy zamkowej - tak, iż gdyby wszystkich jezdnych, koń przed koń, rzędem ustawić, a do tego dodać poszóstną ko1asę jeden koniec najdowałby się przy krużganku zamkowym, drugi zaś daleko po za kościołem: dla tego więc, iż nie było możności wprost wykręcić całym orszakiem, wracaliśmy przez środek miasta i jeszcze jedną wieś, a. pochód ten trwał z godzinę. Wszędzie po drodze, pospólstwo wiwatując do ziemi się kłaniało Panu, on zaś pompatycznie dotykał sobolego kołpaku... A może: „przez imaginaryę jechał sobie na koronacyę.
            Kiedy gwoli dumie pańskiej opisawszy bez potrzeby to koło, tą samą drogą poprzed kościół wracaliśmy do zamku, trębacze na basztach uderzyli w trąby, na głównej wieży podniesiono chorągiew, a dawano salwy z broni ręcznej i moździerzy.
            Nie bywając: dotąd u p. Cześnika, nie widziałem zblizka jego zamku, który niezawodnie sięgał dawnych czasów, czego dowodziła sama jego struktura: był na podmurowaniu, z grubych kloców drzewa misternie złożonych, pozór miał staroświeckiej trwałej budowy. Zajmował znaczną przestrzeń, daleko większą niźli całe miasto. Dwoma bokami przypierał do obszernego stawu, reszta była obwarowana wałami i palisadą, a nakoniec brama kuta i most zwodzony. Wszystkie służby, stajnie, psiarnie, spichrze, lamusy etc., - a dużo tego było, murowane w nowszym stylu, z ornamentyką. Mieszkanie pańskie w samem centrum tuż naprzeciw bramy i mostu, miało dokoła prawie obszerny krużganek o murowanych kolumnach, otoczony pięknym włoskim wirydarzykiem. Szerokie schody marmurowe podczas lata zdobiono w gierlandy i festony, a ustawiano na. nich przeróżne planty zamorskie w dużych cebrach kowanych żelazem - wdzięczny zaiste był to widok.
            Na przybycie pańskie stopnie krużganku zajęła rozmaita służba z marszałkiem dworu na czele, który był przy karabeli w mundurze wojewódzkim. Najwyżej zaś przy wielkich drzwiach stanęła p. Cześnikowa, otoczona fraucymerem.
            Pani zamku (Anna z Ankwiczów) prezencyą swoją cale nie odpowiadała wspaniałości tego gmachu, acz bardzo strojnie odziana w drogich materyach i precyozach, wszakże była to wątła, chorowita kobiecina o żółtawej cerze i chudości niepomiernej. Za toż jej fraucymer składał się z dorodnych panien (o co, jak : powiadają, szczególniej dbał p. Cześnik kor.), a było ich tam kilkanaście, jedna piękniejsza nad drugą.
            Submitowawszy się należycie p. Cześnikowej, weszliśmy do wnętrza zamku. Wnętrze to urządzone już w nowym stylu, wcale się nie stosowało do surowej powagi zewnętrznej architektury. Przepych tam był iście królewski: odrazu imponowała sień wielka, a wysoka przez dwa piętra, o kilku dużych oknach z weneckiemi szybami. Podłoga była w piękny deseń z różnobarwnego marmuru. Ściany całkiem były okryte zbrojami z dawnych czasów, niektóre z nich bardzo rzadkie i drogie, a bogatym starożytnym orężem i przeróżnemi myśliwskiemi przyborami, oraz trofeami ze skór niedźwiedzich, wilczych, łosich itd., głowy tych zwierząt przymocowane były do ścian. Tu także znajdowało się ptactwo łowieckie: sokoły, krogulce, białozory, jastrzębie, niektóre z nich zasłużeńsze spoczywały na bogatych wyzłacanych berłach. Walor przedmiotów, zawartych w tej sieni, stanowiłby dla innego szlachcica dobrą fortunkę.
            Szczególniejszego był godzien zastanowienia, umieszczony na frontowej ścianie nawprost drzwi wchodowych klejnot Borzęckich Półkozic, który był wyrobiony jakby z żywych materyałów, według podań Heraldyków: na dużej herbowej tarczy sięgającej od sufitu do podłogi, czerwonego koloru, najdowała się szara głowa ośla, jakby żywa i zdawała się spoglądać żywemi oczami, misternie zimitowanymi z drugich kamieni. Dokoła tarczy była obfita armatura, zawierająca wszystkie narzędzia wojenne, a nawet i działa, naturalnej wielkości. Na mitrze zaś Xiążęcej (która niewiem quo titulo, hełm zwykły zastępowała?) wyskakująca połowa kozy, z przednimi nogami wzniesionemi do góry i rogami dużemi na grzbiet opadającemi, była jakby żywa, naśladowana do złudzenia. Dokoła złotemi literami wypisano godło herbowne:
            „Viri ad potationem et largitatem proclivi...”.
(co się tłómaczy: „Mężowie do wypitki i szczodroty pochopni”. Godło mogące się dobrze stosować do obecnego gospodarza, który pił i poił drugich na zabój. O szczodrocie zaś niema co więcej powiadać nad to, że z milionowej fortuny, wziętej po ojcu p. Podstolim kor., p. Cześnik prawie nic nie zostawił)(2).
            Inne komnaty niemniej wspaniałe: ściany powleczone adamaszkiem, a w niektórych drogiemi makatami tureckiemi. W jadalnej sali zastaliśmy już śniadanie gotowe. Zastawa stołu bardzo bogata. Potrawy wykwintne. Gdyby tak porównać z p. Wojewodą, który jest pan w dobrej sytuacyi, a o stan majątkowy zapobiegliwy, nie wytrzymałby komparacyi. Owóż. to u nas mówią o niejednym magnacie, że ostatkami goni - chyba wierzyć tej prawdzie, iż „pańskie ostatki lepsze, niż chudopacholskie dostatki”. Do stołu zasiadło osób ze czterdzieści, a prawie samych domowników, bo z gości, prócz nas trzech, było tam jeszcze kilku okolicznej szlachty, reszta zaś fraucymer, dworzanie, oficyaliści, gracyaliści itd. Kielichy gęsto krążyły od pierwszego dania, bo jużto sam p. Cześnik był amator, a mój Gutowski za kołnierz nie wylewał i dodał pijatyce animuszu, Śniadanie połączyło się z obiadem i nie wstaliśmy od stołu aż zadzwoniono na nieszpór, wtedy gospodarz wstając od stołu, rzekł:
            - Wybaczcie ichmościowie, ale „co Boskiego Bogu”, a kto nabożny, proszę na Nieszpor.
            Gospodarz opasał karabellę, my to samo uczyniliśmy. Panny włożyły kapelusze i szale. wyszliśmy na krużganek, a tam już jakby wojsko całe na nas oczekiwało: kolebki i kolasy - bo i panny także, które dla kompanii pani Cześnikowej, niewyjeżdżającej z racyi zdrowia z domu, słuchały z nią Mszy w kaplicy zamkowej - teraz nam towarzyszyły. Dworzanie już byli na siodłach, a masztalerze trzymali kilka koni osiodłanych:
            - A może kto z waszmościów zechce użyć konnej jazdy? zapytał p. Cześnik.
Wszystkie konie były piękne - dość powiedzieć, że pochodziły ze stada Borzęckich, ale szczególnie jeden biały żrebczyk turecki, chociaż niewielki, ale dziwnie kształtny, a odznaczał się fantazyą, aż dwóch koniuchów trzymało go za uzdę, grzebał ziemię, a z nozdrzy skrami sypał jakby z pod krzesiwa. Gutowski zmierzał prosto do tego ogierka, co widząc p. Cześnik, powiedział:
            - Bez urazy waszmości, bo nie wątpię żeś dobry jeździec, ale to koń waryat niebezpieczny, uprzedzam waćpana.
            - A gdzieby to mnie p. Senatorze na takim koniku jeździć, chcę się tylko za łaskawem pozwoleniem bliżej mu przy patrzeć.
            Odpowiedział Gutowski z miną gapiowatą i powoli zbliżał się do konia, który jakby przeczuwając, że to o niego chodziło, dawał szprynce i szczupaki, to jak słup stawał dęba, że z ledwością stajenni mogli go utrzymać. Wszakże Gutowski schwytawszy jeden moment, już był na siodle, koń go uniósł odrazu ku bramie, zdawało mi się, że go rozbije: panienki zakrzyczały, ja się przeżegnałem, myśląc, że już po Gutowskim; nie minęło wszakże jedno „Oycze nasz”, gdy on wraca z pod bramy, a koń pod nim idzie stępa, wprawdzie z fantazyą, ale powolny jak dziecko. Co widząc p. Cześnik zdziwiony niemało, zwrócił się do starszego masztalerza, którym był węgrzyn, niejaki Musztaros, i powiadał:
            - A co stary, takiemu jeźdźcowi to nam z tobą chyba strzemię trzymać.
            A dalej, jakby jeszcze niedowierzając zręczności Gutowskiego, rzecz mu :
            - A czyby go jegomość osadził na miejscu w pełnym kłusie, bo jest za twardy w pysku ?
            Jeździec odjechał stępa aż ku bramie, ztamtąd puścił się kłusa, a trzeba oddać sprawiedliwość, że koń pięknie kłusował - i prosto na Cześnika, ażem struchlał, że konia wstrzymać nie zdoła i chowaj Boże będzie jaki smutny wypadek. A kobiety wrzasnęły ze strachu, lecz dobiegłszy prawie o krok od Cześnika, osadził rumaka na zadzie, aż mu trochę pyska nadkrwawił. A Cześnik w jednej chwili ściągnął go z konia, obejmował, ściskał, a zakończył:
            - Tom kiep, jeżeli kto na Mustafę (tak się ten konik zwał) siądzie oprócz waćpana jego właściciela, o coć proszę jako o łaskę dla mnie i zaszczyt dla konia, który wart takiego jeźdźca jak waszmoć.
Skonfundował się Gutowski, boć to darowizna była za słona - a więc odparł krotofilnie:
            - Tak to w łaskawych oczach p. Senatora, że mnie chce na dobrego jeźdźca promować, a mnie to trafiło się, „jak ślepej kurze ziarnko”, i pewnie drugi raz się nie uda.
            - Żartuj waść zdrów, a jeżeli submituję się jegomości z prośbą o przyjęcie tego daru skromnego, czynię tak nie z fantazyi, ale dla dopełnienia uczynionego votum, którego mam oto wiarogodnego świadka, - a zwracając się do starego masztalerza, p, Cześnik spytał:
            - Powiedz-że Musztaros sumiennie, jakoś jest sprawiedliwy Węgrzyn, com ja to nieraz powiadał o Mustafie?
            - Iż gdyby kto dosiadł lepiej od jw. pana i odemnie, toby mu go pan darował razem z rzędem - odpowiedział stary Węgier łamaną polszczyzną.
            - Już tedy widzisz waść p. Podsędku, że tu o honor szlachecki chodzi, żebym nie zrobił z gęby cholewy i ufam w twą łaskę, iż mi nie odmówisz tego zaszczytu i satysfakcyi, abym najlepszego z mojej stajni rumaka znał być w dobrem ręku.
            - Skoro już taka wola jegomości, nie śmiem kontrować i dzięki stokrotne składam, atoli co do tego bogatego rzędu, to już wybaczcie p. Senatorze, ale ten drugi grzyb w barszczu zbyteczny.
            - A gdybym to ja prosił waćpana o tę łaskę, jako zadatek naszych kordyalnych na przyszłość sentymentów z tem zapewnieniem. iż na każde żądanie jegomości stawię się zawsze gotowym.
            - Nie poważę się sprzeciwiać p. Senatorowi, a prawdziwemu na ten raz mojemu dobrodziejowi, czego szacowne dowody w onych hojnych darach posiadam: co zaś do drugiego, a niemniej cennego przyrzeczenia, iż jegomość raczy być powolnym na każde moje wezwanie, to pozwolę sobie na wąs namotać i kto wie, może się rychło o nie upomnę ?
            To mówiąc, mrugnął na. mnie niepostrzeżenie, a łatwo się domyślałem, co to on z tego „drugiego” zrobi. Potem Gutowski, wskoczywszy na konia, spiął go dęba, potem zmusił go, aby skłonił łeb przed p. Cześnikiem, mówiąc:
            - Ano nieboraku, pożegnaj się z twoim dobrym panem, na biedę ci przyszło, rzucać pański smaczny obrok dla chudej szlacheckiej paszy.
Co widząc stary masztalerz, ozwie się do p. Cześnika z węgierska:
            - Dobre sem jehomost zrobili, bo jużby ja nie siedał na tego koń po temu panu.
Dostał wprawdzie stary węgrzyn od Gutowskiego 50 czerw. złotych oduzdnego, ale i koń z rzędem najskromniej ceniony wart dziesięćkroć więcej.
            Udaliśmy się do kościoła znów jak rano objazdową drogą. Gutowski, zapewne rad, iż mu się taka gratka trafiła, harcował bardzo pięknie na swoim koniku; a trzymał się najczęściej przy tej kolasie, gdzie sierlziała Imcipanna Róża Małujanka - byłaż to re et nomine „Róża”, bo świeża i wabna dziewczyna, a wcale niekrzywo spoglądała na p. Podsędka.
            Po Nieszporach wracaliśmy na zamek inną, jeszcze dłuższą drogą, tak, iż już dobrze po zachodzie słońca wróciliśmy. Wszystkim było wesoło; p. Cześnik cieszył się jazdą Gutowskiego, ten zaś nowym nabytkiem, a może i oczkami panny Róży. Skro przybyliśmy na zamek, p. Cheśnik się ozwie:
            - A teraz Ichmościów mam zaszczyt zaprosić na bal.
            Nie zrozumiałem co ów „bal” znaczył. Owoż zaprowadzono nas do dużej, a bardzo wspaniałej sali, 0 połowę ,większej nad inne pokoje zamkowe, która miała ściany z mozayki niebieskiej niby barwy fimamentu, a na tem były rzucane tu i ówdzie gwiazdy, tak, iż to jakoby noc reprezentować miało; tylkoż owe ciemności były rozproszone rzęsistem światłem jarzącem, tak żebyś szpilki mógł zbierać na podłodze. Na wywyższeniu najdował się chór dla kapeli, którą choć nieliczną, bo z 16 muzykantów złożoną, utrzymywał p. Cześnik. Kapela ta była dobrze wyćwiczona, bo zarówno gładko exekwowali symfonie kościelne, a do tańca także skocznie przygrywali.
            Na salę stawili się, prócz kilku szlachty z okolicy, dworzanie i fraucymer, a także oficyaliści z żonami i córkami - wszystkie strojne, a wiele tam pięknych było buziaczków. Rozpoczęły się pląsy, a mój Gutowski i tu prim trzyma, a gdy się produkowali z panną Różą w jakimś francuzkim tańcu (którego nazwy już nie pomnę), wszyscy obstupuerunt z podziwienia i dalej ze ich komplimentownć, a p. Cześnik już nie miał miary w powziętym dlań affekcie, bo jakby się w nim rozmiłował:
            - A to widzę waść do tańca i różańca,
            Zaraz tedy kazał podać przedniejszego wina i piliśmy za zdrowie Gutowskiego.
            Przyjętym domowym zwyczajem, Ów bal kończył się o godzinie 11-ej i wszyscy przechodzili do stołowej izby na wieczerzę. Białogłowy podjadłszy sobie, odchodziły na spoczynek, a my przy kielichu trwaliśmy za północ. Usiłowałem, aby przy tej okazyi coś ex publicis nadmienić, co było celem naszego przybycia ale gospodarz zawołany koniarz i myśliwy, tylko o łowach i koniach rad dyskurował i cała rozmowa około tego się obracała.
            Kiedyśmy się udali na spoczynek z Gutowskim, który jak na złość ostygł w ferworze politycznym, tak go zajął nowy łatwy nabytek konia, a może i oczęta panny Róży, o których ciągle prawił, iż począłem go strofować i przypominać to właśnie, co nam na myśli być teraz powinno, odpowiadał:
            - Nie obawiaj się mój Stolniku, jakem żyw, tak ci powiadam, że Cześnika z całą klientelą mieć będziesz na seymiku, a bądź pewny, że będą głosowali za kim zechcę, choćby za sułtanem tureckim.
           
Po tych słowach obrócił się do ściany i zachrapał. Myślę już sobie, jak tu się z tej matni wydostać, bo jakoś się na długo zaniosło, trafił frant na franta, Gutowski na Cześnika, oni się tak prędko nie rozstaną, a seymik za dwa tygodnie. A tu jeszcze i panna Róża, która widocznie wpadła w oko memu kompanowi, więc na długo się zanosi. Postanowiłem tedy po pewnej deliberacyi, aby jutrzejszy dzień pozostając, tak czy owak zakończyć z p. Cześnikiem, a pojutrze puścić się ku domowi. Zajęty temi myślami, późno w noc nie spałem i ledwo zasnąłem, zbudziło mię silne uderzenie w kilka na raz trąbek myśliwskich. Zerwę się na równe nogi i wyjrzę przez okno, a tu cały dziedziniec zamkowy pełen psów, myśliwych i koni. Gutowski już kończąc się ubierać wychodził i do mnie rzeknie:
           
- Spodziewam się Stonliku, że nie dasz na się czekać, Bóg nam dał polowańko!
          
Nie było co robić – „na czyim wozie jedziesz, tego pieśni śpiewaj”. Volens tedy nolens, przyodziewałem się co rychlej, klnąc (Boże odpuść) od stu dyabłów wszelkie myśliwstwa i wyszedłem na .krużganek, gdzie mnie p. Cześnik już w całym rynsztunku łowieckim spotkał z exkuzą:
           
- Wybacz waćpan mości Stolniku, żem cię poturbował i sen miły przerwał, ale kto to mógł przewidzieć, że do moich lasów Turbowskich całe stado dzikich świń tejże nocy nadciągnie, o czem dopiero po północy zameldowali leśnicy, nie miałem tedy czasu waszmościów uprzedzić, suponuję zaś, iż łowami radzi się zabawicie.
           
Jużem nadrobił miną i udał ukontentowanego. Spojrzę na orszak myśliwski, a zaiste było na co patrzeć: było tego przeszło sto koni, a chłop w chłopa, lud piękny i żwawy, psy rozmaitych gatunków, jakie są na świecie, ptasznicy z orłami i sokołami, broń piękna. Zdawało się, iż największy koneser nie miałby czemu naganić. Byłoż to w istocie łowiectwo pierwsze w kraju. Na ten widok wspaniały za sen przerwany pozbyłem rankoru. Dalej - oczom swoim nie dowierzałem - ujrzawszy cztery panienki z fraucymeru pani Cześnikowej na koniach, na czele ich panna Róża bardzo się gustownie prezentowała, a z fantazyą prowadziła dość bystrego rumaka. Imaginowałem sobie, iż tak wyglądać musiały one starożytne amazonki, o których głosi Historya. Pierwszy raz oglądałem ową jazdę białogłowską. na którą sarkają ludzie poważni, iż zagnieździwszy się w stolicy, stała się powodem rozmaitych zgorszeń nawet kaznodzieje z ambon potępiają tę rozrywkę. Nie powiem tedy, co mam o tem trzymać ze strony moralnej, .ale na oko dość mi się to spodobało: suknie z długim ogonem dość udatne. Nie wiem tylko, czy ów sposób siedzenia bokiem na owem rogatem siodle może być dogodnym. Nie wiem co o tem myślał Gutowski, ale to widziałem, że na swoim koniku ciągle harcował przy pięknej Amazonce p. Róży.
           
Knieja była niedaleko od zamku. Przybywszy na miejsce, już zastaliśmy w gotowości całą obławę, pewnie z dwóch-set ludzi złożoną i siecie już były ustawione. Jakoś jednak polowanie się nie powiodło, stado się całe wymknęło, z powodu zapewne wadliwego obrzucenia kniei. Jednego tylko odyńca zabił Gutowski, jakoś widocznie los mu sprzyja. Za to innej zwierzyny nabito siła. Łowy trwały nie długo, ku wieczorowi wróciliśmy na zamek. Czekał na nas obiad, jak zwykle u p. Cześnika paradny.
           
Przy obiedzie wyprawiono krotofilę z Gutowskim, który deklarował, że chociaż był myśliwym, jednak pierwszego dzika w życiu zabił. Na wety tedy podano głowę dzika ustrojoną w wieńce i kwiaty i postawiono przed Gutowskim, a p. Cześnik się ozwie:
           
- Mości Podsędku, jako to pochodzi ex tua donna, zatem do Waćpana należy i czekamy tedy, co komu udzielić raczysz.
           
Gutowski zaledwie nóż utkwił w głowę, aż tu sypną się z niej wióry i sieczka, a w tymże momencie cztery rogi myśliwskie zagrzmiały mu co siła nad uszami, aż. ja ze strachu skoczyłem ze stołka. Był to figiel łowiecki, który wyprawiano zabijającym po raz pierwszy dzika, tak samo jak za wilka podawano ,jubilansowi kotlety wilcze. Ale przyznaję się, że o tym obyczaju co do dzika wcale nie wiedziałem. Ztąd więc pochop do rozmaitych żartów i kielicha, tak, żem i ja sobie podochocił.
           
Wieczorem bal swoim porządkiem, bo takowe odbywały się codziennie krom dni postnych: prawda, że przy licznych dworzanach i fraucymerze niebrakło ochoty. Panienki się tedy przebrawszy w lekkie sukienki, stanęły w pogotowiu. A Gutowkiemul w to graj - poszli w pląsy. Zaledwie po Skończonych tanach, zasiedliśmy do wieczerzy, gdy ,wtem nadbiegł leśniczy z innej kniei z nowiną, że ono stadko dzików, które nam się wymknęło, zabłądziło do innych lasów. Cześnik, o ile był markotny z nieudanego polowania, uradował się tą wieścią - i prawił:
           
- Ano, mości panowie, powiedziano jest: „iż co się przewlecze, to nie uciecze...” taki wybijemy to świństwo z kretesem, Pozwólcież tedy, iż teraz powstrzymamy się od kielicha - co wszakże, da Bóg jutra doczekać, powetujemy sobie - a przekąsiwszy naprędce, udamy się do wczasu, albowiem o świcie wyruszym.
           
Chciałem natychmiast pożegnać p. Cześnika i do dnia wyruszyć w drogę, a1e gdzie tam, zajął się całkiem przyszłemi łowami, wydawał rozkazy, kazał wywiesić sygnały. Owe sygnały zależały na tem, iż na najwyższej wieży zamkowej zapalano latarnie, ilość zaś takowych i porządek ułożenia, oznaczał knieje i miejsce zebrania, aby ci, którzy bliżej niego byli, mogli z psami i myślistwem prosto się tam stawić. Każdy leśniczy miał podobną ,wieżę przy swojej rezydencyi, a za dostrzeżeniem sygnału, powinien go był powtórzyć. W ten sposób szerzyła się wieść o łowach na mil kilka, albo i kilkanaście, a cała ta. okolica była zasiedlona. zapalonemi Nemrodami, którzy okazyi łowów, szczególnie takich jak Cześnika, nie opuszczali. To się zwało „pospolitem ruszeniem” u tego imaginacyjnego króla.
           
Odrazu wytrzeźwiałem ze złości: albowiem ukartowałem sobie, że znajdę momencik jakiś do pomówienia o naszej sprawie, pożegnam gospodarza i do dnia wyruszymy w dalszą drogę: notabene że i o dom byłem niespokojny, bo już dziś właśnie czwarty tydzień się poczynał, kiedy wyruszywszy na kilka godzin do Jp. Wojewody, do domu prawie nie zajrzałem. Nie uchwyciłem sposobnego momentu, aby chociaż coś rozsądnego wtrącić: gdzie tu z takimi szaławiłami traktować poważnie o sprawach publicznych?
           
Skoro znaleźliśmy się z Gutowskim w naszej izbie, zacząłem kląć (Boże odpuść!) od dyabłów, a rzeknę w złości do Podsędka.
           
- Rób tu sobie waszmość coć się podoba, tańcuj z panną Różą cbociażby i drabanta; niech ci Cześnik daruje całe stado; wystrzelaj mu wszystkie świnie, ale ja jadę do domu, bom nie żaden jest chłystek, aby mając sprawę publiczną powierzoną sobie, na mej głowie - zalewał ją i bawił się z podwikami!
           
A memu pachołkowi rozkazowałem:
           
- Słuchaj Marcinku, spisz-że mi się gracko, dawaj mi podróżną kapotę, rzeczy upakuj w mig, a tymczasem niech Szymek zaprzęże i żeby larum w domu nie czynić, niech po cichutku z domu wyjedzie i stanie za bramą, Panu Podsędkowi zaś jak się podoba.
           
Atoli mój Marcinek, pomimo surowego rozkazu, stoi na miejscu i drapie się w głowę.
           
- Czego u kata stoisz trutniu jak ten słup! Ja ci ten łeb podrapię, jeżeli świerzbi. Cóż to, nie słyszałeś rozkazu? zawołam sierdziście.
           
- Ej, jegomość, nic z tego nie będzie - odpowie mi indyferentnie.
           
- Jakto nie będzie, kiedy kazałem!
           
Dopiero Marcinek wyjaśnił całą manipulacyę, jaka się praktykowała we dworze p. Cześnika ze służbą gościnną: była obok zamku cała oddzielna zagroda - jakby oddzielny zameczek - z mocną bramą i mostem zwodzonym, dla koni i czeladzi gościnnych; jak jedne tak i druga dostawały tam wszelkie wygody: ludzie jadło obfite i trunek w miarę; konie obrok, w razie choroby mieli dozór miejscowi konowałowie. Czyli trzeba było konie przekuć albo wóz naprawić, wszystko to na miejscu się uskuteczniało. Żaden ze sług nie śmiał się wydobyć z pod tej klauzury, nie mając w rzeczy ku temu słusznego pretextu, bo wszystkiego dostawał podostatek, a jeżeliby który się o to pokusił, bez ceremonji czekała go chłosta. Nadto bez wyraźnego rozkazu pańskiego, żaden zaprząg nie mógł wyruszyć. Przeorem jakoby tego dziwacznego klasztoru, był on stary Węgrzyn Musztaros, a surowy był, iż niczem się zmolestowć nie dał.
           
Zaprawdę, że gościnność iż ją świętą nazwę, jest naszą cnotą narodową, a jeżeli już w tych czasach stygnąć poczyna, smutne to jest praejudicium naszego upadku. Atoli owa gościnność bisumańska, gdzie człeka biorą jakby w jasyr u Turczyna, nie bacząc na jego potrzeby i sprawy, jakie go znaglać mogą, jest co najmniej niewczesną. Prawda i to, że u p. Cześnika owa gościnność tatarska była pożądaną dla wielu darmozjadów i próżniaków. którzy jej całemi latami, a czasem do śmierci zażywali. Małom nie pękł ze złości, kazałem Marcinkowi pakować rzeczy, postanowiwszy przy pierwszym odgłosie trąbki pożegnać owego despotę gospodarza i nie dać się dalej utrzymać. Nie miałem na kim spędzić mojego rankoru, bo biedny Gutowski sfukany przezemnie aż mi się go żal zrobiło - okrył się z głową i spał, czy może udawał. W istocie jest to przy gorącym animuszu, człek łagodnej natury, a mój wypróbowany przyjaciel.
           
W oczekiwaniu onej trąbki myśliwskiej, odmawiałem pacierze, przechadzając się po wirydażu. Niebawem zagrano pobudkę. Pospieszyłem na ganek z mocnem przedsięwzięciem pożegnania gospodarza. Wszyscy jak dnia poprzedniego byli już zebrani, a in vim zapewne sygnału, daleko więcej szlachty się zjechało. Gutowski mój jak trusia siedział na swoim koniku obok pięknej panny Róży, która na bułanym mierzynku ślicznie wyglądała, a prowadziła konia jak jeździec skończony. Wyznaję, iż pomimo pośpiechu jaki nakazać sobie musiałem dla spraw publicznych, żal mi się zrobiło opuszczać taką miłą kompanii i łowy świetne, wszakże wziąwszy raz na ambit, przystępowałem do pożegnania. gospodarza. Dopiero się poczynały prośby i molestacye, wszyscy goście z gospodarzem i wszystkie panienki do nóg mi się kłaniały, a gdy mię ten opór, jak to zwykle bywa, w postanowieniu umacniał, rzekł gospodarz:
           
- Kiedyś mości Stolniku taki nieugięty, to jedź że z Bogiem: ale się położę na moście, abyś przezemnie przejechał.
           
- I myśmy!... zawołała szlachta.
           
- I ja z moim Mustufą! - dodał Gutowski.
           
A niektórzy już się tam na moście układali. Udobruchany pozostałem chętnie, a wyznam ze wstydem, że gdybym dotrwał, żalby mi było opuszczać kompanii i łowów. Następowały z kolei podziękowania, uściski etc. Knieja, do której teraz jechaliśmy była daleko obszerniejsza, ztąd i liczniejsza obława i sieciami na jakich parę mil obrzucona. W kniei czekała na nas miła niespodzianka: na stanowisku zastaliśmy Jp. Kasztelana Borejkę, z całem myślistwem. Oczywiście, że owe sygnały p. Cześnika „na pospolite łowieckie ruszenie” miały swój walor, gdyż dziś na sygnał p. Boreyko stawił się o dobre trzy mile, prawdopodobnie wyruszyć musiał o północy, bo wszystko było jak z igły, ludzie, konie, i psy niepomęczeni. Myślistwo p. Boreyki, co do liczebności równać się nie mogło z Cześnikowym, ale dobór tam był ludzi zawołanych łowców: dość powiedzieć, że starszym łowczym był u niego Jakóbowski (szlachcic), wyćwiczony w dobrej szkole łowieckiej Nieboszczyka króla Imci. Ale też i nagradzał p. Kasztelan, bo Jakubowskiemu prócz znacznego .jurgieldu i sutych gratyfikacyi, wioskę niemałą darował. Psy szczególnie p. Boreyki słynęły na cały kraj: posiadał osobliwsze psy finlandzkie gończe których parę niegdyś z Finlandyi sprowadził z niemałym kosztem, bo 1,000 czerw. złotych zapłacił. Miot Boreykowski słynął na cały kraj, atoli łatwiej było o gwiazdę z firmamentu, niźli o psa z tego miotu; dość powiedzieć, że p. Cześnik pomimo przeróżnych podstępów i zabiegów, dostać tego nie mógł. Była pomiędzy tymi panami łowiecka emulacya i może pan Cześnik nie rad był temu przybyciu, ale dyssymulował. Pan Kasztelan choć na obszary niedorównywał p. Cześnikowi, ale że pan był skrzętny i rządny, a więc daleko bogatszy.
           
Co tu mówić o łowach, jakich nie widziałem w życiu i zaprawdę, kto nie polował z Ipp. Cześnikiem i Kasztelanem, ten nic podobnego nie obaczy. Puszczono psy zaraz o świcie, a już rychło z południa całą kilkomilową knieję splondrowaliśmy z kretesem, pobitej zwierzyny nie przeliczałem, ale było jej na pięć dużych wozów. Ja dość lichy strzelec zabiłem dwa wilki i kozła, prawda, że in gratiam mojego pozostania, dano mi przedniejsze stanowisko. Myślistwo p. Boreyki zaraz po polowaniu skończonem, wycofało się z kniei, a na polance sformowało sobie jakby oddzielny obozik, gdzie już w kotłach warzono strawę dla ludzi i psów, a nie udali się na wypoczynek do zamku, tak to on zawsze rabiał z obawy, aby jego doskonałych psów nie użyto podstępem do odchowania. Sam zaś p. Kasztelan udał się z nami na zamek.
           
Przybycie p. Boreyki zbawienny wpływ wywarło na naszą sprawę: albowiem lubo p. Kasztelan nie był zawołanym statystą, atoli zelant z niego był gorliwy i o dobro publiczne dbały, które zdrowo pojmował swoim gospodarskim rozumem. Bytność na zamku tego poważnego personata, zmieniła postawę hulaszczą kompanii, kielichy przy śniadaniu nie tak często krążyły i dyskurs ex publicis się zawiązał.
           
Kiedy zagajono rzecz o sprawach seymowych, starając się być wymownym - opowiedziałem wszystko, jak to ut supra w konwersacyi z Ip. Wojewodą wyrażono. Lecz skoro przyszła z porządku kolej na uchylenie elekcyi i sukcesyę tronu, powstało ogromne clamantes o zamach na prerogatywy i wolność szlachecką, a jakby na seymie zewsząd się posypało „veto”, aż mię ogłuszyli. Rozmyślałem, jakie to ja im argumenta postawię, gdy wtem kiedy się nieco uciszyli, zabierze głos Ip. Gutowski i prawi:
           
- Słusznie to waszmościowie czynicie, bo powiem wam, że Elekcya. nowa jest niedaleka.
           
Wypatrzyłem oczy na niego, chcąc spenetrować czy oszalał, czy może tak się spił, iż nie wie, co plecie? Lecz widzę, iż przytomny jest, a niepostrzeżenie dał mi znak oczyma zaspokajający. Pomyślałem tedy, że już o nowej i krotofili przemyśla. Na owo niespodziane dictum Podsędka, kilka głosów nieśmiało się ozwie:
           
- Aża1i chowaj Boże, Król nasz Imci?...
           
- Chwała Bogn zdrów jest, ale przed ukończeniem Seymu zamyśla abdykować, jest to niby dotąd tajemnica status, ale już wiadoma z Petersburga.
           
- Vivat! nasz nowy elekt Ip. Cześnik koronny!
           
Zawołało razem kilkanaście głosów, wznosząc do góry kielichy. Cześnik był widocznie skonfundowany, jak niby panna przy deklaracyi, zdawał się nie zważać, nie dziękował jawnie, ale też nie protestował
Aż znów Gutowki zabrał głos:
           
- Pan Wojewoda Potocki z Tulczyna, także o toż konkuruje, dla tego właśnie Seym opuścił, aby swobodnie jednać osobie partyę w kraju i pono, że Petersburg go popiera i forytuje.
           
- A jeżeli tak, to niezawodnie zostanie Królem, jak waćpan Stolnik Litewski, bo Petersburg u nas teraz co chce, to robi, wtrącił poważnie pan Kasztelan Boreyko.
Wszczął się hałas - jedni wołali:
           
- Precz z Potockim!
Drudzy zasie:
           
- Prosimy p. Cześnika koronnego!
           
A p. Cześnik kłania się i wszystko tak się dzieje, jakby się już znajdowali na polu elekcyjnem. Toż dopiero co się zwie „przez imaginacyę jechać na koronacyę...” Gutowski tylko patrzy z pod oka z utajonym śmiechem, a jednych i drugich podjudza. Ja zaś znając jego przedni dowcip, czekam, jaka to konkluzya z tego wyniknie! Szlachta tymczasem wzięła się do kielichów, już tam któryś wniósł zdrowie Nowego Króla. A gdy się już dobrze wyburzyli, Gutowski znów prawi niby z wielkim rozmysłem:
           
- Nikt bardziej nademnie nie pragnie osadzić na tronie naszego wielce szanownego senatora. p. Cześnika koron., bo w Jego mądrości przewiduję szczęście i przyszłą błogość Rzeczypospolitej. Atoli trzeba nam się obliczyć z siłami, aby przyszłego naszego Elekta na konfuzyę nie narazić. Pamiętajcie miłościwi pp. bracia, że Wojewoda Ruski, już nad tem całe lata pracuje, a posiada majątki w każdem prawie województwie i ziemi i jeżeli na seymie utrzyma Elekcyę, gotów królem zostać i po całej sprawie...
           
- A no jeżeli Tron ma być dziedzicznym, to już też i p. Cześnik Królem elekcyjnym nie zostanie?
           
Zaobserwował któryś szlachcic i myślałem, że już splącze Gutowskiego na wszystkie nogi, ale nie łatwo było zbić go z tropu, albowiem nie mieszkając replikował:
           
- Takież to tam będzie i dziedzictwo na Elektora Saskiego, który nie ma męzkiego potomka. Infantki zaś bez woli Seymu postanowić, nie może; a cóż jak stany na żadnego się nie zgodzą, ot, i po dziedzictwie tronu, a tymczasem będziemy pracowali, żeby partyę Cześnika. wzmudz, a wojewody osłabić. Ergo co do mnie, pisałbym się tymczasem za uchyleniem Elekcyi, bo jak dwa a dwa cztery, w dzisiejszych okolicznościach p. Potocki królem zostanie...
           
- Prędzej pisałbym się na tron sukcesyjny dla Szmula, niźli na Elekcyę tego Tulczyńczyka! Wybuchnął p. Cześnik z impetem.
           
- A jeszcze kiedy co do czego przyjdzie, możnaby naszgo Iw. senatora ożenić z Infantką, przecież czerstwy jest choć w latach - wyrwał się któryś ze statystów kniejowych.
           
- Przecież żonaty! zakrzyczeli inni na szlachcica.
           
- No tak, ale pani Cześnikowa...
           
- Dla dobra kraju zezwoli na rozwód - przerwał mu bystro Gutowski, ażeby się z głupstwem nie wyrwał i biednej kobieciny przed czasem nie umorzył.
           
-.Mówiący mówi dobrze! zawołano zewsząd - a nim co do czego przyjdzie, wotujmy za uchyleniem Elekcyi, żeby Tulczyńczyków odsadzić od Tronu, jak kota od sadła, a potem obaczemy.
           
-.Dziedzictwo Tronu i basta - wrzasnęli kupą.
           
- Vivat Podsędek Gutowski, ten kiep, kto nie będzie na seymiku i nie da mu laudum na posła.
           
- Mości panowie bracia. - zawoła pan Cześnik - jadę na seymik do Winnicy, a proszę wszystkich do siebie w gościnę, jakby tu w Przyłuce. Kto mię kocha, ten pojedzie i pójdzie za mądrym głosem Ip. Podsędka, boć to jest statysta nielada i zelant gorliwy!
           
Długoby to było powiadać co jeszcze wyplatała szlachta przy kielichu; stanęło na tem, iż wszyscy pod parolem szlacheckim zobowiązali się stanąć na seymiku, a z nami trzymać. Zaiste i parol był zbyteczny, bo owi darmozjady pociągnęliby za Cześnikiem, który poił i karmił, do piekieł.
           
Zawsze ten obrót rzeczy zawdzięczałem dowcipowi przedniemu tego miłego Gutowskiego : bo w istocie. któżby się inny mógł zdobyć, aby tak zażyć z mańki i w pole wyprowadzić szlachtę, jak nie on. Gdybym był młodszym i ambitniejszym, było czego pozazdrościć Gutowskiemu; albowiem z wieku i urzędu, ja to niby stałem na czele tych knowań seymikowych, a wyznaję tu, iż bez Jego dowcipu nicbym nie sprawił. In gratiam dobrego sukcesu, jam sobie podochocił ze szlachtą. Kielichy ciągle krążyły, aż kiedy dano znać, te panie do sali na taniec się gromadzą Z tej satysfakcyi, iż „bonus .finis laudabile totum!” i ja stary puściłem się w tany. Możem owym tańcem instar Króla Dawida przed Arką Pańską, dawał Chwałę Najwyższemu, że tak piękne nadzieje dla Ojczyzny świtały!
           
Zabawa przeciągnęła się do dnia białego; kiedy się rozchodzono, żegnałem p. Cześnika, zamierzając natychmiast puścić się w drogę. Supplikował mię i sam gospodarz i goście się do niego przyłączyli, jam bez wykrętów wymawiał się ważnością spraw publicznych, które na mojej głowie spoczywały, gdy wtem Gutowski odpowie za mnie:
           
- Ja za pana Stolnika akceptuję i nie wątpię, że ten jeden dzionek zechce Państwu i mnie poświęcić.
           
- A cóż ja waszmości mam do odmówienia, osobliwie kiedy idzie o to, aby się nacieszyć tak miłą kompanią.
           
- Wypowiem głośno, myśląc sobie, azaliż ten człek i ze mną chce krotofilę wyprawić? Lecz nagle jakoś tak spoważniał, żem odrazu pomyślał, iż coś w tem być musi i odrazu akceptowałem. Jeszcze tam poszły dziękczynne kielichy za pozostanie, poczem udaliśmy się do naszej izby. Skoro znaleźliśmy się sami, jakoś sposępniał, Gutowski nos na kwintę spuścił i rzecze mi prawie nieśmiało, co się z jego zwykłą fantazyą i animuszem nie zgadzało:
           
- Mości Stolniku, zaszczycałeś przyjaźnią mojego Nieboszczyka Ojca, z wieku mógłbyś mi prawie być ojcem, a zawsześ łaskaw był na mnie, mogę się więc spodziać, że nie odmówisz mi przyjacielskiej posługi.
           
- Azaliż wątpisz mój chłopcze, o moich dla ciebie. intencyach?
           
Rzeknę mu z affektem. Pomyślałem zaś sobie, iż się powadził z jakim szlachcicem i chce, abym mu sekundował. On mi zaś wypowiada rzecz długą, abym się od niego deklarował o Ipannę Różę Małujankę. Zaobserwowałem mu na to:
           
- Mój chłopcze, czemuż to tak obcesowo, zaledwie pannę znasz od trzech dni, a pamiętaj co powiadają, iż „co nagle to po dyable”.
           
- Jeżeli o przysłowia chodzi mości Stolniku, to także mówią: „że tylko ser odkładany dobry”; a jam się tak rozmiłował w tej dziewce, że bez niej życie mi niemiłe. W tej sperandzie, że mi nie odmówicie swatowstwa, zaprosiłem już także Ip. Kasztelana Boreykę, który łaskawie się skłonił do mojej suppliki.
           
- Dziękuję ci, żeś na mnie liczył jak na cztery tuzy, bo ja za tobą w ogień i w wodę, ale jeżeli złapiemy rekuzę, to co?
           
- Ej, chyba tak źle nie będzie, bom się z panną porozumiał; ona jest córką chrzestną i jakąś daleką krewną samej Pani, a Oboje Cześnikostwo miłują ją jak własne dziecko. Zresztą v Bogu nadzieja - kto nie waży ten nie ma.
           
Porozumiałem się z p. Kasztelanem Boreyką, który jeszcze w nocy pchnął do domu kozaka po mundur wojewódzki, bo jako z polowania przybyły, miał na sobie tylko kurtę myśliwską. Powiodła nam się deklaracya z p. Kasztelanem wyśmienicie, obeszło się nawet bez mów i oracyi, p. Cześnik bowiem jako to był człek szczery, a prostoduszny ex abrupto wypowiedział, i, widząc wzajemną, inklinacyę młodych, bardzo sobie tego życzył. I w rzeczy, czemuż życzyć nie miał? Gutowski choć na dorobku, ale człek nie ubogi, miłej powierzchowności, rozumny i stateczny, a i panienka bardzo wdzięczna i dobrze chowana. Przy tej okazyi jako swatowie dowiedzieliśmy się, że panna posiada zapis od p. Cześnikowej 80,000 zlot., ewinkowanych w asystencyi męża na jej dobrach posagowych wołyńskich - ewikcya. pewna, a niezawodnie przywianek dobry dadzą, bo ją miłują jak własną córkę. Szczęść im Boże!
           
Taka. okazya. nie mogła się odbyć u p. Cześnika na sucho; to też popłynęły sekty i małmazye, wystąpiły szczególne puchary i rostruhany. Nakoniec już około południa. po śniadaniu, zaszły nasze wozy. Gutowskiemu zaś podano jego „Mustafę” jeszcze w bogatszy rzęd przybranego. Wszakże p. Cześnik zwracał uwagę:
           
- A możebym ci konia odesłał p. Podsędku?
           
- Do czego to odsyłać, gdyby ustał w drodze, to go jeszcze na. własnych barkach udźwignę.
           
To wyrzekłszy, skoczył na konia i dokazował z nim dziwnych skoków, iż się szlachta nacieszyć nie mogła. Nie umiem powiedzieć, jak to on się wziął do tego, bo co do mnie tak mi zaprószyło we łbie, iż nie bez trudności na brykę się wdrapałem. Już nie wiem, jak to się stało, bo zasnąwszy w Przyłuce, obudziłem się w Winnicy przed furtą 00. Kapucynów. Wszakże Gutowski trzeźwym być musiał, bo koń jego suchy, nie spocony stanął zdrów na miejscu po trzech milowej drodze. Tak się tedy skończyły nasze objazdy przedsejmikowe, które z łaski Boga nam się poszczęściły, szczególniej Gutowkiemu, na one trinum perfectum, bo uzyskał miłą Bogdankę w osobie Panny Róży, liczną klientelę do naszej sprawy i pięknego konia z bogatym rzędem.

6 Septembris.

Zaledwiem się rozgościł u moich kochanych 00. Kapucynów, z ociężałą od trunku głową, zjawił się Ip. Olszanowski komisarz p. Wojewody, który po dwa razy dziennie dowiadywał się o mnie - i w imieniu swojego pana. prosił, abym dla ważnej sprawy do niego pospieszył. Poszedłem tedy pod studnię Kapucyńską, a rozebrany kazałem chłopakowi wylać na siebie kilka konwi wody, a orzeźwiawszy w okamgnieniu, jakby ręką odjął, udałem się do Pietniczan.
           
Z ukontentowaniem dowiedziałem się od p. Wojewody, że turnum p. Szczeniowskiego, jako pp. Braci Chołoniewskich równie się dobrze powiodły. Był tylko niepokój o mnie, żem się na oznaczony dzień nie stawił, ale gdy opowiedziałem p. Wojewodzie nasze przygody i krotofile Gutowskiego, brał się za boki od śmiechu. Rzucił też myśl, czyliby w istocie według insynuacyi szlachty Przyłuckiej, Gutowskiego na posła nie forytować? Ja zaś objektowałem na to, iż chociaż to człek mądry i stateczny, a szczególniej dowcipny, jednakże nie dość jeszcze wytrawny i poważny, aby poselską kondycyę na dłuższą metę doprowadził należycie. A zresztą powiadałem, że kiedy panna. w głowie, to już będzie korciło. do niej i sprawy może zaniechać. Mieliśmy i bez niego posłów napiętych. Na. co Wojewoda się zgodził. Pomimo mego niewywczasu, o tem i owem przetrutynowaliśmy za północ, a że deszcz się puścił rzęsisty, zanocowałem w Pietniczanach.

                        Die 10 Septembris

            Pod wieczór przybył p. Cześnik Kor. z liczną partyą i ogromnem taborem, samych koni przeszło sto, jakby w kompanii kawaleryi. Z trudnością zdołałem Jemu wyperswadować, ażeby zbywającą część tej jazdy wyprawił do domu, pozostawiając niezbędny inwentarz dla ekwipażów i konnej jazdy; chociaż skłonił się do mojej rady, jednak pozostało jeszcze koni ze 30. Co do służby, która w żaden sposób nie mogła się mieścić w zajętej stancyi, lokowałem ją w Collegium OO Kapucynów, gdzie szczęściem kazałem wyporządzić kilka dużych izb i do dyspozycyi dworu p. Cześnika mogłem dać.

                        Die 14 Septembris a.d. 1790

            Tego dnia p Wojewoda po tryumfalnym wjeździe do Winnicy mowę wygłosił do licznie zgromadzonej w kościele szlachty, seymik Województwa Bracławskiego otwierając.

Przypisy:

1.   Stadnina Borzęckich słynęła w całej Rzeczpospolitej. Hodowano w niej konie czystej krwi arabskiej. Ogiery nabywano bezpośrednio w krajach arabskich. Stamtąd przez Odessę były one sprowadzane do majątku Borzęckich. W połowie XIX wieku stadninę Borzęckich kupił Leopold Abramowicz właściciel stadniny w Wołodarce.

2.   Jest to oczywiste przeinaczenie. Według Długosza godło herbowe Półkoziców brzmi:
           
„Ex Polonica gente ducens ortum, cuius viri vafri, in vomeres et simulationem et venatiomem proclivi”
co się tłumaczy:
           
„[Ród] wywodzący się z plemienia polskiego, jego mężowie przebiegli skłonni do pługów i zmyślania i łowów”

 

ŹRÓDŁA

Bykowski Piotr Jaxa, Ostatni seymik województwa bracławskiego. Petersburg. (1885). Wyciąg.

 

 

Jeżeli chcesz szybko przejść do nadrzędnej strony kliknij poniższy interaktywny przycisk.

 

UWAGA!!! Jeżeli wykryjecie jakieś niezauważone przeze mnie błędy proszę o informację. Za wszelkie konstruktywne uwagi z góry serdecznie dziękuję.

JESTEŚ    GOŚCIEM

W SUMIE OD ZAŁOŻENIA WITRYNY W 2005 ROKU ODWIEDZONO JĄ
JUŻ   RAZY